„Nie, miałem wiele wyścigów ostatnio” — tak Franco Colapinto odpowiedział na pytanie o swoje życie seksualne w hiszpańskim talk-show. Po GP Hiszpanii, gdzie dojechał na siódmym miejscu, argentyński kierowca zasiadł na kanapie „La Revuelta”, programu prowadzonego przez Davida Broncano.
Na krótkiej odpowiedzi się nie skończyło. Colapinto wyjaśnił, że jego sztab medyczny wprost zabronił mu seksu podczas weekendów wyścigowych F1. „U sportowców testosteron musi być wysoki, nie możesz doprowadzać do pożycia. Podczas weekendów wyścigowych po prostu nie możesz tego robić” — stwierdził. Kierowca Alpine powołał się przy tym na konkretny autorytet. Jego doradcą sportowym jest Fernando Belasteguin, były numer 1 na świecie w padlu — to on miał tłumaczyć Argentyńczykowi, że seks przed weekendem czy samym wyścigiem obniża testosteron i sprawia, że jedzie się gorzej.
Dla 20-letniego zawodnika to zresztą najlepszy sezon w karierze. W klasyfikacji generalnej mistrzostw świata zajmuje dwunaste miejsce z dorobkiem 27 punktów. Jeszcze rok temu jego miejsce w Alpine stało pod znakiem zapytania, zespół zdecydował się jednak przedłużyć z nim kontrakt.
Nie pierwszy taki temat w F1
Colapinto nie jest pierwszym kierowcą, który mówi publicznie o wstrzemięźliwości seksualnej związanej z rywalizacją. David Coulthard, były zawodnik Red Bull Racing, przyznał, że na początku kariery w F1 miał mnóstwo okazji — przez jego łóżko przewinęło się wiele kobiet, które „pukały do drzwi, zostawały na godzinę, a potem znikały, nawet nie zostawiając mu swoich imion”. Zastrzegł jednak, że nie działo się to w trakcie samego weekendu wyścigowego. Wtedy seks był dla niego absolutnie wykluczony, dlatego nigdy nie wdawał się w romanse z tzw. grid girls. Korzystając z uroków życia w Monako, Szkot zdradzał też partnerki — co, jak sam podkreślił, nie jest dla niego powodem do dumy.
Równie rygorystyczne podejście miał Jody Scheckter, mistrz świata z 1979 roku. „Trenowałem jak szalony. Nie uprawiałem seksu trzy dni przed wyścigiem. Trudno było w tamtych czasach o większy profesjonalizm” — wspominał.
Nie wszyscy jednak podzielali tę filozofię. Felipe Massa, były kierowca Ferrari, w wywiadzie dla „Corriere dello Sport” z 2011 roku ujawnił, że uprawiał seks w każdą sobotę, tuż przed niedzielnym Grand Prix. „Lubię ten sobotni rytuał, choć wiem, że nie czyni mnie on szybszym” — mówił wtedy Brazylijczyk.
Najbardziej skrajny przypadek to jednak James Hunt. Słynął z rozwiązłego stylu życia, nadużywał alkoholu i narkotyków — a mimo to w sezonie 1976 sięgnął po tytuł mistrza świata. Jody Scheckter zdradził po latach, że na kombinezonie Hunta widniał wymowny napis: „Seks — śniadanie mistrzów”. „Niektóre dziewczyny lubią łobuzów, a on w tej kwestii nie hamował się ani trochę” — dodał Scheckter.
„Wygląda na to, że przyszłość Portland Trail Blazers zależy od porozumienia w sprawie modernizacji hali Moda Center”. Krótko mówiąc, tak właśnie wygląda dziś sytuacja klubu – i całej NBA, jeśli rozmowy w Oregonie skończą się fiaskiem.
Nowy właściciel Blazers Tom Dundon, władze Portland i stan Oregon negocjują teraz pakiet finansowania wart 586 mln dolarów. Stawka jest wysoka. 365 mln dolarów stanowego dofinansowania może po prostu przepaść z końcem 2026 roku, jeśli strony nie dogadają się do 31 grudnia. Zegar tyka, a od wyniku tych rozmów zależy, czy Portland pozostanie na koszykarskiej mapie NBA na kolejne dekady.
Komisarz ligi Adam Silver nie owija w bawełnę. Po spotkaniu właścicieli klubów NBA powiedział wprost: „Uznałbym to za porażkę, gdybyśmy nie potrafili znaleźć rozwiązania, które zapewni koszykówce w Portland długoterminową przyszłość”. Dodał też jasno, że przeniesienie Blazers z Portland do innego miasta byłoby porażką dla całej NBA.
Formalnie klub nie jest jednak przyparty do muru – Trail Blazers mają ważną umowę na korzystanie z Moda Center do 2030 roku. Tom Dundon, który kupił drużynę za około 4,25 mld dolarów, musi mimo to zdecydować, czy zainwestować w halę pamiętającą czasy sprzed ćwierćwiecza – Moda Center otwarto w 1995 roku. Silver nie krył, że obiekt wymaga pilnej modernizacji. „Potrzebujemy hali na miarę współczesnych standardów. Obecny obiekt, obiektywnie patrząc, należy do najsłabszych w lidze” – ocenił komisarz.
Kto zapłaci za nową halę?
Według obecnych założeń koszty modernizacji rozłożyłyby się na trzy podmioty publiczne. Miasto Portland miałoby wyłożyć 120 mln dolarów, hrabstwo Multnomah County – 101 mln dolarów, a stan Oregon – aż 365 mln dolarów, czyli lwią część całego pakietu. To właśnie ta ostatnia transza budzi największe napięcie, bo termin jej wygaśnięcia wyznacza twardy deadline dla całych negocjacji.
Silver zdaje sobie sprawę, że spór zaczyna przypominać przeciąganie liny. „Mam nadzieję, że uda się trochę obniżyć temperaturę. Liga i jej biuro są gotowe pomóc wszystkim stronom” – zaznaczył. To nie jest deklaracja bez pokrycia – ewentualna przeprowadzka Blazers do innego miasta i tak wymagałaby formalnej zgody NBA, więc liga ma realny wpływ na dalszy bieg wydarzeń.
W tle całej sprawy pobrzmiewa też argument demograficzny i sportowy. We wschodniej i centralnej części Stanów Zjednoczonych mieszka około 270 mln osób, podczas gdy w pozostałych dwóch amerykańskich strefach czasowych – zaledwie około 80 mln. Portland, leżące w tej rzadziej zaludnionej części kraju, i tak jest jednym z niewielu dużych ośrodków bez drużyny NHL, MLB czy NFL – poza NBA i WNBA nie ma tam żadnej reprezentacji czterech najpopularniejszych lig zawodowych w USA. Utrata Blazers oznaczałaby dla miasta zniknięcie z krajowej sportowej mapy niemal całkowicie.
„To pewnego rodzaju kredyt zaufania” — tak Wojsław Rysiewski, Dyrektor Sportowy KSW, opisał w rozmowie z Arturem Mazurem decyzję o zaangażowaniu Dominika Zadory do organizacji. Słowa te padają na chwilę przed tym, jak „Japoński Drwal” po raz pierwszy wyjdzie do klatki KSW.
19 września KSW wraca do czeskiego Liberca na galę XTB KSW 121. Główną walką wieczoru będzie starcie o tymczasowy pas mistrzowski kategorii ciężkiej między Štefanem Vojčákiem a Marcinem Wójcikiem. Pierwotnie Vojčák miał po raz drugi zmierzyć się z Philem De Friesem, jednak Brytyjczyk wycofał się z powodu urazu kręgosłupa. Na jego miejsce wchodzi Wójcik.
W drugiej walce wieczoru zobaczymy Michała Michalskiego i Radosława Paczuskiego. Na karcie gali znaleźli się także Leo Brichta, Kacper Formela, Łukasz Charzewski, Muslim Tulshaev oraz Kacper Koziorzębski.
Najwięcej mówi się jednak o debiucie Dominika Zadory. 34-letni zawodnik zmierzy się z Samuelem Bilym. To dla niego dopiero druga zawodowa walka na zasadach MMA w karierze.
Zadora jest byłym mistrzem FEN i DSF Kickboxing Challenge. W klatce MMA zadebiutował w wrześniu 2023 roku na gali FAME Friday Arena 2 i przegrał tam poddaniem w pierwszej rundzie z Alanem Kwiecińskim, który wykorzystał swoją przewagę w parterze. Wcześniej pojawiał się też na galach FAME oraz PRIME SHOW MMA. Szerszej publiczności dał się poznać w programie „Projekt Fighter”, z którego odpadł po głosowaniu pozostałych uczestników.
Kredyt zaufania od Rysiewskiego
Rysiewski uważa, że to właśnie umiejętności Zadory — i zagrożenie, jakie stanowił dla rywali — mogły skłonić innych uczestników „Projektu Fighter” do wyeliminowania go z programu. Gdy show się skończyło, Dyrektor Sportowy KSW zaprosił zawodnika na rozmowy do siedziby organizacji.
„To pewnego rodzaju kredyt zaufania” — Wojsław Rysiewski, Dyrektor Sportowy KSW
Jak podkreśla Rysiewski, KSW chce teraz sprawdzić realny poziom sportowy Zadory, a przy tym zobaczyć, jakie zainteresowanie może wzbudzić wśród kibiców. Odpowiedź przyniesie starcie z Samuelem Bilym już 19 września w Libercu.
„Witaj ponownie” – tak Salahdine Parnasse skomentował na platformie X wpis Ilii Topurii. Były dwukrotny mistrz UFC ogłosił publicznie, że jest gotowy do powrotu do klatki. Francuz nie mógł przejść obok tego obojętnie.
Topuria nie ograniczył się jednak do samej deklaracji. W tym samym wpisie uderzył w Justina Gaethje i jego menedżera Aliego Abdelaziza. To właśnie po starciu z Gaethje Hiszpan zaliczył pierwszą profesjonalną porażkę w karierze. Mimo tej wpadki wciąż jest byłym mistrzem UFC w dwóch kategoriach wagowych – a jego nazwisko wciąż otwiera drzwi do rozmów o najbliższych kartach gal.
Szef UFC Dana White nie ma wątpliwości: na Gruzina czekają dwie realne opcje. Rewanż z Gaethje albo długo wyczekiwana walka z Paddym Pimblettem.
Parnasse śledzi sytuację z bliska
Nieprzypadkowo właśnie on odpowiedział na wpis Topurii. Parnasse dopiero niedawno zameldował się w UFC, a droga do tej organizacji była nietypowa – przed dołączeniem do amerykańskiej federacji zdążył jeszcze przedłużyć umowę z KSW. Wcześniej wygrał na gali MVP MMA 1, gdzie znokautował Kennetha Crossa już w pierwszej rundzie.
Debiut w UFC zaliczył w wielkim stylu. Zmierzył się z Danem Hookerem na gali UFC Fight Night w Paryżu – starcie, które zwieńczyło cały wieczór jako main event. Francuz trafił rywala kopnięciem na korpus, dosypał serię ciosów, a sędzia przerwał walkę. Wciąż w pierwszej rundzie.
Efektowne zwycięstwo przełożyło się na medialny rozgłos. Parnasse wskoczył do TOP10 rankingu medialnego UFC, choć w oficjalnym rankingu META wciąż go nie ma. Po debiucie sam rzucił wyzwanie Maxowi Hollowayowi. Rozważał też starcie z Mateuszem Gamrotem, ale uznał je za krok w tył w swojej karierze.
Teraz, gdy Topuria sygnalizuje powrót, nazwisko Parnasse’a znów krąży w rozmowach o przyszłych kartach w dywizji piórkowej i lekkiej. Krótkie „Witaj ponownie” może być tylko żartobliwym powitaniem. Albo pierwszym krokiem w stronę czegoś znacznie większego.
„Rokowania są bardzo dobre” – to słowa organizatora walk bokserskich Rona Katza, który przekazał otoczeniu Irana Barkleya informacje o stanie zdrowia byłego mistrza świata. Barkley, mistrz świata w trzech kategoriach wagowych, trafił do szpitala. Diagnoza u 66-letniego pięściarza: rak śledziony.
Śledzionę już usunięto operacyjnie. Wiadomość o chorobie Barkleya podał Ron Katz, powołując się na Johna Reitza, który od lat opiekuje się byłym mistrzem.
Diagnoza jest poważna, ale lekarze nie kryją optymizmu. Przed Barkleyem jest jeszcze chemioterapia – w leczeniu ma zostać wykorzystany nowy lek przeciwnowotworowy. To nie pierwszy cios, jaki w ostatnim czasie spotkał pięściarza. Rok wcześniej przeszedł udar.
Legenda ringu z przełomu epok
Iran Barkley to jedno z czołowych nazwisk boksu na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Sięgał po mistrzostwo świata w trzech kategoriach: średniej, superśredniej i półciężkiej. Do historii tego sportu przeszedł głównie za sprawą dwóch zwycięstw nad Thomasem Hearnsem – jednym z najgroźniejszych pięściarzy swojego pokolenia.
W zawodowej karierze stoczył 63 walki. Wygrał 43, z czego 27 przed czasem. Na jego koncie jest też 19 porażek i jeden remis.
„Przez jedenaście meczów sparingów nie mogłem strzelić gola. Czekałem na moment, aż w końcu się przełamię. Cieszę się, że to nastąpiło” – mówił po meczu Ołeksij Worona. I ten moment nadszedł w najlepszym możliwym terminie – w pierwszym meczu nowego sezonu TAURON Hokej Ligi.
Polonia Bytom, startując z wysokiego „C”, pewnie pokonała na własnym lodzie Unię Oświęcim 5:1. Bohaterem spotkania okazał się 29-letni środkowy Ołeksij Worona – dwa gole, dwa razy na tablicy wyników.
Bytomianie nie czekali długo z otwarciem wyniku. Już w 96. sekundzie Worona wykorzystał dogranie zza bramki od Tymoteusza Petrażyckiego i precyzyjnym uderzeniem pod poprzeczkę pokonał bramkarza Unii, Samiego Aittokallio. Jak się później okazało, był to najszybciej zdobyty gol w całej pierwszej kolejce sezonu. Po pierwszej tercji podopieczni trenera Andrieja Gusowa mieli już jednobramkową zaliczkę.
Na 2:0 podwyższył Sebastian Wicher, wykorzystując sytuację sam na sam z bramkarzem. Worona dopisał się do protokołu meczowego po raz drugi w 27. minucie – efektownie zamarkował podanie i znów trafił pod poprzeczkę. 3:0 dla Polonii.
Powrót do gry po przeprowadzce z Torunia
Worona do Bytomia przeniósł się z KH Energi Toruń. W nowym zespole zameldował się od razu skutecznie, występując w drugiej formacji u boku Jewhena Fadiejewa i Tymoteusza Petrażyckiego. To właśnie ci dwaj asystowali przy obu trafieniach Ukraińca, a ich współpraca na lodzie wyglądała naprawdę dobrze.
Reprezentant Ukrainy nie skrywał, że z Fadiejewem łączy go coś więcej niż tylko wspólny sezon w Bytomiu. „Jewhena znam od dziecka. Razem dorastaliśmy i zawsze staramy się rozmawiać o naszej grze w pozytywach, nigdy nie skupiamy się na negatywach” – zdradził Worona.
Solidną robotę pod własną bramką wykonał też Tobiasz Jaworski. Jak podkreślił Worona, bramkarz świetnie strzegł bramki Polonii i był najlepszym zawodnikiem meczu – 24 obronione strzały z 25, czyli skuteczność na poziomie 96 procent.
Napastnik nie zamierzał jednak rozdawać samych pochwał. „W trzeciej tercji zostawiliśmy rywalom za dużo swobody. Nie możemy tak grać” – ocenił krytycznie, mimo wysokiego zwycięstwa.
Kolejnym rywalem Polonii Bytom będzie JKH GKS Jastrzębie. „Chcemy wygrać każdy jeden mecz, w tym wypadku najbliższy z JKH GKS-em Jastrzębie i zobaczymy, dokąd nas to doprowadzi” – zapowiedział Worona. W sezonie 2026/2027 TAURON Hokej Liga liczy dziesięć zespołów, a Bytom wystartował w nim z najlepszą możliwą wizytówką.
„Były momenty, z których możemy być dumni, ale trudno podnosić to słowo 'duma’ po porażce” – powiedział po meczu Adrian Siemieniec, trener Jagiellonii Białystok. Jego zespół przegrał na wyjeździe z Olympiakosem Pireus 1:2 w Lidze Europy. A prowadził – w pewnym momencie meczu.
To był pierwszy występ Jagiellonii w rywalizacji Ligi Europy w tym sezonie. Białostoczanie zdążyli rozbudzić nadzieje – swoje i kibiców – wychodząc na prowadzenie, ale utrzymać korzystnego wyniku do końca się nie udało. „W Lidze Europy jest wysoki poziom, ale nie możemy cieszyć się tylko z momentów, a szukać punktów, ponieważ moim zdaniem remis był w naszym zasięgu” – ocenił Siemieniec.
Trener nie kryje, że drugą bramkę Jagiellonia straciła po prostym błędzie. „Mogliśmy ustrzec się prostych błędów przy bramkach, ponieważ znacznie trudniejsze sytuacje wybroniliśmy. Na tym poziomie przeciwnik potrafi to wykorzystać błyskawicznie” – zauważył.
Kluczowy fragment między 15. a 43. minutą
Siemieniec wskazał konkretny odcinek meczu, w którym – jak sam ocenia – rozstrzygnęły się losy spotkania. „To był fragment, z którego mogliśmy wycisnąć więcej niż 1:0. Wtedy byłoby nam łatwiej zarządzać wynikiem i wytrzymać intensywność drugiej połowy” – powiedział, mając na myśli okazje między 15. a 43. minutą.
Po przerwie inicjatywę przejął Olympiakos. „Wydaje mi się, że tu była główna różnica w intensywności. Dlatego Olympiakos doprowadził konsekwencją do gola na 2:1” – przyznał szkoleniowiec Jagiellonii, wskazując na spadek tempa swojego zespołu w drugiej połowie.
Na roztrząsanie porażki czasu nie ma zbyt wiele – już w niedzielę o 17:30 Jagiellonia zagra u siebie z Legią Warszawa w lidze. „Nie ma za dużo czasu, żeby przeżywać. W niedzielę trzeba wygrać u siebie z Legią. Szkoda, ale nie ma co gdybać, chociaż mam poczucie, że mogliśmy zrobić więcej, żeby zapunktować” – podkreślił Siemieniec, dla którego zwycięstwo z warszawskim klubem jest teraz priorytetem.
Trener zapowiada, że kolejne tygodnie nie będą łatwiejsze. „Cała jesień będzie z trudnym terminarzem i przeciwnikami, także wymagania wobec nas są duże. Wypada nam teraz odpowiedzieć na ostatnie porażki na własnym stadionie, żeby doczłapać się do góry tabeli” – zaznaczył, odnosząc się do serii słabszych wyników Jagiellonii na własnym stadionie.
„Ten typ meczów jest dużo bardziej dla Kamińskiego niż te, w których przeciwnicy ustawiają się w bardzo niskiej obronie” – powiedział Marco Silva, trener Benfiki, po wygranym 2:0 spotkaniu z AC Milan. Trudno wymyślić lepsze podsumowanie wieczoru, w którym Jakub Kamiński zdobył gola i zaliczył asystę.
Portugalczycy pokonali na San Siro AC Milan 2:0 w pierwszej kolejce fazy ligowej Ligi Europy. To pierwsze w historii zwycięstwo Benfiki nad Milanem w oficjalnym meczu.
Kamiński miał swój udział w obu golach. W 16. minucie podał do Dodiego Lukebakio, który otworzył wynik spotkania. Po przerwie sam wpisał się na listę strzelców – uderzył z pierwszej piłki po dośrodkowaniu Souffiana El Karouaniego, pokonując Mike’a Maignana. Ten rajd skończył się jeszcze żółtą kartką dla Strahinji Pavlovicia.
Boisko opuścił w 80. minucie. Za sobą zostawił jeden z najlepszych występów w barwach Benfiki – tym bardziej wartościowy, że jeszcze przed meczem z Milanem Polak nie miał w tej ekipie pewnego miejsca w podstawowym składzie.
Wysokie noty od portugalskich mediów i statystycznych serwisów
Dziennik „A Bola” wystawił Kamińskiemu notę 7. Opisał go jako zawodnika wszechstronnego: „Lewy skrzydłowy, lewy pomocnik, a nawet lewy obrońca, w zależności od potrzeb Benfiki”. Podsumowanie jego występu było krótkie i konkretne: „Gol, asysta i nieustanna zdolność do stwarzania zagrożenia lewą stroną”.
Jeszcze wyżej oceniły Polaka serwisy statystyczne. FotMob przyznał mu notę 8,6, identyczną wystawiła SportsDunia. Według SportsDunia w całej Benfice wyżej niż Kamiński oceniony został tylko bramkarz Anatolij Trubin. Serwis zwrócił też uwagę, że trafienie Polaka po przerwie ostatecznie zamknęło rywalizację na San Siro.
Marco Silva, komentując występ swojego skrzydłowego na konferencji prasowej, dodał, że „praca taktyczna, którą wykonał, dobrze pokazuje cechy, jakie posiada”. Dla byłego zawodnika Lecha Poznań to jasny sygnał – w starciach z mocniejszymi rywalami, grającymi otwarcie, może pokazać się z najlepszej strony.
„Był temat Marka Papszuna. Jak blisko to mam wrażenie, że to są już rozmowy konkretnych ludzi, czyli podejrzewam menadżera Marka Papszuna, który jest Grekiem i ówczesnego dyrektora sportowego, którym był Darko Kovacević” – powiedział Michał Żewłakow w Kanale Sportowym.
Sprawa nie była więc czystą plotką z mediów, tylko realnym tematem – tak przynajmniej wynika ze słów byłego reprezentanta Polski, który mówi wprost o możliwym przejściu trenera Legii Warszawa do Olympiakosu Pireus. Marek Papszun, dziś prowadzący zespół z Łazienkowskiej, był w przeszłości łączony z greckim klubem.
Co istotne, kontakt w sprawie polskiego szkoleniowca miał odbywać się nie na poziomie plotek, a konkretnych rozmów – między przedstawicielem Papszuna a wtedy urzędującym dyrektorem sportowym Olympiakosu, Darko Kovacevicem. Menadżer Papszuna jest Grekiem, a to – jak zauważa Żewłakow – mogło ułatwić nawiązanie kontaktu z klubem z Pireusu.
To nie opowieść z drugiej ręki. Żewłakow przyznał, że sam rozmawiał z Kovacevicem o polskim trenerze.
Klub z bogatą historią
Olympiakos Pireus to jedna z najbardziej utytułowanych marek w greckiej piłce – 48 mistrzostw kraju i 29 krajowych pucharów mówi samo za siebie. W sezonie 2023/24 klub sięgnął po Ligę Konferencji Europy – to sukces, którym niewiele greckich zespołów może się pochwalić.
Do transferu jednak nie doszło. Papszun został w Polsce i dziś dalej prowadzi Legię Warszawa.
Pireus, środowy wieczór: „Jagiellonia Białystok nie zapunktowała do rankingu krajowego UEFA w przegranym 1:2 meczu z Olympiakosem”. Brzmi jak jedna linijka ze sprawozdania, ale to właśnie ona wyjaśnia, czemu Polska w tabeli koszyków UEFA znów straciła punkt przewagi.
Jagiellonia, prowadzona przez Adriana Siemieńca, prowadziła w meczu z Olympiakosem Pireus. Gospodarze jednak odwrócili wynik na 2:1 i ostatecznie białostoczanie zeszli z boiska pobici 1:2. To był zresztą debiut Jagiellonii w fazie ligowej Ligi Europy – niełatwy, jak widać.
Tego samego wieczoru inny środkowoeuropejski klub poradził sobie dużo lepiej. Sparta Praga wyjechała do Erewania i rozniosła tam Ararat-Armenię 4:1. Skutek jest prosty do policzenia: w rankingu krajowym UEFA za lata 2021-2026 Czechy zrównały się z Polską – po 45,125 punktu z każdej strony.
Porażka Jagiellonii ma jeszcze jedno następstwo – nie udało się skrócić dystansu do Grecji. Liga grecka podniosła swój dorobek do 44,612 punktu dzięki zwycięstwu Olympiakosu, a różnica między Polską a Grecją wynosi teraz już tylko 0,513 punktu. Margines wciąż daje Ekstraklasie przewagę, ale kurczy się z tygodnia na tydzień.
Na szczycie rankingu bez zmian. Anglia prowadzi z współczynnikiem 103,352, dalej Włochy (88,303), Hiszpania (83,243), Niemcy (81,545) i Francja (69,153). Niżej Portugalia z 65,350 punktu, Belgia z 59,050, Holandia z 52,562 oraz Turcja z 49,875.
Dlaczego miejsce 10-12 ma znaczenie dla Polski
Po środowych meczach na 10. miejscu usiadły Czechy z 45,125 punktu, a Polska zsunęła się na 11. pozycję z identycznym wynikiem. Za nią Grecja na 12. miejscu z 44,612 punktu, a jeszcze niżej Norwegia (38,612), Dania (38,306) i Cypr (34,693).
To nie są suche cyfry do przeglądania po śniadaniu. 10. miejsce w rankingu UEFA otwiera mistrzowi kraju drzwi bezpośrednio do fazy ligowej Ligi Mistrzów – bez udziału w eliminacjach. 12. pozycja daje inny pakiet: dwa kluby w eliminacjach Ligi Mistrzów, dwa w eliminacjach Ligi Europy i jeden w eliminacjach Ligi Konferencji. Jest i dłuższy horyzont – utrzymanie się w pierwszej dwunastce pozwoliłoby Polsce zachować w 2028 roku taki stan posiadania, jaki przewidziano na 2027 rok.
Kolejna okazja, by dopisać punkty do polskiego współczynnika, nadejdzie już w czwartek. Lech Poznań gra na wyjeździe z Crystal Palace, początek o 21. Od tego meczu może zależeć, czy Ekstraklasa odzyska przewagę nad Czechami, czy pogoń Greków zrobi się jeszcze bardziej realna.