Ile miejsc w składzie STS Sanok zajmą obcokrajowcy, a ile zostanie dla Polaków przed nowym sezonem ekstraligi? Odpowiedź pada wprost z ust kierownictwa klubu — obowiązują sztywne limity, takie same dla wszystkich drużyn ligi.
„Zasady są wszędzie takie same: 12 zawodników z zagranicy i 10 Polaków” — tłumaczy prezes klubu. I to właśnie ten podział wyznacza kształt kadry Sanoka na starcie rozgrywek.
Za budowę zespołu odpowiada UKS Niedźwiadki MOSiR Sanok. Klubem od 2019 roku kieruje obecny prezes — to już szósty sezon na tym stanowisku, więc mało kto lepiej orientuje się w tym, jak zmieniały się realia klubowe przez ten czas.
Na boisku pierwsze efekty przygotowań widać już teraz. Nowy kontrakt z klubem podpisał 23-letni napastnik, który zasili skład na nadchodzący sezon.
Debiut na ławce Widzewa Łódź od razu z ostrym testem. Wyjazd do Warszawy, starcie z Legią i wynik 1:1 – tak zakończył się pierwszy mecz nowego szkoleniowca.
Presja była spora. Legia to wciąż jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek w polskiej piłce, a grać u niej na wyjeździe w swoim pierwszym meczu to nie lada wyzwanie. Widzew przywiózł z Warszawy jeden punkt, i choć to „tylko” remis, w kontekście debiutu trenera wygląda to raczej jak niezły prognostyk.
Jeden mecz jeszcze niczego nie przesądza. Ocena nowego trenera dopiero się zaczyna, a kolejna okazja nadejdzie szybko – 18 września o 18:00 Widzew podejmie na własnym stadionie Wieczystą Kraków.
To spotkanie pokaże więcej. Czy remis z Legią był jednorazowym błyskiem, czy raczej zapowiedzią czegoś trwalszego w grze zespołu – tego dowiemy się właśnie przy Wieczystej.
Dwunaste miejsce w klasyfikacji generalnej po debiutanckim sezonie w Formule 3 – z takim bilansem 18-letni Maciej Gładysz zamyka 2026 rok. Czy to dobry wynik? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo sezon miał, jak sam przyznaje kierowca, dwa zupełnie różne oblicza.
Pochodzący z Tarnowa zawodnik reprezentuje w tym roku barwy zespołu ART GP oraz Akademii Motorsportu Orlen. Na starcie sezonu wchodził do stawki z niezłymi referencjami – wcześniej notował dobre wyniki w hiszpańskiej Formule 4 oraz w serii Eurocup-3. Sam Gładysz nie ukrywał jednak, że rywalizacja w F3 to zupełnie inny poziom trudności niż wszystko, z czym mierzył się wcześniej.
Najjaśniejszym punktem roku było zwycięstwo wywalczone na legendarnym torze Silverstone – to właśnie ten wynik Polak wskazuje jako najważniejszy moment całego sezonu. Druga część kalendarza potoczyła się już jednak zupełnie inaczej.
Pechowa końcówka sezonu
Rywalizacja zakończyła się w Madrycie, gdzie rozegrano ostatni weekend wyścigowy sezonu 2026. „Niestety, końcówka roku była dla mnie bardzo pechowa, bo kilka razy, w tym także w ten weekend w Madrycie, nie dojeżdżałem do mety nie z własnej winy, ale taki jest czasami motorsport” – powiedział kierowca po zakończeniu sezonu.
Mimo serii wyników, które wymknęły się z rąk, Polak patrzy w przyszłość z wyraźnym optymizmem. „Pokazaliśmy, że mamy tempo, aby walczyć w czołówce, dlatego razem z moimi najbliższymi pracujemy nad tym, aby pozostać w tym padoku i mam nadzieję, że wkrótce będę mógł powiedzieć coś więcej na ten temat” – zapowiedział.
Chciałbym jednak bardzo podziękować całemu mojemu zespołowi, mojej rodzinie, sponsorom i niesamowitym, polskim kibicom, którzy dopingowali mnie na każdym okrążeniu.
Na razie przyszłość Gładysza w padoku Formuły 3 – lub wyżej – pozostaje otwarta. Zwycięstwo na Silverstone pokazało, na co stać młodego Polaka w starciu z najlepszymi rówieśnikami na kontynencie. Pechowa końcówka w Madrycie tylko przypomniała, jak cienka bywa granica między dobrym a bardzo dobrym wynikiem w motorsporcie.
Traciły 14 punktów. Skończyło się przewagą 26 oczek. Jak reprezentacja USA zdołała w kilkanaście minut odwrócić losy finału z Francją? Odpowiedź leży w jednej serii i jednej trzeciej kwarcie, które przesądziły o piątym z rzędu tytule mistrzyń świata dla Amerykanek.
USA nie oddało złota od 2010 roku, kiedy mistrzostwa rozgrywano w Czechach. Od tamtej pory nikomu nie udało się przerwać serii triumfów gwiazdo-pasiastych – a finał 2026 roku, choć zaczął się po stronie Amerykanek fatalnie, ostatecznie dopisał kolejny rozdział do tej samej historii.
Początek meczu należał jednak do Francuzek. Przy stanie 17:31 USA traciło aż 14 punktów, a rywalki trafiały z dystansu niemal wszystko – osiem trójek w pierwszej połowie przy 57-procentowej skuteczności za trzy punkty. Amerykanki odpowiedziały serią 11:2, która odwróciła bieg spotkania. Chwilę później ich przewaga sięgnęła już 26 punktów. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 97:79 dla broniących tytułu.
O losach spotkania zdecydowała trzecia kwarta, wygrana przez USA aż 30:12 – to właśnie wtedy Amerykanki złamały opór Francuzek. Wynik po poszczególnych kwartach – 17:20, 26:25, 30:12, 24:22 – najlepiej pokazuje, jak bardzo był to mecz dwóch zupełnie różnych połów.
Liderką zwycięzczyń była Breanna Stewart – 22 punkty, 10 zbiórek i cztery asysty. Blisko double-double była też Young z dorobkiem 18 punktów, sześciu zbiórek i pięciu asyst. W ataku USA solidnie wspierały Copper (15 punktów) oraz Gray i Clark, obie z 12 punktami na koncie. Po stronie Francji najskuteczniejsze były Malonga z 21 punktami i Williams, która dorzuciła 20.
Hiszpania rozbiła gospodynie w meczu o brąz
Kilka godzin wcześniej rozstrzygnął się pojedynek o brązowy medal. Hiszpania nie dała szans gospodyniom turnieju, Niemkom, wygrywając 91:58. Wynik po kwartach – 25:15, 15:21, 21:15, 20:7 – pokazuje, że po chwilowym oporze Niemek w drugiej odsłonie, Hiszpanki przejęły kontrolę i domknęły spotkanie zdecydowaną końcówką.
Twarzą tego meczu była 20-letnia Iyana Martin: 22 punkty, dziewięć asyst, cztery zbiórki i dwa przechwyty. Gdy młoda rozgrywająca przebywała na parkiecie, bilans Hiszpanii wynosił aż +32 punkty, a jej wskaźnik efektywności z gry sięgnął 28. W ataku Hiszpanek punktowały też Carrera (15 punktów), Conde (12) oraz Fam (10). Po stronie pokonanych Niemek najlepsze okazały się Sabally i Peterson, każda z 13 punktami, a tuż za nimi uplasowała się Fiebich z dorobkiem 10 oczek.
Ile trzeba wygrać, żeby w wieku 22 lat zostać mistrzem świata w jednej z najbardziej prestiżowych dyscyplin grapplingu? Paweł Jaworski odpowiedział na to pytanie w Krakowie. Złoty medal w kategorii do 88 kilogramów podczas mistrzostw świata ADCC 2026 trafił właśnie do niego.
22-letni zawodnik reprezentuje Academię Gorila. I to właśnie w barwach tego klubu przeszedł cały turniej – od pierwszej walki aż po najwyższy stopień podium w swojej wadze.
W finale Polak trafił na rywala, którego znał aż za dobrze. Ci sami zawodnicy stanęli naprzeciw siebie już w finale mistrzostw świata IBJJF No-Gi w 2025 roku – wtedy też lepszy okazał się Jaworski. Krakowski finał ADCC był więc swego rodzaju rewanżem, tyle że w najwyższej możliwej stawce.
Po walce Jaworski nie krył emocji. Głos mu się łamał, gdy o swoim złocie opowiadał Pawłowi Olkiewiczowi z kanału InTheCage.
Droga na szczyt kategorii do 88 kg
Złoto w Krakowie to nie był przypadek. Wystarczy spojrzeć na 2025 rok – Jaworski pokonał tego samego rywala w finale mistrzostw świata IBJJF No-Gi, więc od dłuższego czasu jest w ścisłej czołówce swojej kategorii. Teraz do jego kolekcji dołączył tytuł mistrza świata ADCC, czyli jedno z najbardziej pożądanych trofeów w całym grapplingu.
Co sprawiało, że George Chuvalo nigdy nie znalazł się na deskach – mimo starć z Muhammadem Alim i Joe Frazierem, dwoma z najtwardszych pięściarzy w historii boksu? Sam zawodnik już na to nie odpowie. Kanadyjski bokser wagi ciężkiej zmarł w wieku 89 lat.
Odszedł w dniu swoich 89. urodzin. Wiadomość podał w sobotę 12 września klub Sully’s Boxing Gym z Toronto – miasta, z którym Chuvalo, bokser chorwackiego pochodzenia, związany był przez całe życie.
Kariera trwała ponad dwie dekady. Bilans zamknął się liczbą 93 zawodowych walk: 73 zwycięstwa, 18 porażek, 2 remisy. Legendą uczyniły go jednak nie te liczby. Przez całą karierę nikomu nie udało się posłać go na deski – ani jednemu rywalowi, nawet największym mistrzom epoki.
Dwa starcia z Alim, walka z Frazierem
Najbardziej zapisał się w pamięci dzięki dwóm pojedynkom z Muhammadem Alim, stoczonym w 1966 i 1972 roku. Stanął w ringu również naprzeciw Joe Fraziera – obaj do dziś otwierają listę najwybitniejszych bokserów wagi ciężkiej w historii.
Rękawice zawiesił na kołku w 1978 roku. Z życia publicznego jednak nie zniknął. Jeździł po spotkaniach, apelował do młodych ludzi, wracając do tragedii, jaką narkotyki sprowadziły na jego własną rodzinę.
„Mam nadzieję, że jeśli kiedykolwiek pomyślicie o zażywaniu narkotyków, wspomnicie mnie, George’a Chuvalo, i to, co zrobiły one mojej rodzinie”.
Te słowa, powtarzane latami na spotkaniach z młodzieżą, stały się dla wielu równie istotną częścią jego spuścizny jak pojedynki z Alim. W historii boksu zapisał się jako człowiek, którego nie dało się powalić – ani na deski, ani w życiu.
Trzy finały, trzy porażki. Czy GKS Katowice zdoła wreszcie przełamać tę passę i wrócić na szczyt polskiego hokeja? Ostatni tytuł mistrzowski klub świętował w sezonie 2022/2023, a od tamtej pory trzykrotnie kończył rozgrywki na drugim miejscu, schodząc z lodu pokonany. Najboleśniej zabolała zeszłoroczna porażka w finale – aż 0:4.
Przed nowym sezonem klub mocno przebudował skład. Między słupkami zameldował się 31-letni bramkarz z Kanady, stawiający przede wszystkim na dobre ustawienie, spokój i czytanie gry – to Connor LaCouvee, pozyskany z Vlci Żylina. Miejsce w bramce opuścił z kolei Jesper Eliasson, który przeniósł się do Les Jokers de Cergy-Pontoise.
W ataku największą nadzieją pozostaje Patryk Krężołek, dwukrotny król strzelców ligi – w sezonach 2023/2024 i 2024/2025. Do drużyny dołączył także 28-letni skrzydłowy, jeden z liderów czeskiego Baníka Sokolov, gdzie w 50 meczach sezonu zasadniczego zanotował 15 bramek i 26 asyst. Sam zawodnik mówił o swojej karierze z przymrużeniem oka: „Śmieję się teraz, że niestety polski paszport raczej mi nie pomógł”.
Listę letnich wzmocnień uzupełniają obrońcy Matthew Sredl z Anglet Hormadi, Ethan Cap z Ducs d’Angers, Joona Huttula ze Sheffield Steelers i Pontus Englund z Les Brûleurs de Loups Grenoble, a także napastnicy Emil Forslund z Nybro Vikings IF, Miro Ruokonen z TPS Turku i Brock Bremer z Herlev Eagles. Sam Krężołek trafił do Katowic z HC Baník Sokolov. Klub opuścili natomiast obrońca Zack Hoffman, który przeniósł się do Dundee Stars, oraz napastnicy Mateusz Bepierszcz (BS Polonia Bytom), Jean Dupuy i Maksymilian Dawid – obaj trafili do ECZD Zagłębie Sosnowiec.
Kadra pod lupą
Statystyki nowego zespołu rysują obraz drużyny doświadczonej i mocno umiędzynarodowionej. Średnia wieku zawodników wynosi 27,21 lat, średni wzrost to 185,38 cm, a średnia waga – 85,83 kg. W kadrze znajdziemy jedynie dwóch wychowanków klubu, za to aż jedenastu obcokrajowców.
Kibice, którzy zechcą śledzić poczynania drużyny na żywo, zapłacą 30 zł za bilet normalny i 20 zł za ulgowy. Ci, którzy wolą oglądać cały sezon z najlepszej strony, mogą sięgnąć po karnet VIP w cenie 3500 zł.
Seria sparingów przed sezonem nie napawa jednak optymizmem. GKS zaczął od dwóch porażek z KS Unia Oświęcim – najpierw 2:4 na wyjeździe 13 sierpnia, potem 4:6 u siebie dwa dni później. Podobnie było z HK Poprad: 4:6 na wyjeździe 18 sierpnia i 4:5 po dogrywce we własnej hali 20 sierpnia. Kolejne wyjazdowe starcia znów kończyły się porażkami – 2:5 z Lausitzer Füchse 28 sierpnia i 4:5 z Rostock Piranhas dzień później.
Przełom przyszedł dopiero na Słowacji. 4 września katowiczanie pokonali HC Preszów 4:2 na wyjeździe. Zaraz potem przegrali jednak u siebie z HK 32 Liptowski Mikułasz 2:5, by 10 września ponownie sięgnąć po zwycięstwo – tym razem na wyjeździe, 2:1 z HC RT Torax Poruba. Bilans sparingów – dwa zwycięstwa przy sześciu porażkach – pokazuje jedno: nowej drużynie potrzeba jeszcze czasu, zanim ruszy do walki o powrót na szczyt.
Jak zadebiutował nowy szkoleniowiec Widzewa Łódź? Trzydziestotrzyletni trener wyjechał do Warszawy i zremisował z Legią 1:1. Z tego wyniku był zadowolony.
Debiut odbył się w iście ekspresowym tempie. Szkoleniowiec przejął Widzew zaledwie dwa dni przed starciem z Legią. Jak sam przyznał, to spotkanie miało być dla niego najlepszą okazją, by zebrać pierwsze informacje o drużynie.
Zdecydowałem się przejąć Widzew dwa dni przed meczem z Legią, ponieważ uważałem, że będzie to spotkanie, w którym jako trener mogę zebrać najwięcej informacji o drużynie.
Poprzeczka Augustyniaka i sytuacja Kuchty
Emocji nie brakowało po obu stronach boiska. Legia mogła prowadzić po stałym fragmencie gry – Augustyniak trafił wtedy w poprzeczkę. Widzew odpowiedział w drugiej połowie, gdy dobrą okazję zmarnował Kuchta. Sam trener ocenił ją jako bardzo dobrą.
Podsumowując spotkanie, szkoleniowiec nie miał wątpliwości, że wynik był sprawiedliwy.
Będąc racjonalnym i prawdomównym uważam, że wynik remisowy nie krzywdzi żadnej ze stron.
Remis 1:1 przy niezłej grze obu zespołów to niezły punkt startowy dla nowego trenera Widzewa. Drużynę dopiero poznaje – ale pierwsze wrażenie wypadło przyzwoicie.
Ile trzeba czasu, żeby z jednego wielkoszlemowego triumfu zrobić drugi? Alexander Zverev odpowiedział na to pytanie w sposób nie budzący wątpliwości – wystarczyły trzy miesiące.
Niemiec pokonał w finale US Open 2026 Bena Sheltona, i to w czterech setach. Wynik: 6:3, 7:6(2), 5:7, 6:2 dla Zvereva. To już drugi wielkoszlemowy tytuł w jego karierze – zdobyty w tempie, jakiego tenisowa historia widziała naprawdę niewiele razy.
Wcześniej podobne tempo udało się utrzymać tylko trójce zawodników. Jimmy Connors zrobił to w 1974 roku, Guillermo Vilas w 1977, a Jannik Sinner całkiem niedawno, bo w 2024. Teraz do tego wąskiego grona dołączył Zverev.
Gdzie Zverev plasuje się na tle wielkich mistrzów
Klasyfikację wszech czasów pod względem liczby wielkoszlemowych triumfów wciąż prowadzi Novak Djoković – 24 tytuły. Tuż za nim Rafael Nadal z dorobkiem 22 triumfów, podium zamyka Roger Federer i jego 20 wielkich szlemów. Zverev ma na koncie dwa – dystans do czołowej trójki wciąż spory. Ale finał w Nowym Jorku pokazał jedno: potrafi wygrywać najważniejsze mecze pod ogromną presją.
Mecz ze Sheltonem rozstrzygnął się dopiero w czwartym secie. I właśnie to każe traktować drugi tytuł Zvereva nie jako przypadek, a jako efekt formy trzymanej na najwyższym poziomie przez kilka kolejnych miesięcy.
Amerykanin o polskich korzeniach wygrywa po szalonym super tie-breaku – tak najkrócej można streścić triumf 17-letniego Marcela Lataka w juniorskim US Open. To właśnie on sięgnął po tytuł w grze pojedynczej.
W finale Latak pokonał Brazylijczyka Guto Miguela 3:6, 7:5, 7:6(13). Na papierze faworytem był raczej rywal Amerykanina – 17-letni Miguel zajmuje już 660. miejsce w rankingu. W drugim secie Polak musiał odrabiać stratę podania po tym, jak przegrywał 1:3.
O wszystkim zdecydował dopiero super tie-break – i to taki, że niejeden kibic mógł go nie wytrzymać nerwowo. Latak najpierw zmarnował cztery piłki meczowe, chwilę później sam musiał bronić aż trzech meczbolli rywala. Z tej wymiany ciosów wyszedł jednak zwycięsko, kończąc rywalizację wynikiem 15-13.
Pierwszy taki Amerykanin od czasów Fritza
Sukces Lataka ma też wymiar historyczny. 17-latek jest pierwszym Amerykaninem, który wygrał juniorski US Open w singlu od Taylora Fritza – czyli od 2015 roku.
Na jednym finale w Nowym Jorku się nie skończyło. Latak zagrał też w finale gry podwójnej z Tanishkiem Kondurim. Tym razem szczęścia zabrakło – para przegrała z Aaronem Gabetem i Valentinem Gonzalezem-Galino 6:7(4), 6:2, 9-11.
Jest też polski wątek poza samym pochodzeniem rodziców. Ostatnio Latak współpracował z Maciejem Rajskim, wielokrotnym mistrzem Polski, który pełnił rolę jego trenera.