⚡ Aktualnie:
Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie

Jessica Pegula nie zagra w turnieju WTA 500 w Singapurze. Amerykanka miała być tam najwyżej rozstawioną zawodniczką, więc jej rezygnacja od razu poprawia położenie Mai Chwalińskiej w drabince.

Pegula zajmuje obecnie trzecie miejsce w rankingu WTA, a o swojej decyzji poinformowała fanów na Instagramie. „Jestem naprawdę rozczarowana, że muszę wycofać się z turnieju w Singapurze. Po kilku długich i wymagających fizycznie tygodniach podczas US Open nie jestem jeszcze w pełni gotowa, by wrócić na kort i rywalizować na poziomie, którego od siebie oczekuję. Naprawdę nie mogłam się doczekać gry w Singapurze i mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła tu wrócić” – napisała Amerykanka. Trudno się dziwić zmęczeniu – w tym roku Pegula dotarła do półfinału US Open, a wielkoszlemowy maraton kosztuje sporo sił nawet czołowe zawodniczki.

Chwalińska z wyższym rozstawieniem

W stawce turnieju WTA 500 w Singapurze znajdzie się Maja Chwalińska. Po wycofaniu się Peguli Polka awansuje w rozstawieniu wyżej, niż pierwotnie zakładano, i zmierzy się w drabince z numerem piątym. Wyżej od niej w hierarchii turnieju plasują się jeszcze Mirra Andriejewa, Amanda Anisimova, Alexandra Eala oraz Elise Mertens.

Ten tydzień to dla polskich tenisistek prawdziwa podróż po kontynentach. Magdalena Fręch zagra w turnieju WTA 500 w Guadalajarze, w tym samym czasie, gdy rozgrywana jest impreza WTA 250 w Sao Paulo. Magda Linette z kolei pojedzie rywalizować w turnieju WTA 250 w Seulu.

Lewis Hamilton poprosił kierownictwo Ferrari o wymianę kilku kluczowych członków zespołu pracujących bezpośrednio na torze podczas wyścigowych weekendów Formuły 1. Żądanie to, opisane przez „Corriere della Sera”, godzi w samo serce struktury zbudowanej przez szefa zespołu Frédérica Vasseura – człowieka, który był jednym z głównych architektów transferu Brytyjczyka do Maranello.

Hamilton i Vasseur znają się od blisko dwóch dekad. To właśnie pod jego kierownictwem w zespole ART GP Brytyjczyk sięgnął po tytuł mistrzowski Formuły 3 w 2005 roku, a rok później triumfował w GP2. Ta wspólna historia miała być fundamentem sukcesu w Ferrari. Sezon pokazał jednak coś zupełnie innego.

Po czternastu weekendach Hamilton zajmuje trzecie miejsce w klasyfikacji kierowców. Strata do lidera? Już 101 punktów. Na czele stawki jedzie 20-letni Andrea Kimi Antonelli z Mercedesa – kierowca, który zastąpił Hamiltona w zespole z Brackley na sezon 2026. Trudno o bardziej wymowny zbieg okoliczności.

Konflikt z Leclerkiem i cień nominacji Vasseura

Drugi kierowca Ferrari, Charles Leclerc, plasuje się obecnie na piątej pozycji. Hamilton nie kryje niezadowolenia ze współpracy z Monakijczykiem – uważa, że ten powinien był przepuścić go na torze w kilku sytuacjach, gdy Brytyjczyk miał wyraźnie lepsze tempo. Napięcie sięgnęło zenitu podczas GP Włoch, gdy Leclerc zaraz po starcie wypchnął Hamiltona na pobocze. Skutki były dotkliwe: Brytyjczyk spadł na dziesiątą lokatę i stracił jakąkolwiek szansę na walkę o podium.

Sprawę komplikuje jeszcze jeden szczegół. Leclerc zna Vasseura z tych samych juniorskich czasów co Hamilton, świętował z nim tytuły mistrzowskie w F3 i F2. Według doniesień to właśnie obóz Leclerca miał stać za nominacją Vasseura na stanowisko szefa Ferrari. Po tej nominacji zespół zaczął zatrudniać osoby polecane przez Monakijczyka – co dziś, w świetle żądań Hamiltona, nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Brytyjczyk nie działa jednak w izolacji. Ma bezpośrednie dojście do Johna Elkanna, prezydenta Ferrari, dla którego transfer Hamiltona był spełnieniem wieloletniego marzenia – projektu, nad którym pracował przez wiele lat. I to właśnie ta relacja może zdecydować, czy żądania kierowcy zostaną wysłuchane oraz czy struktura zbudowana wokół Vasseura i Leclerca przetrwa w obecnym kształcie.

Badalona po raz pierwszy w historii zorganizuje turniej Supercopa Endesa. I od razu przy okazji swojej premiery miasto będzie świadkiem czegoś, czego hiszpańska koszykówka nie widziała od 2008 roku – Superpucharu bez Realu Madryt. Królewscy grali w każdej edycji od 2009 roku, budując serię 17 startów z rzędu, więc ich nieobecność w hali w Badalonie to jedna z głównych historii tego turnieju, może nawet ta najważniejsza.

Supercopa Endesa ma za sobą długą historię – pierwszą edycję rozegrano w sezonie 1984/85. Triumfował wtedy Real Madryt, rozbijając CAI Saragossę aż 101:61. Kolejne dwa tytuły powędrowały do Joventutu, czwarty trafił do gabloty Barcelony. Potem była kilkunastoletnia przerwa. Rozgrywki wróciły w 2004 roku i od tamtej pory odbywają się nieprzerwanie, rok w rok. W klasyfikacji wszech czasów prowadzi Real Madryt z dziesięcioma tytułami, w tym sześcioma zdobytymi z rzędu w latach 2018–2023. Barcelona ma na koncie sześć Superpucharów, Baskonia cztery, a Valencia i Joventut po dwa.

Tym razem do Badalony przyjadą cztery kluby, które łącznie zdobyły już 14 Superpucharów. Żaden z nich nie nazywa się Real Madryt.

Kto przyjeżdża do Badalony i w jakiej formie

Stawkę otwiera Valencia, broniąca tytułu sprzed roku jako aktualny mistrz Hiszpanii. Miniony sezon zapisał się w klubowej historii złotymi zgłoskami – Valencia sięgnęła po pierwszy w swoich dziejach krajowy dublet, łącząc Supercopę z mistrzostwem Liga Endesa. Latem przyszły jednak duże zmiany kadrowe: odeszli m.in. Jean Montero, Darius Thompson, Sergio de Larrea, Jaime Pradilla i Brancou Badio, a stery przejął nowy trener, Xavi Albert, zastępując Pedro Martíneza. W zamian klub sprowadził TJ Shortsa, Armoniego Brooksa, Dylana Osetkowskiego, Jasiela Rivero, Mario Saint-Supéry’ego i Eliasa Valtonena, a tuż przed Supercopą dopiął jeszcze transfer Nikoli Miroticia. Efekt widać na parkiecie – Valencia pozostaje niepokonana w przygotowaniach, ogrywając kolejno Casademont Saragossę, Monbus Obradoiro i samą Baskonię.

Baskonia jedzie do Badalony jako zdobywca Pucharu Króla – w lutym wróciła na tron Copa del Rey po 17 latach czekania. Trenera Paolo Galbiatiego klub zatrzymał, ale skład wygląda już inaczej niż w lutym. Zabrakło MVP tamtego finału, Trenta Forresta, oraz Timothé Luwawu-Cabarrota. Na ich miejsce przyszli Damion Baugh, AJ Lawson, Chris Duarte, Dewayne Stewart Jr, Kenneth Faried i Alex Len.

Barça przyjeżdża jako finalista ostatnich play-offów Liga Endesa, pod wodzą nowego trenera Aleksandra Sekulicia, który przejął zespół latem. Klub przebudował skład niemal od podstaw. Odeszli Nico Laprovittola, Tomas Satoransky, Tornike Shengelia, Will Clyburn, Willy Hernangómez i Jan Vesely, a przyszli Justin Robinson, Umoja Gibson, Tyrese Martin, Justin Minaya, Olivier Nkamhoua, Tosan Evbuomwan, Josh Nebo, Olek Balcerowski i Yoan Makoundou. Nowa Barcelona na razie imponuje formą – cztery mecze przedsezonowe, cztery zwycięstwa, do tego triumf w Lidze Katalońskiej.

Gospodarz turnieju, Joventut, też przeszedł solidną przebudowę. Do Badalony trafili Boogie Ellis, Nico Laprovittola, Isaac Nogués, Álex Reyes, Eli John Ndiaye, Emir Sulejmanović i Kwan Cheatham, a odeszli Cameron Hunt, Guillem Vives i Adam Hanga. Trzon podkoszowy pozostał jednak nietknięty – nadal tworzą go Ante Tomić i Simon Birgander, a zespołem wciąż kieruje Dani Miret.

Terminarz i historia bezpośrednich starć

W pierwszym półfinale zmierzą się Asisa Joventut i Kosner Baskonia. To starcie ma swoją historię z minionego sezonu – oba zespoły grały ze sobą pięciokrotnie, dzieląc się zwycięstwami w lidze, a serię ćwierćfinału play-off 2-1 wygrał Joventut, przypieczętowując awans zwycięstwem w Vitorii 96:88. Licząc też dwa mecze z sezonu 2024/25, bilans ostatnich siedmiu spotkań wynosi 5-2 dla gospodarzy z Badalony.

Drugi półfinał, rozegrany w hali Joventutu, to w zasadzie rewanż za ostatni finał Liga Endesa – zmierzą się Valencia Basket i FC Barcelona. Bilans ligowy przemawia na korzyść Valencii, która wygrała pięć z sześciu ostatnich starć w ACB, w tym oba mecze sezonu zasadniczego, 93:81 i 102:77. W samym finale Liga Endesa role się jednak odwróciły – Barcelona wygrała po dogrywce 113:112, ale Valencia odpowiedziała trzema kolejnymi zwycięstwami i to ona ostatecznie sięgnęła po mistrzostwo kraju.

Zwycięzcy obu półfinałów spotkają się w niedzielnym finale turnieju. Wszystkie trzy mecze z Badalony kibice w Polsce obejrzą na żywo na antenie Sportklubu. Półfinał Joventut – Baskonia rozpocznie się w sobotę 19 września o godz. 18:00, a starcie Valencia – Barcelona zaplanowano na tę samą sobotę, godz. 21:00. Finał Supercopy Endesa zostanie rozegrany w niedzielę 20 września, również o godz. 21:00.

Michał Materla, były mistrz KSW w wadze średniej, miał w pewnym momencie na stole propozycję walki z raperem Alberto podczas gali FAME 33. Do starcia finalnie nie doszło – ale dopiero teraz wychodzą na jaw kulisy całej sprawy.

Sam Alberto zdradził szczegóły w rozmowie w Kanale Sportowym. Jak opowiadał, pojedynek z Materlą miał się odbyć w formule boksu w małych rękawicach, a jego areną miała być właśnie gala FAME 33. Raper przyznał przy tym bez ogródek, że nawet zwycięstwo nie dałoby mu pełnej satysfakcji.

„Dla mnie to byłaby fajna, tytularna walka, ale nie cieszyłbym się z tej wygranej ani na tych…”

Materla ma 42 lata – i mimo to na papierze wciąż wyglądałby na faworyta starcia z gwiazdą freak fightów. W zeszłym roku podpisał kontrakt z organizacją FAME, a jego przygoda z tą formułą miała już swoje mocne momenty. W walce z Dawidem Załęckim Szczecinianin trafił na deski już w pierwszej rundzie i był o włos od nokautu. Skończyło się jednak odwrotnie: to on wysłał rywala do „krainy snów”, kończąc starcie efektownym nokautem. Sam Załęcki ma 49 lat i swoją pierwszą „profesjonalną” walkę stoczył dopiero w 2022 roku.

Materla wybrał inną drogę

Zamiast dalej kręcić się w świecie freak fightów obok takich nazwisk jak Alberto, Materla postawił na czesko-słowacką organizację OKTAGON MMA. Zadebiutował tam w kwietniu 2026 roku i od razu wygrał swoją pierwszą walkę pod nowymi barwami. To właśnie ten kierunek zdecydował ostatecznie o tym, że do starcia z raperem na gali FAME nie doszło.

Adrian Bartosiński, mistrz kategorii półśredniej KSW, wciąż czeka na transfer do UFC – a marzy o nim od dawna. Problem tkwi w zapisie umowy z KSW, który skutecznie blokuje mu drogę do zmiany organizacji. Zdaniem samego zawodnika winę za tę sytuację ponosi jego były menedżer, Artur Gwóźdź.

Bartosiński nie ukrywa rozgoryczenia. Gdyby kariera potoczyła się po jego myśli, w UFC walczyłby już od dwóch lat. Sporny kontrakt podpisano w czasie, gdy zawodnik współpracował jeszcze z grupą Artnox Fight Sport. To wtedy – twierdzi mistrz KSW – doszło do błędu, który dziś zamyka mu drzwi do amerykańskiej organizacji.

Zawodnik zarzuca byłemu menedżerowi, że ten nie przyjrzał się dokładnie treści umowy z KSW. Sam przyznaje, że prawną stroną dokumentu się nie zajmował – to zostawił menedżerowi i prawnikowi. Przed podpisem usłyszał zapewnienie, że wszystko zostało sprawdzone i że warunki nie odbiegają od tych, jakie mają inni zawodnicy organizacji. O zapisie przedłużającym kontrakt dowiedział się dopiero po czwartej lub piątej walce w KSW.

Artur Gwóźdź nie zostawił tego bez komentarza. Przypomniał, w jakich okolicznościach doszło do podpisania kontraktu. Bartosiński trafił do KSW po występie w programie „Tylko Jeden” – którego zresztą nie wygrał. Zanim mógł dołączyć do organizacji, musiał najpierw rozwiązać wcześniejsze zobowiązania wobec FEN. Gwóźdź podkreśla, że wtedy zawodnikowi bardzo zależało na podpisaniu umowy z KSW i nikt nie zmuszał go do akceptacji przedstawionych warunków.

Rysiewski: chętnie mu dowalę jakąś karę

Głos w sprawie zabrał też Wojsław Rysiewski, dyrektor sportowy KSW. Według niego samo ujawnienie przez Bartosińskiego szczegółów umowy może już być złamaniem zapisów kontraktowych. Rysiewski nie wyklucza, że zawodnik zapłaci za to finansowo.

Nie wiem. Myślę, że jest to złamaniem naszych zapisów kontraktowych, że o tym mówi. Chętnie mu dowalę jakąś karę, szczerze mówiąc.

Cała sprawa dobrze pokazuje, jak bardzo napięte są dziś relacje między mistrzem kategorii półśredniej a jego macierzystą organizacją. Bartosiński pozostaje związany umową, która – jak sam mówi – powstała przez niedopatrzenie jego dawnego otoczenia menedżerskiego. KSW z kolei nie zostawia wątpliwości: publiczne roztrząsanie warunków kontraktu nie ujdzie płazem.

Polonia Bytom rozniosła we własnej hali Unię Oświęcim 5:1 w meczu otwierającym sezon THL 2026/2027. Decydujący cios spadł na gości już w drugiej tercji, choć o charakterze spotkania przesądziła błyskawiczna bramka strzelona w pierwszych sekundach gry.

96 sekund – tyle wystarczyło Ołeksijowi Woronie, by wykorzystać dogranie zza bramki od Tymoteusza Petrażyckiego i precyzyjnie huknąć pod poprzeczkę, zaskakując debiutującego w barwach gości bramkarza. To był najszybciej strzelony gol całego sezonu THL. Tym debiutantem okazał się Sami Aittokallio, który do końca swojego udziału w meczu musiał wyciągnąć krążek z siatki pięć razy. Worona nie poprzestał na jednym trafieniu – w 27. minucie podwyższył na 3:0, markując podanie i uderzając pod poprzeczkę. Gol zaliczono dopiero po analizie wideo, bo sędziowie liniowi sprawdzali ewentualny spalony. Ostatecznie Ukrainiec zapisał na koncie dwa trafienia i był jedną z głównych postaci tego starcia.

Między golami Worony do siatki trafił jeszcze Sebastian Wicher. W 24. minucie Andriej Bujalski dalekim podaniem uruchomił wychodzącego na czystą pozycję napastnika, a ten bez wahania huknął pod poprzeczkę, dając Polonii 2:0. Potem przyszła druga tercja – i istny nokaut. Gospodarze strzelili w niej cztery gole, ustalając wynik na 4:0 po dwóch częściach gry. Czwarte trafienie, w przewadze liczebnej, dołożył Christian Mroczkowski, piąte – Mateusz Bepierszcz.

Po serii ciosów w bramce Unii doszło do zmiany. Aittokallio nie wyszedł już na trzecią tercję. Jego miejsce zajął Igor Tyczyński, który spisał się dużo pewniej – kilka efektownych interwencji i już ani jednej straconej bramki do końca meczu. Honor gości uratował w 42. minucie Jan Sołtys, wykorzystując dogranie Damiana Tyczyńskiego i pokonując bramkarza Polonii z bliskiej odległości. To była jedyna bramka rywali w tym spotkaniu. Trzecia tercja zakończyła się wynikiem 0:1, a na tablicy wyników zawisło ostateczne 5:1 dla gospodarzy.

Kadrowe absencje po obu stronach

Trener Polonii Andriej Gusow poprowadził zespół do pewnego i w pełni zasłużonego zwycięstwa, choć nie mógł sięgnąć po kilku ważnych zawodników. W składzie zabrakło pierwszego bramkarza Bohdana Djaczenki, obrońcy Jauhienija Kamienieu oraz napastnika Pawła Wybirala – wszyscy trzej zmagają się z kontuzjami. Nie zagrał też Michał Zając, odpokutowujący karę meczu przeniesioną jeszcze z poprzedniego sezonu.

Kłopoty kadrowe nie ominęły też gości. Trener Markus Juurikkala nie mógł skorzystać z Bartosza Florczaka, Adriana Ziobra ani Rihardsa Marenisa – wszyscy leczą urazy dolnych partii ciała. Do tego doszła niespodziewana nieobecność Jere Jokinena, który nie dokończył poniedziałkowego treningu i ostatecznie zabrakło go w wyjściowym składzie na mecz.

Statystyki pokazują coś, czego wynik na tablicy nie oddaje – walkę było naprawdę wyrównaną. Polonia oddała 26 strzałów, Unia 25, a minuty karne rozłożyły się 4-8. Mecz sędziowali w parze głównej Marcin Majta i Mateusz Krzywda, liniami zajęli się Mateusz Kucharewicz i Oliwier Kasperek. Na trybunach zasiadło 1003 widzów.

GKS Katowice pokonał STS Sanok Sokół 5:1 w meczu ligowym. Podopieczni Jacka Płachty prowadzili po dwóch tercjach 4:0. Goście strzelili wprawdzie dwie bramki kontaktowe w trzeciej odsłonie, ale na końcowy wynik nie miało to już żadnego wpływu.

Katowiczanie ruszyli na przeciwnika od pierwszych minut. Już w 11. minucie sędziowie wykluczyli na ławkę kar Denisa Borodaja z Sanoka, a GKS natychmiast to wykorzystał. W 13. minucie, dokładnie o 13:09, prowadzenie dał gospodarzom Pontus Englund, asystowali Patryk Wronka i Emil Forslund. Jeszcze przed końcem pierwszej tercji, w 18. minucie (18:35), na 2:0 podwyższył Patryk Krężołek po podaniach Stephena Andersona i Miro Ruokonena.

Druga odsłona należała do gospodarzy równie wyraźnie. W 28. minucie, przy przewadze liczebnej, o 27:52 skuteczny był Stephen Anderson, wykańczając akcję Joony Monto i Matthew Sredla – 3:0. Pięć minut później, o 32:59, na listę strzelców wpisał się Jonasz Hofman po podaniu Jakuba Hofmana, co dało GKS-owi komfortowe 4:0. Tuż przed drugą przerwą sędziowie podyktowali rzut karny dla Sanoka po faulu na Mykycie Sydorence. Ukrainiec sam podszedł do próby, jednak kanadyjski bramkarz GieKSy Connor LaCouvée zatrzymał krążek kijem, broniąc czyste konto.

Sanok odrabia honorowe straty, ale za późno

Trzecia tercja przyniosła ożywienie gości. W 55. minucie, o 54:52, kontaktową bramkę dla STS-u zdobył Wiktor Zacharow po asyście Bohdana Truszczenki. To właśnie Zacharow był autorem jedynego trafienia Sanoka w tym spotkaniu – pozostałe uderzenia gości nie przełamały katowickiej defensywy. Kropkę nad i katowiczanie postawili w 57. minucie: o 57:07 wynik na 5:1 ustalił Bartosz Fraszko, asystowany przez Patryka Wronkę i Pontusa Englunda.

Statystyki spotkania nie pozostawiają złudzeń co do przebiegu gry. GKS oddał aż 49 strzałów na bramkę Sanoka, STS zdołał odpowiedzieć jedynie 20 próbami. Drużyna z Sanoka częściej też oglądała się w stronę ławki kar – minuty karne wyniosły 2-6 na niekorzyść gości. Trybuny w Katowicach zapełniło 1000 widzów.

Bramki gospodarzy bronił Connor LaCouvée, po stronie Sanoka między słupkami stanął Ēriks Vītols. Drużynę GKS-u prowadzi Jacek Płachta, a ławką trenerską Sanoka kieruje Ołeh Szafarenko. Mecz sędziowali Michał Baca i Sajmon Grelich jako sędziowie główni oraz Paweł Zięba i Dariusz Pobożniak jako liniowi.

W środę Jagiellonia Białystok rozpoczyna rywalizację w fazie zasadniczej Ligi Europy. Sam start w tych rozgrywkach to już potężny zastrzyk gotówki – UEFA wypłaca 4,31 mln euro każdemu z 36 uczestników jesiennej części zmagań. Przy obecnym kursie wychodzi z tego około 18,7 mln zł.

Białostoczan czeka osiem meczów fazy ligowej – cztery u siebie, cztery na wyjeździe. Każde z tych spotkań ma swoją cenę. Za zwycięstwo UEFA płaci 450 tys. euro, za remis 150 tys. euro. Gdyby Jagiellonia wygrała komplet ośmiu meczów – a to oczywiście scenariusz czysto teoretyczny – z samych wyników mogłaby uzbierać nawet 3,6 mln euro.

To jednak nie wszystko. UEFA przewidziała też premie za konkretne miejsca w tabeli końcowej fazy ligowej. Ostatni, 36. zespół zainkasuje 75 tys. euro. Drużyna na 35. miejscu dostanie 150 tys. euro, a ta o oczko wyżej, na 34. – już 225 tys. euro. Im bliżej czołówki, tym stawki rosną szybciej.

Prawdziwe pieniądze zaczynają się jednak dopiero w fazie pucharowej. Każdy kolejny etap od 1/8 finału to bonusy liczone już w milionach euro. Konkretnie: awans do 1/16 finału to 0,3 mln euro, do 1/8 finału – 1,75 mln euro, do ćwierćfinału – 2,5 mln euro, a do półfinału – 4,2 mln euro. Przegrany finalista odbierze 7,0 mln euro, a zwycięzca całych rozgrywek aż 13,0 mln euro.

Jagiellonia zresztą ma powody do zadowolenia jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Oprócz 4,31 mln euro za udział w fazie ligowej klub dostanie dodatkowo 350 tys. euro za grę w eliminacjach. Ta premia liczona jest w stawce 175 tys. euro za każdy etap eliminacji, w którym zespół wziął udział.

Pierwszy test w Pireusie

Za sterami Jagiellonii stoi Adrian Siemieniec. Jego drużyna zainauguruje fazę ligową meczem z Olympiakosem Pireus – środa, godzina 21.00. Spotkanie pokażą Super Polsat, Polsat Sport 1 i Polsat Sport Premium 1.

UEFA wskazała gospodarzy dwóch kolejnych finałów Ligi Mistrzów. W 2028 roku o tytule najlepszej drużyny Europy zadecyduje mecz w Monachium, rok później piłkarze powalczą o puchar w Barcelonie. Taką decyzję podjął Komitet Wykonawczy UEFA podczas obrad w Salonikach.

Monachijska Allianz Arena zorganizuje wielki finał już po raz trzeci. Stadion Bayernu gościł już decydujące starcie w 2025 i w 2012 roku.

Rok później, 2 czerwca 2029 r., o trofeum zagrają na Spotify Camp Nou. Obiekt FC Barcelony pokonał w tej rywalizacji londyńskie Wembley, które też liczyło na organizację finału. Po zaplanowanej przebudowie trybuny mają pomieścić 105 tys. kibiców — w tym blisko 10 tys. miejsc VIP. Kandydaturę zgłosiło szerokie grono: FC Barcelona, Rada Miasta Barcelony, rząd regionalny Katalonii, Hiszpańska Federacja Piłki Nożnej oraz rząd Hiszpanii. UEFA patrzyła nie tylko na sam stadion — pod uwagę wzięto również bazę hotelową miasta i to, jak łatwo dojechać tam z innych zakątków Europy.

Finał w 2029 r. będzie już trzecim wielkim starciem Ligi Mistrzów na Camp Nou. Historia tego miejsca ma w sobie sporo dramaturgii. W 1989 r. Milan rozgromił tam Steauę Bukareszt 4:0. Dekadę później, w 1999 roku, Manchester United napisał jeden z najsłynniejszych scenariuszy w historii pucharu — przegrywając z Bayernem Monachium, strzelił dwie bramki w doliczonym czasie gry i wygrał 2:1.

Pozostałe finały do 2029 roku

Na tym samym posiedzeniu Komitet Wykonawczy rozstrzygnął też losy pozostałych europejskich pucharów. Finał Ligi Mistrzyń w 2028 roku odbędzie się na Parc Olympique Lyonnais w Lyonie-Decines, a rok później na National Stadium of Wales w Cardiff. Liga Europy trafi w 2028 roku na National Arena w Bukareszcie, a w 2029 roku na National Stadium Serbia w Belgradzie. Z kolei finał Ligi Konferencji rozegrany zostanie w 2028 roku na Juventus Stadium w Turynie, a rok później na Puskas Arenie w Budapeszcie.

Ustalono również, gdzie odbędzie się Superpuchar UEFA. W 2027 roku będzie to Johan Cruyff ArenA w Amsterdamie, a w 2028 roku Astana Arena w Astanie. Finał Ligi Mistrzów futsalu w 2027 roku zawita natomiast do Biel/Bienne Arena w Szwajcarii.

We wtorek rozegrano mecze 1/16 finału Pucharu Ligi Angielskiej. Arsenal wygrał na wyjeździe z Ipswich Town 4:2, pewnie zapewniając sobie awans – choć sam wynik końcowy niewiele mówi o tym, co działo się na boisku. Po niespełna godzinie gry „Kanonierzy” prowadzili już 4:0.

Na Portman Road gole leciały jedna po drugiej. Dowman otworzył wynik w 7. minucie, Madueke podwyższył na 2:0 w 16. minucie, po przerwie Dowman skompletował dublet w 47. minucie, a Merino w 58. minucie ustalił prowadzenie na 4:0. Dopiero wtedy Ipswich złapało oddech – Mehmeti strzelił kontaktową bramkę w 62. minucie, a Akpom zdołał jeszcze trafić w doliczonym czasie, w 1. minucie dogrywki podstawowej części meczu. Na odrobienie strat gospodarzom zabrakło jednak czasu.

Znacznie bardziej nerwowo zrobiło się na Anfield, gdzie Liverpool podejmował Tottenham Hotspur. „The Reds” wygrali ostatecznie 3:1, ale o zwycięstwie przesądziła bramka strzelona w samej końcówce. Mac Allister dał prowadzenie gospodarzom w 31. minucie, Gakpo podwyższył wynik w 54. minucie – Tottenham jednak nie złożył broni i za sprawą Gallaghera w 69. minucie doprowadził do wyrównania emocji na tablicy wyników. Kropkę nad „i” postawił dopiero Dominik Szoboszlai. Węgier w 1. minucie doliczonego czasu gry strzelił bramkę na 3:1, dając Liverpoolowi spokojny awans.

Emocje w niższych klasach, niespodzianki w rzutach karnych

Najwięcej emocji dostarczyło jednak spotkanie Peterborough United z Barnsley. Po 90 minutach na tablicy widniał wynik 3:3, więc o awansie zdecydowały rzuty karne. Lepsze nerwy miało tam Peterborough – wygrało 7:6 i wywalczyło miejsce w 1/8 finału.

W pozostałych wtorkowych meczach Fulham pokonał West Ham United 3:2, a Brentford okazał się lepszy od Reading, wygrywając 2:1. Oba zespoły dołączyły tym samym do grona drużyn, które zameldowały się już w kolejnej rundzie rozgrywek.

Instalacja aplikacji
Pobierz