Listopad 2023 roku, Professional Fighters League oficjalnie przejmuje Bellatora – i dla Scotta Cokera zamyka się pewien rozdział. Człowiek, który budował tę organizację od 2014 roku i stał na jej czele aż do przejęcia, na kilka lat zniknął z czołówek MMA-owych serwisów. Teraz wraca. I to z zupełnie nowym projektem.
Coker, wcześniej szef Bellatora, ogłosił uruchomienie nowej promocji MMA o nazwie KI MMA. To pierwszy od lat sygnał, że doświadczony promotor nie zamierza siedzieć z założonymi rękami po rozstaniu z PFL.
Szczegóły, które zdradził, nie pozostawiają wątpliwości – to nie będzie skromny, lokalny projekt. Zapowiedział 32-osobowy turniej w kategorii piórkowej, co samo w sobie sugeruje spory rozmach organizacyjny. Do tego dochodzi lista rynków, na które KI MMA celuje już od startu.
Globalne ambicje nowej promocji
Coker wymienił konkretne miasta i kraje: San Jose, Brazylia, Japonia, Korea Południowa, Dublin, Budapeszt, Włochy, Francja. Kalifornia, Ameryka Południowa, Azja, Europa – taki rozrzut kierunków pokazuje, że KI MMA od razu myśli globalnie, zamiast budować się powoli od jednego rynku.
Data startu też nie jest przypadkowa. Coker potwierdził, że debiut nowej promocji zaplanowano na pierwszy kwartał 2027 roku. Projekt jest więc wciąż na wczesnym etapie przygotowań, choć sam pomysł i lista rynków są już publicznie znane.
Dla środowiska MMA powrót Cokera rodzi jedno pytanie: czy uda mu się powtórzyć to, co zbudował wcześniej – najpierw w Strikeforce, potem w Bellatorze, gdzie pozostał na czele organizacji aż do przejęcia jej przez PFL. Kilka lat do debiutu to sporo czasu – na złożenie kadry, ustalenie lokalizacji gal i skompletowanie stawki zawodników do zapowiedzianego turnieju w wadze piórkowej.
Gdy Tom Aspinall zrzekł się mistrzowskiego pasa UFC w wadze ciężkiej, na szczycie zrobiło się pusto, a wokół tytułu od razu zaczęło się tłoczno. Pas nie ma właściciela. Kolejka po niego już się ustawia.
Pierwszy zgłosił się Alex Pereira, deklarując otwarcie gotowość do walki o wakujące mistrzostwo. Brazylijczyk zna już smak rywalizacji o ten tytuł – w czerwcu mierzył się z Cyrylem Gane’em o pas interim wagi ciężkiej. Wtedy nie poszło po jego myśli – Francuz pokonał go wyraźnie na punkty.
O starcie z Francuzem upomniał się też Josh Hokit. Ten 28-letni zawodnik pozostaje niepokonany, z czterema kolejnymi zwycięstwami w oktagonie UFC na koncie. W zawodowym MMA rywalizuje dopiero od 2023 roku – jego seria robi wrażenie właśnie tempem, w jakim powstała.
Gane czeka na decyzję
Sam Cyryl Gane, obecnie najbliżej pasa jako zwycięzca czerwcowego starcia, wcześniej zapowiadał, że chce wrócić do klatki jeszcze przed końcem roku. Na razie jednak nie wiadomo, kiedy dojdzie do pojedynku o wakujące mistrzostwo wagi ciężkiej. Przed UFC niełatwy wybór: postawić na sprawdzonego rywala, jakim jest Pereira, czy dać szansę młodej krwi w osobie Hokita.
W nocnym komunikacie WBC ogłosiła wakat tytułu mistrza świata w wadze junior ciężkiej. „Po rozmowie ze wszystkimi stronami zaangażowanymi w sprawę walki Noel Mikaelian kontra Jai Opetaia, Rada Gubernatorów WBC ustaliła, że spośród wszystkich dostępnych sposobów działania te, które najbardziej odpowiadają wcześniejszym zarządzeniom WBC, to następujące orzeczenia” – napisano w oświadczeniu federacji. Kilka linijek dalej pojawiło się nazwisko, które ucieszyło polskich kibiców boksu.
Michał Cieślak został pełnoprawnym mistrzem świata WBC w wadze junior ciężkiej. Federacja odebrała pas Noelowi Mikaelianowi i na jego miejsce awansowała dotychczasowego tymczasowego mistrza – właśnie Cieślaka. Polak ma na koncie 28 wygranych i 2 przegrane walki zawodowe, w tym 22 zwycięstwa przed czasem. Mikaelian z kolei w swojej karierze zanotował 28 wygranych i 4 porażki, z 12 nokautami.
Sam awans na papierze to jednak dopiero początek historii. WBC od razu zatwierdziło pierwszą obronę pasa przez Cieślaka, wyznaczając mu rywala – Davida Benavideza. Federacja potwierdziła, że będzie to obowiązkowa obrona tytułu.
Kim jest Benavidez
David Benavidez to dziś jeden z najbardziej rozchwytywanych bokserów świata. Amerykanin jest mistrzem WBA i WBO, a w karierze zawodowej wciąż pozostaje niepokonany. Jego bilans to 32 wygrane, 0 porażek i aż 26 nokautów. W rankingu „The Ring”, prowadzonym bez podziału na kategorie wagowe, zajmuje 5. miejsce. Cieślaka w tym zestawieniu próżno szukać nawet w pierwszej dziesiątce.
W medialnych doniesieniach dotyczących starcia Cieślak – Benavidez przewija się data 12 grudnia oraz lokalizacja w Stanach Zjednoczonych. Zwycięzca walki Mikaelian – Opetaia zostanie z kolei obowiązkowym pretendentem do starcia ze zwycięzcą pojedynku Cieślak – Benavidez. Przypomnijmy, że w starciu Mikaelian – Opetaia Australijczyk Jai Opetaia wygrał przez techniczny nokaut w 9. rundzie – co dodatkowo tłumaczy decyzję federacji o odebraniu pasa Mikaelianowi.
Dla Cieślaka oznacza to jedno: pasa trzeba będzie bronić od razu, i to z jednym z najgroźniejszych rywali w całej wadze junior ciężkiej.
10 września 2026 roku, hala w Bytomiu. STS Sanok-Sokół schodzi z lodu po porażce 1:4 z BS Polonią Bytom – trzeci sparing z rzędu bez zwycięstwa przed startem nowego sezonu TAURON Hokej Ligi. To właśnie przy takich wynikach kibice sanockiego klubu po raz pierwszy przyglądają się drużynie, która wraca do elity w zupełnie nowej odsłonie.
Bilans przygotowań nie napawa optymizmem. 6 września Sanok przegrał z Podhalem Nowy Targ 2:5. Dwa dni później uległ temu samemu rywalowi 2:4. Serię zamknęła porażka z Polonią Bytom 1:4. Trzy sparingi, trzy porażki – budowa zespołu od podstaw ma swoją cenę.
Kto ma ciągnąć ofensywę
Wśród nazwisk, które mają dać Sanokowi przewagę w ataku, wymienia się 32-letniego Ukraińca Wołodymyra Czerdaka. To on wskazywany jest jako jeden z pierwszych kandydatów do roli lidera formacji ofensywnych w drużynie budowanej praktycznie od zera.
Liczby dobrze oddają charakter nowego składu. Średnia wieku zawodników wynosi 23,40 lat, średni wzrost to 181,12 cm, a średnia waga – 77,88 kg. W kadrze znalazło się ośmiu wychowanków klubu, ale aż 29 obcokrajowców. Ta proporcja mówi sama za siebie – skala przebudowy zespołu przed powrotem do ligi jest ogromna.
Ile zapłacą kibice
Klubowe taryfy są jasne. Bilet kupiony online kosztuje 25 zł, w kasie w dniu meczu trzeba już zapłacić 35 zł. Karnet na cały sezon wyceniono na 350 zł, a posiadacze ubiegłorocznych karnetów mogą liczyć na 50 zł zniżki przy zakupie nowego.
Sparingowe porażki z Podhalem i Polonią to na razie jedyny sprawdzian nowej ekipy przed sezonem. Sanok wraca do TAURON Hokej Ligi z drużyną budowaną od nowa – a to, czy młody, mocno umiędzynarodowiony skład poradzi sobie z rywalami z ligi, pokaże dopiero start rozgrywek.
89. minuta, wynik na tablicy już od dawna przesądzony – 1:4 dla FC Midtjylland. Wtedy sędzia sięga po żółty kartonik wobec reprezentanta Polski. Chwilę później po kolejny. Między pierwszym a drugim napomnieniem minęło niecałe 60 sekund. Efekt? Czerwona kartka i przedwczesny prysznic dla zawodnika, który tego dnia prowadził zespół na boisku z opaską kapitana.
Taki brak kontroli nerwów w końcówce meczu, i tak już przegranego, nie mógł ujść uwagi mediów. Duński portal sport.tv2.dk nie owijał w bawełnę i nazwał rzecz po imieniu – „głupie zachowanie ze strony pomocnika, który nosił opaskę kapitana”.
„Co za głupie zachowanie ze strony pomocnika, który nosił opaskę kapitana” – czytamy w portalu sport.tv2.dk.
Przy wyniku 1:4 czerwona kartka dla kapitana w 89. minucie to w gruncie rzeczy formalność – o losach meczu dawno już nic nie decydowało. Boleśniejszy może się okazać rachunek wizerunkowy: dwie żółte kartki zebrane w niespełna minutę zostaną w pamięci na dłużej niż sam wynik.
5 września padł podpis pod kontraktem, który miał otworzyć kolejny rozdział kariery Mateja Rodina. Dziś, kilka miesięcy później, sprawy przybierają inny obrót – 30-letni chorwacki obrońca ponownie rozważa krok dobrze znany kibicom Ekstraklasy: powrót do polskiej ligi.
Rodin nie byłby tu żadnym debiutantem. Ma na koncie ponad sto meczów w polskiej lidze – to wystarczy, by kluby szukające sprawdzonego wzmocnienia defensywy traktowały go jako nazwisko z gotową marką.
Większość tego dorobku wypracował w Lechii Gdańsk. Dla „Biało-Zielonych” zagrał 74 spotkania i strzelił 4 gole. Sam ostatni sezon to 26 meczów dla gdańszczan – liczba, która pokazuje, że wciąż był regularnie wystawianym elementem defensywnej układanki, a nie zawodnikiem z ławki.
Powrót do znajomych realiów
To, że 30-latek poważnie myśli właśnie o powrocie do PKO Ekstraklasy, trudno nazwać zaskoczeniem. W końcu to liga, w której swoją wartość udowodnił liczbą występów przekraczającą setkę. Doświadczenie zebrane w Gdańsku, gdzie spędził kilka sezonów i wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie, dziś może działać na jego korzyść przy ewentualnym transferze.
Na razie nie wiadomo, czy powrót oznaczałby ponowne zamieszkanie w Trójmieście, czy raczej nowy adres w innym klubie ligi. Jedno jest pewne: Rodin nie byłby anonimowym nabytkiem, tylko zawodnikiem z konkretnym, sprawdzonym CV na polskich boiskach.
45 minut – tyle trwał mecz w Lublanie, zanim padł ostatni punkt. Aż tyle – i wystarczyło z naddatkiem – potrzebowały Weronika Falkowska i jej gruzińska partnerka Jekaterina Gorgodze, by zapewnić sobie miejsce w ćwierćfinale gry podwójnej turnieju WTA Challenger.
Para rozstawiona z numerem 2 nie zostawiła rywalkom złudzeń. Falkowska i Gorgodze rozbiły duet Martina Colmegna / Radka Zelnickova 6:0, 6:4, kończąc pierwszego seta bez straty gema. Włoszka ze Słowaczką odrobiły nieco strat w drugiej partii. Nie zmieniło to jednak wiele – wyższość Polki i jej partnerki była ewidentna od pierwszych minut.
Efekt? Miejsce w ćwierćfinale, będące bezpośrednim skutkiem tej dominacji na korcie.
Gorzej w singlu
W grze pojedynczej scenariusz był zupełnie inny. Barbora Palicova, rozstawiona z numerem 8 Czeszka, pokonała Polkę Ginę Feistel 7:5, 6:1. Pierwszy set trzymał w napięciu do samego końca. Drugi należał już wyłącznie do faworytki.
Brytyjski sąd wydał wyrok, który będzie kosztować Jody’ego Schecktera 1,4 mln funtów. 76-letni dziś mistrz świata Formuły 1 przegrał wieloletnią batalię z fiskusem o ulgę podatkową.
Scheckter sięgnął po tytuł mistrza świata w 1979 roku w barwach Ferrari. Był to ostatni triumf Południowoafrykańczyka w karierze wyścigowej. Spór, który właśnie przegrał, z torami nie ma jednak nic wspólnego — chodzi o jego działalność biznesową po zakończeniu startów.
Sprawa dotyczyła próby rozliczenia ulgi podatkowej z innymi dochodami, jakie Scheckter osiągnął w latach 2008-2010. Fiskus się nie zgodził. Sąd przyznał rację urzędnikom.
Fortuna zbudowana poza torami
Po zakończeniu kariery w Formule 1 Scheckter zainwestował fortunę w ekologiczne gospodarstwo. Jak podają brytyjskie media, na rozwój posiadłości i biznesu przeznaczył około 55 mln funtów — kwota sama w sobie pokazuje, na jaką skalę zakrojone było przedsięwzięcie byłego kierowcy po odwieszeniu kasku na kołek.
Warto podkreślić, że większości swojej fortuny Scheckter nie dorobił się w Formule 1. To biznes rolniczy i inne przedsięwzięcia poza torem stały się głównym źródłem jego majątku. I to właśnie one przysparzają mu teraz prawnych kłopotów z brytyjskim urzędem skarbowym.
Pekin, 2008 rok. Młody Kevin Durant debiutuje na igrzyskach olimpijskich w barwach reprezentacji USA. Minęło od tego momentu ponad piętnaście lat. On wciąż nie zamierza kończyć swojej olimpijskiej podróży.
Durant chciałby wystąpić w barwach reprezentacji Stanów Zjednoczonych podczas igrzysk olimpijskich w Los Angeles w 2028 roku. Gdyby udało mu się znaleźć w kadrze, byłby to już jego piąty turniej olimpijski w karierze – liczba, która stawiałaby go w gronie nielicznych koszykarzy z tak bogatym olimpijskim dorobkiem.
Historia startów Duranta na igrzyskach ciągnie się od Pekinu. Po 2008 roku przyszły kolejne turnieje: Londyn w 2012 roku, Rio de Janeiro w 2016 roku, przełożone przez pandemię Tokio, gdzie wystąpił w 2021 roku, oraz Paryż w 2024 roku. Cztery starty, cztery różne kontynenty, kolejne złote medale w dorobku. Teraz na horyzoncie pojawia się piąta odsłona – tym razem na własnym podwórku, w Los Angeles.
Powrót do domu
Igrzyska w Los Angeles w 2028 roku miałyby dla Duranta szczególny wymiar. To będzie pierwszy od dekad turniej olimpijski rozgrywany na terenie Stanów Zjednoczonych. Jego chęć udziału pokazuje, ile dla niego znaczy gra pod flagą narodową – mimo że ani kalendarz NBA, ani wiek zawodnika nie ułatwiają takich planów. Durant sam zadeklarował, że marzy o tym starcie. Droga od Pekinu do Los Angeles byłaby zamknięciem wyjątkowego rozdziału w historii amerykańskiej koszykówki.
Minuta dwadzieścia siedem drugiej rundy. Tyle wystarczyło Cyrilowi Ganowi, by zakończyć wieczór Alexa Pereiry na gali UFC Freedom 250 w Białym Domu. Francuz najpierw trafił Brazylijczyka serią mocnych ciosów, a chwilę później dołożył kolejne celne uderzenia – nokaut był przesądzony, a wraz z nim przepadła szansa Pereiry na tymczasowy pas wagi ciężkiej.
Minęły miesiące, a Pereira nie odpuszcza. Brazylijczyk, na koncie którego widnieje bilans 13 zwycięstw i 4 porażek oraz tytuły mistrzowskie w dwóch różnych kategoriach wagowych UFC, otwarcie domaga się drugiej szansy na Gane’a.
„Chcę, żeby to się udało, chcę zdobyć ten trzeci pas” – powiedział Pereira, nie kryjąc, że porażka z Francuzem wciąż go uwiera.
„Myślę, że zrobiłem już wiele rzeczy w UFC i uważam, że zasłużyłem na to, by mieć takie opcje” – dodał zawodnik.
Gane, obecny posiadacz tymczasowego pasa wagi ciężkiej, ma na koncie 14 zwycięstw i tylko 2 porażki. To on stanął na drodze Pereiry w Białym Domu i pokazał, że w kategorii ciężkiej Brazylijczyk wciąż ma czego się uczyć.
Nowy Jork czeka
W tle sprawy jest już konkretna data i miejsce. UFC zaplanowało galę UFC 334 na 14 listopada – areną będzie legendarny Madison Square Garden w Nowym Jorku. Karty walk organizacja jeszcze oficjalnie nie potwierdziła, ale z każdym wywiadem presja ze strony Brazylijczyka rośnie.
Dla Pereiry stawka jest prosta – trzeci pas mistrzowski w karierze i rewanż za jedną z najboleśniejszych porażek. Dla Gane’a to z kolei okazja, żeby udowodnić, że pierwsze starcie nie było przypadkiem.