„Dziękuję bardzo” — rzucił z uśmiechem Lando Norris, gdy pracownik F1 próbował odebrać mu butelkę Coca-Coli chwilę po wyścigu. Scena rozegrała się tuż po Grand Prix Hiszpanii i błyskawicznie obiegła sieć jako jeden z bardziej kuriozalnych momentów weekendu.
Sam wyścig na torze Circuit de Barcelona-Catalunya miał dla Brytyjczyka gorzko-słodki przebieg. Prowadził z dużą przewagą, gdy na torze ogłoszono wirtualną neutralizację (VSC). I to właśnie ten moment przesądził o losach walki o zwycięstwo — McLaren nie wezwał swojego kierowcy na pit-stop w porę. Gdy Norris w końcu wjechał do alei serwisowej, mechanicy zespołu z Woking mieli kłopot z odkręceniem jednego z kół. Sekundy uciekały.
Spóźnione wezwanie do boksu plus problem przy kole — ta kombinacja zepchnęła Norrisa na trzecią pozycję na mecie. Wyścig wygrał Andrea Kimi Antonelli, drugi był Max Verstappen, który wyprzedził Brytyjczyka. Dla aktualnego mistrza świata to wynik daleki od oczekiwań — tym bardziej że przez większość niedzieli wydawał się skazany na triumf.
Butelka coli i firmowy konflikt interesów
To, co wydarzyło się chwilę później, przyćmiło jednak sportowy dramat. Zaraz po zejściu z podium jeden z pracowników Formuły 1 próbował powstrzymać Norrisa przed piciem Coca-Coli. Powód był czysto biznesowy — Formuła 1 ma oficjalne partnerstwo z Pepsi, bezpośrednim konkurentem Coca-Coli, a kierowca popijający napój rywala kłóci się z umowami sponsorskimi serii.
Norris nie wdawał się w dyskusję. Krótkie „Dziękuję bardzo” i uśmiech wystarczyły, by zamknąć temat. Po wyścigu, w którym stracił zwycięstwo przez spóźniony pit-stop i kłopotliwe koło, spór o markę napoju musiał mu się wydawać najmniejszym z problemów.
„Marzę o piątym występie na igrzyskach olimpijskich” — Kevin Durant nie zostawia wątpliwości co do swoich planów na najbliższe lata. Gwiazdor NBA chce wystąpić w Los Angeles w 2028 roku, czyli tam, gdzie igrzyska wrócą do Stanów Zjednoczonych.
Dla Duranta olimpijskie zmagania to coś więcej niż kolejny turniej wrzucony w kalendarz. Sam przyznaje, że gra pod flagą reprezentacji zmieniła jego spojrzenie nie tylko na koszykówkę, ale i na życie poza boiskiem.
A plany sięgają naprawdę daleko — pod koniec września koszykarz skończy dopiero 38 lat. Wystarczy to zestawić, żeby zobaczyć, jak długoterminowo Durant patrzy na swoją karierę i ile wiary pokłada we własnej formie.
Cztery złota i apetyt na piąte
Olimpijski bilans Duranta robi wrażenie. Złoto zdobywał w 2012, 2016, 2021 i 2024 roku. Los Angeles 2028 byłoby więc jego piątym startem i szansą na kolejne trofeum w kolekcji, która już teraz stawia go wśród najbardziej utytułowanych koszykarzy w historii USA.
Równolegle Durant goni rekordy samej ligi NBA. Ma na koncie 32 597 punktów w karierze. Kolejny punkt odniesienia to legenda Los Angeles Lakers, Kobe Bryant, który zakończył karierę z dorobkiem 33 643 punktów. Wyprzedzenie Bryanta na liście najlepszych strzelców w historii ligi — to teraz jeden z głównych celów gwiazdora.
„Mistrzostwa świata ADCC 2026 w Krakowie nie rozpoczęły się po myśli dwóch znanych zawodników MMA” — tak zapowiadała się rywalizacja w kategorii do 88 kilogramów. Ostatecznie to jednak Paweł Jaworski skradł cały dzień.
21-letni zawodnik awansował do wielkiego finału kategorii do 88 kilogramów na krakowskich mistrzostwach świata ADCC 2026. Tym samym ma już pewny co najmniej srebrny medal imprezy.
W półfinale Jaworski trafił na Gabriela Broda i wygrał. Dla 21-latka to kolejny udany wieczór z rzędu. Zawodnicy zresztą już się znali — w finale mistrzostw świata IBJJF No-Gi w 2025 roku również lepszy był Jaworski.
W wielkim finale Polak zmierzy się z reprezentującym Szwecję Marlonem Tajikiem. Szwed w swoim półfinale nie zostawił złudzeń Jozefowi Chenowi, wygrywając 2:0.
Szczeciński w strefie medalowej
Dobre wieści z Krakowa napłynęły też z kategorii do 77 kilogramów. Zawodnik o nazwisku Szczeciński wyeliminował wcześniej Elijaha Dorseya, pogromcę Mateusza Gamrota, i dzięki temu zapewnił sobie miejsce w strefie medalowej. Kolejnego pojedynku nie udało mu się już jednak powtórzyć — przegrał 0:2, nie zdołał zakończyć walki przed czasem.
Największą uwagę kibiców w Krakowie skupia jednak starcie o złoto w kategorii do 88 kilogramów. Paweł Jaworski, mając w pamięci zeszłoroczne zwycięstwo nad Brodem w finale IBJJF No-Gi, zawalczy teraz o najcenniejszy krążek ADCC przeciwko Marlonowi Tajikowi.
„Dziś przegrana, ale start na ADCC to niesamowite doświadczenie i przywilej, żeby tutaj być i spróbować swoich sił przeciwko najlepszym w tym sporcie” – napisał Mateusz Gamrot po swoim pojedynku.
Polak stanął na macie grapplingowych Mistrzostw Świata ADCC 2026 – jednego z najbardziej prestiżowych turniejów tej dyscypliny. Zawody trwają 12-13 września w Krakowie. Dla Gamrota, na co dzień walczącego w UFC, to było zupełnie inne środowisko niż klatka.
Start nie potrwał długo. Gamrot odpadł już w pierwszej rundzie i o dalsze fazy turnieju powalczyć nie zdołał.
Mimo porażki zawodnik nie krył zadowolenia z samego faktu, że mógł tam wystąpić. Podkreślił, że starcie z najlepszymi grapplerami świata było dla niego wyjątkowym przeżyciem.
Wiadomość do fanów
Po walce Gamrot zwrócił się wprost do kibiców. „Tego też wam życzę, żebyście byli odważni i nie bali się wyzwań, bo tylko one powodują, że jesteśmy lepsi i mądrzejsi” – napisał.
Gamrot związany jest z UFC od 2020 roku i przez ten czas zdążył zbudować sobie markę jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich zawodników promocji. Porażka w pierwszej rundzie ADCC 2026 niczego tu nie zmienia – widać, że chętnie sprawdza się też poza oktagonem.
„W czeskiej lidze juniorów Matthew McGovern rozegrał 35 spotkań, w których zdobył 18 punktów”. Z takim bilansem 19-letni napastnik żegna się z Europą i rusza podbijać Amerykę. Od sezonu 2026/2027 zobaczymy go w North American Hockey League — młody hokeista przeniósł się już do Stanów Zjednoczonych i dołączył do zespołu Janesville Jets.
McGovern urodził się 9 lutego 2007 roku we Wrocławiu. Dzięki rodzinnym korzeniom ma podwójne obywatelstwo — polskie i amerykańskie. Przy wzroście 188 centymetrów i wadze 87 kilogramów to zawodnik fizycznie już dojrzały, gotowy na twardą, kontaktową rywalizację w lidze juniorskiej po drugiej stronie Atlantyku.
Czeski epizod i kadra Polski
Ostatni sezon spędził w barwach HC Sparty Praga U20, gdzie w 35 meczach zanotował siedem bramek i jedenaście asyst. Właśnie ten dorobek — 18 punktów w lidze uchodzącej za jedną z mocniejszych na kontynencie — otworzył mu drzwi do zamorskiego etapu kariery.
Napastnik ma już spore doświadczenie w reprezentacyjnych barwach. Grał w młodzieżowych kadrach Polski, między innymi na mistrzostwach świata do lat 18 i do lat 20. W obecnym sezonie 2025/2026 w reprezentacji Polski U20 rozegrał pięć spotkań, zdobywając bramkę i dwie asysty.
Transfer do Janesville Jets to kolejny krok w karierze zawodnika, który łączy polskie korzenie z amerykańskim obywatelstwem i coraz bogatszym CV w europejskim juniorskim hokeju. North American Hockey League od lat pozostaje jedną ze ścieżek prowadzących młodych zawodników do amerykańskich uczelni i wyższych lig zawodowych.
„57-letni Fin udowodnił, że potrafi wyciągać zespół z trudnych momentów” — tak najkrócej można ująć robotę szkoleniowca GKS Tychy przed sezonem, w którym klub sięga po trzeci tytuł mistrzowski z rzędu. Fiński trener ma 57 lat, mierzy 200 centymetrów i waży 111 kilogramów — trudno o bardziej rozpoznawalną sylwetkę na ligowej ławce.
Droga do ostatniego mistrzostwa była wyjątkowo krótka. W ćwierćfinale Tychy wyeliminowały JKH GKS Jastrzębie wynikiem 4:1 w meczach, a w kolejnych rundach nie dały szans ani ECB Zagłębiu Sosnowiec, ani GKS Katowice — obie serie skończyły się identycznie, sweepem 4:0. Krócej do tytułu nikt nie dochodził od czasu wprowadzenia obecnego formatu play-off w sezonie 2016/2017. W tym samym sezonie 32-letni fiński zawodnik wygrał klasyfikację kanadyjską TAURON Hokej Ligi — dowód, że ofensywa drużyny biła na głowę rywali.
Fučík — mur nie do przejścia
Kluczową rolę w obronie tytułu odegrał Tomáš Fučík, 32-letni bramkarz. W dziesięciu meczach fazy play-off cztery razy zachował czyste konto, wpuszczając średnio 1,3 bramki na spotkanie. Skuteczność jego interwencji w tej fazie sięgnęła około 94,9 procent. Ta jedna liczba tłumaczy właściwie wszystko — dlaczego rywale mieli tak niewiele okazji, by przełamać tyską obronę.
Skład, który ma bronić tytułu, prezentuje się solidnie także pod względem parametrów fizycznych. Średnia wieku zawodników GKS Tychy wynosi 27,38 lat, średni wzrost to 184,33 centymetra, a średnia waga — 84,88 kilograma. W kadrze jest czterech wychowanków klubu i dziesięciu obcokrajowców. Widać wyraźnie, że drużyna mocno stawia na zagraniczne wzmocnienia, nie tracąc przy tym lokalnego rdzenia.
Przygotowania do nowego sezonu pasmem sukcesów jednak nie były. Na wyjeździe Tychy przegrały z HC Dynamem Pardubice aż 0:6, a dwa dni później uległy Škodzie Pilzno 1:2. Kłopoty ciągnęły się dalej — u siebie zespół przegrał z HC Davos 2:4 oraz ze Servette Genewa 0:1. Kolejne testy też nie napawały optymizmem: 14 sierpnia 2026 roku Tychy uległy AZ Hawierzów 1:3, 20 sierpnia przegrały z HC Preszów 2:1, dzień później z HK Nowa Wieś Spiska 5:4, 25 sierpnia z HC Frydek-Mistek 3:4 po serii karnych, a 27 sierpnia z HK Nitra 3:0. Dla kibiców, którzy mimo tej passy wybiorą się na trybuny — normalny bilet kosztuje 40 złotych, ulgowy 30 złotych. Karnet sezonowy wyceniono na 599 złotych w wariancie normalnym i 499 złotych w wariancie ulgowym. Posiadacze karnetów z poprzedniego sezonu mogą liczyć na zniżkę — 120 złotych przy karnecie normalnym i 110 złotych przy ulgowym.
„Lechia Gdańsk – Miedź Legnica 2:1 (1:0)” – taki wynik widniał na tablicy po ostatnim gwizdku. Emocji nie zabrakło aż do samej końcówki, choć przez większość spotkania to gospodarze trzymali rękę na pulsie.
Pierwsza bramka padła w 32. minucie – Tomasz Neugebauer nie zawiódł z jedenastu metrów i dał Lechii prowadzenie 1:0. Z takim wynikiem gdańszczanie zeszli do szatni.
Po przerwie Lechia poszła za ciosem. W 53. minucie Kevin Dodaj wykorzystał doskonałe podanie i podwyższył na 2:0. Bramka była pokłosiem błyskawicznego kontrataku – „Lechia wyprowadziła efektowny kontratak, Artur Szach pokazał, że mógłby biegać w zawodach na 100 metrów, wyłożył piłkę do Dodaja, a ten dopełnił formalności”.
Miedź Legnica się jednak nie poddała. W 81. minucie Marcel Mansfeld – na boisku od kilkunastu minut – zdobył kontaktową bramkę i ustalił wynik na 2:1. Do gry wszedł w 68. minucie, zmieniając Daniela Stanclika.
A końcówka miała jeszcze jeden dreszczyk. W 86. minucie Igor Bambecki z Lechii obejrzał drugą żółtą kartkę i musiał wcześniej zejść z boiska. Wcześniej żółtymi kartkami ukarani zostali też Kopasek i Dodaj z Lechii oraz Noiszewski i Grudziński z Miedzi.
Składy i zmiany
Trener Lechii postawił na: Axela Holewińskiego, Samuela Kopaska, Kacpra Łopatę, Danyło Beskorowajnego, Danyło Małowa, Tomasza Wójtowicza, Christo Iwanowa, Tomasza Neugebauera, Artura Szacha, Kevina Dodaja oraz Vladislava Blanutę. W trakcie meczu gospodarze przeprowadzili kilka roszad – Jakub Adkonis zmienił Christo Iwanowa w 60. minucie, a Igor Bambecki i Michał Głogowski weszli na boisko za Tomasza Wójtowicza i Artura Szacha, odpowiednio w 74. i 73. minucie. Pod koniec meczu na murawie pojawili się jeszcze Bartosz Szczepankiewicz i Wojciech Madej, zastępując w 88. minucie Artura Szacha i Vladislava Blanutę.
Miedź Legnica rozpoczęła spotkanie w składzie: Ivan Lucić, Oliwier Szymoniak, Kamil Noiszewski, Myrosław Mazur, Mateusz Grudziński, Asier Cordoba, Juliusz Letniowski, Wojciech Hajda, Zvonimir Petrović, Kamil Antonik i Daniel Stanclik. Trener gości zaskoczył aż trzema zmianami jednocześnie już w 56. minucie – boisko opuścili Szymoniak, Mazur i Letniowski, a ich miejsca zajęli Oliwier Olewiński, Igor Korczakowski i Kristian Fucak. Gustaf Norlin wszedł na boisko w 76. minucie za Mateusza Grudzińskiego.
Ostatecznie to Lechia Gdańsk zgarnęła komplet punktów, wygrywając hitowe starcie 2:1.
„Pogoń Szczecin – Wieczysta Kraków 2:0 (0:0)” – taki wynik zobaczyli na koniec kibice zgromadzeni na trybunach. Pierwsza połowa nie przyniosła bramek, ale druga zdecydowała o losach meczu na korzyść gospodarzy.
Do przerwy na tablicy świecił remis 0:0. Pogoń podchodziła do tego spotkania po serii słabszych wyników, która ostudziła entuzjazm po obiecującym starcie z nowym trenerem. Klub zdążył już wcześniej zmienić szkoleniowca – Thomasa Thomasberga zastąpił Oscar Garcia.
Przełom przyszedł w 59. minucie. Bramkę dla Pogoni zdobył wtedy Darko Curlinov, dając gospodarzom prowadzenie 1:0. Strzelcem okazał się piłkarz pochodzący z Macedonii Północnej. Ostateczny wynik ustalił Jordi Sanchez – trafił do siatki już w doliczonym czasie gry, podwyższając prowadzenie Pogoni na 2:0.
Dla Wieczystej Kraków, beniaminka tegorocznej PKO Ekstraklasy, ta porażka oznacza kolejny ciężki wieczór.
Składy i statystyki meczu
Trener Pogoni na start meczu postawił na Valentina Cojocaru w bramce. Przed nim w obronie ustawili się Alessandro Pio Riccio, Dimitrios Keramitsis, Lukas Willen i Benjamin Mendy, w środku pola zagrali Patryk Dziczek, Jan Biegański i Maciej Wojciechowski, a w ataku Paul Mukairu, Darko Curlinov i Jordi Sanchez.
Wieczysta wybiegła na boisko z Mateuszem Kochalskim między słupkami. W defensywie stanęli Karol Fila, Mateusz Wieteska, Duje Dujmović i Kamil Pestka, pomoc tworzyli Lucas Piazon, Mikkel Maigaard i Tobias Christensen, a linię ataku uzupełnili Lisandro Semedo, Christopher Lungoyi i Efthymis Koulouris.
Sędzia Damian Sylwestrzak z Wrocławia sięgał po żółty kartonik trzy razy – ukarał Patryka Dziczka z Pogoni oraz Duje Dujmovicia i Lucasa Piazona z Wieczystej. Na trybunach zasiadło 18173 widzów.
„Mam wyj****e” – tymi słowami Jordi Sanchez skwitował na antenie Canal+ Sport falę krytyki, jaka spadła na niego po prezentacji w Pogoni Szczecin.
Zaczęło się od jednego zdania. Podczas oficjalnej prezentacji piłkarz przyznał, że bordowo-granatowe barwy klubu są dla niego ważne, bo w takich samych kolorach występuje FC Barcelona – drużyna, którą kocha. Wypowiedź natychmiast obiegła sieć i wywołała spore poruszenie wśród komentatorów oraz części kibiców.
Napastnik nie zostawił jednak tego tematu bez odpowiedzi. Zapytany o krytyczne komentarze pod adresem swoich słów, zbył je bez ogródek w rozmowie na antenie Canal+ Sport.
Skąd ta pewność siebie? Wystarczy spojrzeć na liczby. Sanchez strzelił już sześć goli w zaledwie siedmiu meczach dla Pogoni – to właśnie za jego sprawą klub zdecydował się zapłacić klauzulę odstępnego, by ściągnąć go do siebie.
Bohater ostatniej minuty
Forma Hiszpana nie jest przypadkiem. W ostatnim spotkaniu Pogoń pokonała Wieczystą 2:0, a wynik tego starcia ustalił właśnie Sanchez, trafiając w doliczonym czasie gry. Gol w końcówce meczu tylko utwierdził kibiców w przekonaniu, że transfer był trafiony – niezależnie od kontrowersji wokół barw klubowych.
„Jelena Rybakina (Kazachstan, 2) – Aryna Sabalenka (1) 6:4, 5:7, 6:2” – sucha statystyka, ale kryje się za nią jeden z najbardziej zaciętych finałów US Open ostatnich lat. Spotkanie rozegrano w sobotę, 12 września, na twardych kortach Nowego Jorku.
Kazaszka wzięła pierwszego seta 6:4. Sabalenka odpowiedziała natychmiast, biorąc drugą partię 7:5. O wszystkim zadecydował trzeci set – i tu Rybakina nie zostawiła złudzeń, triumfując 6:2.
Jeszcze kilka lat temu taki scenariusz trudno było sobie wyobrazić. Przed obecnym sezonem najlepszym wynikiem Rybakiny na wielkoszlemowym US Open była czwarta runda. Teraz Kazaszka nie tylko przełamała tę barierę, ale od razu sięgnęła po tytuł.
Dramat w drugim secie
Najbardziej nerwowo zrobiło się w drugiej partii. Rybakina wpakowała bekhend w siatkę, musiała bronić break pointa, a w kolejnej akcji dorzuciła podwójny błąd serwisowy – Sabalenka objęła prowadzenie 3:2. Odwrót nastąpił dopiero przy stanie 4:5, gdy reprezentantka Kazachstanu serwowała, by w ogóle zostać w rozgrywce. Mimo to Sabalenka domknęła seta na swoją korzyść, wygrywając go 7:5.
Kryzys Rybakiny wrócił jeszcze raz w trzeciej odsłonie meczu, gdy Kazaszka przegrywała już 1:3. Pierwszej okazji na powiększenie przewagi nie wykorzystała, ale przy kolejnej podeszła do siatki i skutecznym wolejem podniosła prowadzenie na 5:2. Tego ataku Sabalenka już nie odrobiła. Set i cały mecz powędrowały do Rybakiny 6:2.
Triumf w Nowym Jorku to dla Rybakiny już drugi w tym sezonie wielkoszlemowy tytuł. I przyszedł na jednym z najbardziej prestiżowych turniejów tenisowego kalendarza – pula nagród US Open sięga 108 milionów dolarów.