⚡ Aktualnie:
Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie

25 września w Będzinie, tuż przed galą MMA Attack 7, Maksymilian „Kruszynka” Kubiak poznał nazwisko swojego nowego rywala. Wcześniej zapowiadany przeciwnik odpadł – naprzeciwko znanego kibica Legii Warszawa stanie 52-letni Raszkiewicz.

To dopiero jego drugi występ w 2026 roku. Debiutantem jednak nie jest – po przerwie trwającej ponad dekadę wrócił do klatki na gali Silesian MMA 26 i pokonał tam Tomasza Kolcuna. Wcześniej, w latach 2010-2014, stoczył trzy zawodowe pojedynki.

Kubiak wraca po kontrowersjach na Słowacji

Dla Kubiaka Będzin to szansa na rehabilitację. Do gali podchodzi po niezwykle kontrowersyjnym występie na słowackiej gali RFA 32. Zmiana rywala tuż przed wejściem do klatki na pewno namiesza w przygotowaniach – ale to właśnie 52-letni weteran sprawdzi formę „Kruszynki” na oczach publiczności 25 września.

Wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba: Michał Cieślak jest nowym, pełnoprawnym mistrzem świata WBC w wadze junior ciężkiej. Pas powędrował do niego po odebraniu tytułu Noelowi Mikaelianowi.

To już czwarty czempion wywodzący się ze stajni KnockOut Promotions. Dla polskiego boksu kolejny sygnał, że ta grupa promotorska naprawdę liczy się na światowym poziomie.

Wielka szansa 12 grudnia

Nowy mistrz długo się pasem nie nacieszy. Już 12 grudnia stanie w ringu naprzeciw Davida Benavideza, a stawką będą aż trzy tytuły mistrzowskie naraz. Benavidez broni obecnie tytułów WBO i WBA w tej samej kategorii wagowej.

Zapowiada się jedno z najważniejszych starć w wadze junior ciężkiej ostatnich lat. Cieślak, świeżo upieczony mistrz WBC, od razu zmierzy się z posiadaczem dwóch pozostałych głównych pasów — i będzie chciał pokazać, że to jego trzymanie tytułu ma sens.

Siódmy mecz. Dogrywka. Remis 3:3 w serii – tak zakończyła się ostatnia wizyta KH Energa Toruń w półfinale play-off. Było to w sezonie 2004/2005. Od tamtej pory minęło ponad dwadzieścia lat, a klub znów mówi otwarcie o powrocie do najlepszej czwórki ligi.

Nowy trener Hirvonen zaczął pracę od razu na plusie – w debiucie na ławce Energa pokonała Unię Oświęcim 5:4. Niewiele, ale to był pierwszy sygnał, że drużyna z Torunia chce grać inaczej niż w minionych latach.

Wzmocnienia i zmiany w składzie

Latem klub przebudował skład na kilku pozycjach. Do bramki trafił Roman Kałmykow z Nomad Astana, a linię obrony zasilili Robert Ossipov z Kiruna IF, Mikael Tapio z Hermes, Wojciech Wilczok z STS Sanok Sokół oraz Anton Brandhammar z Rødovre Mighty Bulls. Do tego doszli Artur Fraszko i Jeremi Prokurat – obaj wychowankowie MKS Sokoły Toruń – a także Igor Smal z Fudeko GAS Gdańsk, Santeri Peltola z Pyry Hockey, Chikara Hanzawa z HL Anyang, Wiaczesław Kolesnikow z Barys Astana oraz Daņiła Larionovs z KHL Sisak.

Jednym z najciekawszych nabytków jest napastnik, którego w klubie nazywają „Lewym”. W poprzednim sezonie zdobył 37 punktów w 40 meczach – 15 goli i 22 asysty. Ma za sobą 16 spotkań w KHL, a w kazachskiej ekstralidze strzelił 24 bramki i dołożył 16 asyst w 46 meczach. Ten 29-letni skrzydłowy ma być jednym z filarów nowej ofensywy.

W bramce liczyć można na 25-letniego golkipera, wybranego najlepszym bramkarzem poprzednich rozgrywek kazachskiej ekstraligi. Jego statystyki mówią same za siebie: 92,5 procent skuteczności w sezonie zasadniczym i 93 procent w fazie play-off.

Odejść też nie brakowało. Klub pożegnał bramkarza Antona Svenssona oraz obrońców Oliwiera Kurnickiego, Jespera-Juhaniego Ilvessuo, Daniila Kulintseva, Viliego Laitinena i Emila Szotkiewicza. Wśród napastników zabrakło Szymona Maćkowskiego, Ołeksija Worony, Dienisa Fjodorovsa, Illi Korenczuka, Chase’a Phelpsa, Kacpra Ziarkowskiego i Jakuba Lewandowskiego.

Nowa drużyna jest młoda i dość wyrównana pod względem parametrów. Średnia wieku zawodników wynosi 25,26 lat, średni wzrost to 181,81 cm, a średnia waga – 81,78 kg. W kadrze znajduje się 10 wychowanków klubu i 11 obcokrajowców.

Sparingi pełne emocji

Przygotowania do sezonu nie były jednostajne – wręcz przeciwnie. 7 sierpnia Energa przegrała z ECZD Zagłębie Sosnowiec aż 3:8. Ale już 21 sierpnia pokazała charakter, wygrywając po dogrywce z BS Polonia Bytom 4:3. Tydzień później role się odwróciły – Polonia zrewanżowała się zwycięstwem 5:2.

29 sierpnia przyszła kolejna porażka, tym razem z KS Unia Oświęcim 3:6. Za to dzień później toruńska drużyna rozniosła Sokił Kijów aż 6:0. Seria sparingów zamknęła się dwoma meczami z HC Kepitałz Kijów – najpierw porażką 2:4 (4 września), a następnie wysokim zwycięstwem 4:0 (5 września).

Wcześniejsze mecze kontrolne pokazały też, że nowy skład potrafi strzelać bramkami w hurtowych ilościach – Energa pokonała wcześniej Comarch Cracovię 5:2, Zagłębie Sosnowiec 6:3 oraz STS Sanok aż 10:4.

Bilans sparingów jest nierówny. Ale to właśnie z takich wahań kibice w Toruniu próbują wyczytać, czy tym razem drużyna rzeczywiście ma szansę przełamać dwudziestoletnią klątwę i wrócić do półfinałowej walki o medale.

Dziewiąta minuta, San Siro jeszcze dobrze się nie rozsiadło na trybunach, a na tablicy wyników już 0:1 dla gości. James Abankwah wykorzystuje zamieszanie w polu karnym Interu i daje Udinese prowadzenie. Siedem minut później jest jeszcze gorzej – Juergen Ekkelenkamp podwyższa na 0:2, a gospodarze zaczynają myśleć o kompromitacji na własnym stadionie. Po 16 minutach gry Inter Mediolan przegrywał 0:2 z Udinese.

Piotr Zieliński, który rozpoczął to spotkanie w podstawowym składzie, oglądał ten koszmarny początek z boiska, a nie z ławki. Inter wracał wtedy do rozgrywek ligowych po nieudanym starcie w Lidze Mistrzów – presja na poprawę formy dawała się odczuć już od pierwszych minut.

Odpowiedź nie kazała na siebie długo czekać. W 26. minucie kontaktową bramkę zdobył Carlos Augusto, a dziewięć minut później Nicolo Barella doprowadził do wyrównania na 2:2. W 57. minucie Marcus Thuram dał Interowi pierwsze w tym meczu prowadzenie, 3:2. Dziesięć minut później Francesco Pio Esposito podwyższył na 4:2, wykańczając akcję po podaniu Zielińskiego. To właśnie ta asysta Polaka stała się jednym z najczęściej wspominanych momentów spotkania w relacjach włoskich mediów.

Inter nie zwalniał tempa. W 79. minucie kolejnego gola dołożył Ange-Yoan Bonny, ustalając wynik na 5:2. Trzy minuty później Zieliński opuścił boisko, żegnany brawami za mecz pełen zaangażowania. Końcówkę spotkania Udinese zdołało jedynie ograniczyć kosmetycznie – w 90. minucie kontaktowego gola strzelił Idrissa Gueye. Ostatecznie Inter Mediolan wygrał 5:3.

Włoska prasa chwali Polaka

Występ 32-letniego Zielińskiego nie umknął uwadze dziennikarzy oceniających zawodników po każdym spotkaniu. Portal goal.com przyznał mu notę 6.5 w skali dziesięciostopniowej, identyczną ocenę wystawili eksperci calcionews24.com. Wyżej postawiły go za to media z bliższym dostępem do klubowej kuchni – Corriere della Sera ocenił Polaka na 7, podobnie jak serwis fcinter1908.it, specjalizujący się w tematyce interistów.

Noty różnią się w szczegółach, ale obraz wyłania się spójny: Zieliński był jednym z tych, którzy pomogli Interowi odwrócić losy meczu zaczętego od koszmarnych 16 minut.

Gwizdek sędziego, murawa przy Łazienkowskiej i pierwszy raz na niej Bohdan Wjunnyk w zielono-biało-czerwonych barwach. Zawodnik zadebiutował w Legii Warszawa w meczu przeciwko Widzewowi.

Na ten moment czekał od dawna. Debiut w klubie takim jak Legia bywa dla piłkarzy przełomem w karierze – i właśnie taki krok postawił Wjunnyk, wchodząc na boisko w starciu z łódzkim Widzewem.

Legia to jeden z najbardziej utytułowanych klubów w Polsce, więc każdy debiut w jej barwach od razu przyciąga uwagę kibiców śledzących Ekstraklasę. Mecz z Widzewem stał się naturalnym punktem odniesienia, po którym można było ocenić formę nowego nabytku stołecznej drużyny.

128. tenisistka rankingu WTA przegrywa z zawodniczką sklasyfikowaną na 537. miejscu – jak to możliwe? Z tym pytaniem Katarzyna Kawa musiała zmierzyć się po poniedziałkowym meczu w Walencji.

Polka odpadła w I rundzie turnieju WTA 125 BBVA Open Internacional de Valencia. Przegrała z Hiszpanką Marią Garcią Cid 3:6, 3:6. Spotkanie trwało godzinę i 27 minut.

Na papierze faworytką była Kawa – od rywalki dzieli ją ponad 400 miejsc w rankingu WTA. I rzeczywiście, to Polka jako pierwsza zdobyła przełamanie i przed zmianą stron prowadziła 2:1. Inicjatywa szybko przeszła jednak w ręce Hiszpanki – najpierw utrzymała własne podanie i wyszła na 3:2, a chwilę później odskoczyła na 4:2. Od tego momentu Garcia Cid, grająca z dziką kartą, kontrolowała przebieg spotkania aż do końca.

Powrót na mączkę po nieudanych kwalifikacjach do US Open

Porażka w Walencji to kolejny trudny moment w tegorocznym sezonie Kawy. Wcześniej Polka nie zdołała przebrnąć przez eliminacje wielkoszlemowego US Open 2026. Po tym niepowodzeniu postanowiła zmienić nawierzchnię i wrócić do gry na kortach ziemnych. Powrót ten skończył się jednak szybkim rozczarowaniem.

Dla Garcii Cid zwycięstwo nad wyżej notowaną rywalką oznacza awans do II rundy turnieju. BBVA Open Internacional de Valencia to zawody kategorii WTA 125 rozgrywane na mączce, z pulą nagród wynoszącą 100 tysięcy euro.

Ile kosztuje jeden nieudany wjazd w Parabolikę? W przypadku Charlesa Leclerca odpowiedź brzmi: prawie 1,9 miliona dolarów – i to nie za cały sezon wypadków, a jako sam wkład w rekordowy rachunek Ferrari za naprawy.

Eksperci gpblog.com policzyli, ile kosztowały tegoroczne kolizje Monakijczyka. Wyszło 1,888 mln dolarów. To nie jest zwykła statystyka sezonu. To antyrekord Formuły 1 – najwyższy dotąd odnotowany koszt napraw powypadkowych jednego kierowcy w ciągu roku.

Najdroższy epizod rozegrał się w Monzy, gdzie Leclerc stracił panowanie nad SF-26 przy wyjściu z Paraboliki. Siła uderzenia sięgnęła 60G, a incydent zmusił organizatorów do przerwania wyścigu czerwoną flagą. Stewardzi uznali, że Monakijczyk stworzył zagrożenie dla rywali, i dołożyli mu 20-sekundową karę. Mimo skali zdarzenia kraksa w Monzy była dopiero drugą najdroższą pojedynczą awarią całego sezonu 2026 – co samo w sobie pokazuje, jak kosztowny był to rok dla stajni z Maranello.

Włoska runda okazała się dla Leclerca po prostu koszmarna – i to określenie pada wprost w ocenach jego występu na Grand Prix Włoch. 28-letni kierowca nie dojechał do mety trzy razy w tym sezonie, choć w Barcelonie został sklasyfikowany jako finiszujący mimo problemów.

Budżet pod presją

Te liczby nabierają wagi w kontekście limitu budżetowego, obowiązującego wszystkie zespoły Formuły 1 – 215 milionów dolarów na sezon. Dla porównania: Lewis Hamilton jako jedyny w stawce ukończył wszystkie okrążenia wyścigowe sezonu aż do weekendu w Madrycie, czyli dokładne przeciwieństwo niestabilności Monakijczyka. Z kolei Lance Stroll zapisał się w historii z innego powodu – jako pierwszy kierowca, który 100 razy odpadł już w Q1, nie zdobywając przy tym ani jednego punktu w całym sezonie.

Dla Ferrari te dane to sygnał ostrzegawczy przed dalszą częścią sezonu. Rachunek za wypadki Leclerca rośnie szybciej niż wyniki na torze – a to kombinacja, której żaden zespół walczący o budżet nie może zignorować.

Dwa mecze, dwa zwycięstwa – tak Dziki Warszawa zaliczyły podwójny test w bułgarskim Samokowie i podtrzymały marzenia o awansie do Basketball Champions League. Najpierw rozbiły czeskie BK Opava, potem poradziły sobie z Landau Lions.

W pierwszym starciu Dziki zmierzyły się z czeskim BK Opava i triumfowały aż 116:99. Po pierwszej połowie nic nie zapowiadało tak wyraźnej przewagi – na tablicy widniał remis 50:50. Rozkład punktów w poszczególnych kwartach pokazuje, jak wyrównany był początek starcia: 24:24, 26:26, 20:30, 29:36.

Potem wszystko się posypało – ale po stronie Opavy. Warszawska drużyna zdobyła w drugiej połowie aż 66 punktów i z wyrównanego pojedynku zrobiła wyraźne zwycięstwo. Kluczem okazała się gra pod koszami: Dziki zdobyły w „pomalowanym” polu 54 punkty wobec 38 rywali, co dało im fizyczną przewagę decydującą o losach meczu.

Liderem zespołu w starciu z Opavą był Austin Luke – 22 punkty. Tuż za nim uplasował się Joseph Girard z dorobkiem 18 oczek. Solidny wkład wniósł też Zane Waterman, który do 14 punktów dołożył aż 10 zbiórek. Po stronie czeskiego zespołu najskuteczniejszy był Jakub Sirina, zdobywając 22 punkty.

Sears rozbił Landau Lions

W drugim meczu turnieju rywalem Dzików był niemiecki Landau Lions. Warszawianie znów okazali się lepsi, wygrywając 105:88. Tym razem show skradł Jordan Sears – 38 punktów, w tym 7 z 15 rzutów za trzy, do tego pięć zbiórek i cztery asysty.

Drugi z rozgrywających miał tego dnia problemy ze skutecznością – zdobył 18 punktów i rozdał siedem asyst, ale trafił zaledwie 5 z 14 rzutów z gry. Zwycięstwo mimo to nie było zagrożone, bo swoje dołożyli kolejni zawodnicy – Ojars Silins, Mareks Mejeris i Aigars Skele mieli znaczący udział w triumfie nad Landau Lions.

Dwa zwycięstwa w Samokowie oznaczają, że Dziki Warszawa wciąż grają o awans do fazy grupowej Basketball Champions League. Następny przeciwnik w ćwierćfinale turnieju kwalifikacyjnego to łotewski VEF Ryga – mecz zaplanowano na czwartek, 17 września, o godzinie 13:15.

Co robi zawodnik UFC parę minut po wygranej walce, gdy z trybun woła go dzieciak z prośbą o zdjęcie? Odpowiedź przyniosła gala UFC Noche, rozegrana w miniony weekend, 12 września 2026 roku, w Glendale.

Jean Silva pokonał tam Jose Delgado w walce wieczoru. Brazylijczyk skończył starcie poddaniem przez odklepanie w trzeciej rundzie – dokładnie po 2:57 jej trwania. To było już jego drugie zwycięstwo z rzędu w oktagonie UFC. Wygrana dała mu powrót do ścisłej czołówki wagi piórkowej. Rok wcześniej przegrał z Diego Lopesem, a ta porażka na jakiś czas zamknęła mu drogę do walki o czoło dywizji.

Gest po walce

Chwilę po zwycięstwie, w otoczeniu kamer i emocji, młody fan poprosił Silvę o wspólne zdjęcie. To, jak zareagował Brazylijczyk, poruszyło kibiców śledzących relacje z gali w Glendale i pokazało zupełnie inną twarz zawodnika, który jeszcze przed chwilą kończył rywala poddaniem na macie.

Dlaczego mistrz KSW w wadze do 77 kilogramów wciąż nie może swobodnie decydować o własnej karierze? Adrian Bartosiński, aktualny posiadacz pasa w tej kategorii, wskazuje na kontrakt podpisany jeszcze przed jego pierwszymi sukcesami w organizacji jako główną przeszkodę.

W klatce pojawił się ostatnio w marcu 2026 roku, na gali KSW 116, gdzie na pełnym dystansie pokonał Madarsa Fleminasa. Teraz czeka go kolejna obrona tytułu — na gali KSW 123 w Szczecinie zmierzy się z Tymoteuszem Łopaczykiem.

Droga do tego starcia nie była prosta. Pierwotnie Bartosiński miał walczyć z Adamem Masaevem podczas KSW 122 w październiku. Masaev doznał jednak kontuzji ręki i wycofał się z pojedynku, a organizacja musiała w pośpiechu szukać zastępstwa. Wybór padł na Łopaczyka.

Kontrakt sprzed lat wciąż wiąże ręce mistrzowi

Bartosiński trafił do KSW w 2020 roku, po udziale w programie „Tylko Jeden”. Jego karierę prowadził wtedy menedżer o nazwisku Gwóźdź — współpraca między nimi zakończyła się dopiero pod koniec 2024 roku.

I właśnie z tego okresu, jak twierdzi mistrz, pochodzi umowa, która dziś komplikuje mu sytuację w organizacji. Menedżer się zmienił, ale warunki kontraktu podpisanego za jego pośrednictwem pozostają wiążące i wciąż ograniczają pole manewru zawodnika.

Na co dzień Bartosiński trenuje w klubie Octopus w Łodzi. Tam przygotowuje się do starcia z Łopaczykiem, licząc na kolejną skuteczną obronę pasa mistrzowskiego dywizji do 77 kilogramów.

Instalacja aplikacji
Pobierz