⚡ Aktualnie:
Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie

„Jest bardziej niż kiedykolwiek otwarty” na sprzedaż klubu – tak francuski dziennik „L’Equipe” opisuje obecne nastawienie Waldemara Kity, polskiego biznesmena i właściciela FC Nantes. Na jego biurku wylądowały już trzy konkretne oferty zakupu klubu, donosi gazeta.

Kita przejął Nantes w 2007 roku. Od tego czasu minęło niemal dwie dekady. Klub przeżywa dziś jeden z najtrudniejszych okresów w swojej historii. W zeszłym sezonie drużyna spadła z Ligue 1, a obecnie zajmuje przedostatnie miejsce w Ligue 2, drugiej sile francuskiego futbolu.

Sportowe kłopoty to jednak tylko część układanki. Kita od lat jest skonfliktowany z kibicami klubu, a ostatnio protesty przeciwko niemu wyraźnie przybrały na sile.

Trzy oferty z trzech różnych stron świata

Jak informuje „L’Equipe”, pierwsza propozycja zakupu FC Nantes napłynęła od inwestora z Bliskiego Wschodu. Drugą złożył amerykański fundusz inwestycyjny. Trzecią – grupa francuskich przedsiębiorców. Gazeta nie podała kwot, jakie padły w rozmowach, nie wiadomo też, jak na te propozycje zareagował sam Kita.

Francuscy dziennikarze zwracają uwagę na jeden szczegół, który odróżnia obecne oferty od typowych transakcji na europejskim rynku piłkarskim: żaden z trzech zainteresowanych podmiotów nie planuje włączenia Nantes do większej sieci klubów należących do jednego właściciela – modelu multi-club ownership, który w ostatnich latach zdominował rynek transferowy.

To nie pierwsze doniesienia o możliwej zmianie właściciela klubu z Loary-Atlantyckiej. Wcześniej media pisały o ofertach napływających z Wielkiej Brytanii, a w jedną z nich miał być zaangażowany sam David Beckham, dziś właściciel amerykańskiego Interu Miami.

Od okulistyki do piłki nożnej

Waldemar Kita urodził się w 1957 roku w Szczecinie. Jako nastolatek wyjechał do Francji, gdzie zbudował karierę w branży okulistycznej. Sprzedaż firmy Corneal w 2006 roku – za którą, jak wskazują francuskie raporty, miał zainkasować od 145 do 180 mln euro – dała mu kapitał na przejęcie FC Nantes rok później.

Bilans jego 19-letnich rządów w klubie trudno jednak obronić. Drużyna spadała z francuskiej elity dwukrotnie – w 2009 i 2026 roku, a na ławce trenerskiej zdążyło się zmienić aż 24 szkoleniowców. Te liczby tłumaczą, dlaczego kibice od lat domagają się jego odejścia – i dlaczego trzy oferty z trzech różnych kontynentów mogą wreszcie oznaczać koniec pewnej epoki.

„Ich pojedynek trwał dokładnie godzinę” — i na tym czwartkowa batalia Filipa Peliwo o ćwierćfinał turnieju ATP Challenger Tour w wietnamskim Phan Thiet się skończyła. Polak walczył tego dnia o awans do najlepszej ósemki imprezy, lecz kontuzja pachwiny przecięła jego szanse, zanim spotkanie zdążyło się dokończyć.

32-letni Peliwo, obecnie 648. w rankingu ATP, musiał najpierw przebrnąć przez dwustopniowe eliminacje, żeby w ogóle znaleźć się w drabince głównej Sport Festival Challenger II. W pierwszej rundzie pokonał Australijczyka Taia Sacha — był to sygnał, że w Wietnamie może zagrzać miejsce na dłużej. Czwartkowy rywal okazał się jednak dużo trudniejszym orzechem do zgryzienia: Francuz Moise Kouame zajmuje 199. miejsce w rankingu ATP.

Spotkanie zakończyło się przy prowadzeniu Kouame 6:1, 4:2. Wtedy właśnie Peliwo poddał rywalizację, nie mogąc znieść bólu pachwiny. Dla 17-letniego Francuza to kolejny udany rozdział sezonu, który i tak już wcześniej przyniósł mu rozgłos. W 2026 roku zwrócił na siebie uwagę udanym debiutem w Rolandzie Garrosie, gdzie wygrał dwa pojedynki i dotarł aż do III rundy.

Punkty i pieniądze mimo przerwanego meczu

Mimo przedwczesnego zakończenia rywalizacji, występ w Phan Thiet nie był dla Peliwo stratą czasu — ani finansowo, ani rankingowo. Polak wywalczył czek na 1010 dolarów oraz siedem punktów do rankingu ATP. Trzy z nich zapisał na swoim koncie już w kwalifikacjach, a cztery kolejne dopisał za wygraną w pierwszej rundzie głównej drabinki.

Kouame, jako najwyżej rozstawiony zawodnik turnieju, w piątek zagra o półfinał. Naprzeciw niego stanie rodak Florent Bax, rozstawiony z numerem szóstym. Sport Festival Challenger II toczy się na kortach twardych Phan Thiet, a pula nagród imprezy wynosi 63 tysiące dolarów.

„Kiedy zobaczyłem, gdzie muszę wystartować i że przede mną jest 100 gokartów, byłem trochę zaniepokojony. Po pierwszym okrążeniu, pełnym chaosu, pomyślałem: 'OK, mamy to pod kontrolą'” – przyznał Max Verstappen. I miał czego się obawiać – w promocyjnym wydarzeniu Red Bulla „Max vs 100” wystartował z absolutnie ostatniej, 101. pozycji, mając przed sobą stu rywali.

Na specjalnie przygotowanej dla tego przedsięwzięcia nitce Silverstone ustawiło się aż 101 gokartów. W stawce znaleźli się sportowcy, gracze, twórcy internetowi, streamerzy, dziennikarze i kibice reprezentujący 40 państw. Nikt nie wsiadł do gokarta bez przygotowania – we wtorek odbyła się sesja treningowa, dzień później kwalifikacje, które wyłoniły kolejność startową. Sam wyścig rozpisano na 30 okrążeń.

Verstappen zaczął odrabiać straty, zanim jeszcze oficjalnie ruszyła rywalizacja – jeszcze przed linią startu zdążył wyprzedzić ponad dziesięciu rywali. Na torze szybko zrobiło się gorąco. Na jednym z nawrotów doszło do serii kolizji – część gokartów obróciła się wokół własnej osi, a niektórzy kierowcy znaleźli się ustawieni przodem w złą stronę. Zasady były jasne: wyprzedzenie liczono jako zakończone dopiero wtedy, gdy tył gokarta Verstappena zrównał się z przodem pojazdu rywala – bez żadnych szans na odzyskanie pozycji.

Efekty tego pościgu było widać niemal natychmiast. Po dwóch minutach wyścigu Verstappen zajmował już 37. miejsce – to znaczy, że wyeliminował 63 zawodników. Czoło stawki po chaotycznym początku należało wówczas do zdobywcy pole position Jacky’ego Martensa, youtubera Zaca Alsopa oraz technika Red Bull Powertrains Lewisa Oslera. Na 54 minuty przed metą dyrektor wyścigu David Terrien przyznał prowadzącej grupie dodatkowe szybkie okrążenie.

Ostatecznie Verstappenowi zajęło to 35 minut. Tyle czasu potrzebował, by przebić się przez całą stawkę i wyprzedzić wszystkich stu rywali. Ostatniego z nich minął na 14. okrążeniu. Drugie miejsce przypadło wspomnianemu Jacky’emu Martensowi. Czołową dziesiątkę zamknęli m.in. Zac Alsop, Pol Tarres, Paky TWC, RDJavi, Larry Chen, Bernard Kerr i Neo Yau.

„Ściganie z dawnych lat”

Po wyścigu Verstappen nie krył satysfakcji. „Kiedy zacząłem łapać rytm, wyprzedzać ich jednego po drugim i widziałem, jak zmniejsza się dystans, było to naprawdę ekscytujące. Wspaniale było znów pojeździć gokartem i wrócić do podstaw. Przypomniało mi to ściganie z dawnych lat” – powiedział mistrz świata Formuły 1. Nie zabrakło też pochwały dla samego toru. „To naprawdę piękny i dobrze zaprojektowany tor. Miłym dodatkiem było też otrzymywanie wszystkich danych przez radio. Miałem świetny dzień i dobrze było zakończyć go zwycięstwem” – dodał.

Dla organizatorów skala przedsięwzięcia była bez precedensu. „Nikt wcześniej tego nie zrobił. Nigdy nie było wyścigu kartingowego z tak dużą liczbą gokartów. Nawet Max tuż przed startem zastanawiał się, jak przebije się przez ten ruch” – przyznał dyrektor wyścigu David Terrien. Analizując przejazd Holendra, zwrócił uwagę przede wszystkim na jego wyczucie sytuacji na torze. „Kiedy ogląda się powtórkę, widać, że wybierał odpowiednie miejsca. Za każdym razem, gdy pojawiała się luka, ruszał w jej kierunku. Kiedy po jednej stronie toru dochodziło do wypadku, on znajdował się po drugiej” – opisał Terrien.

Terrien poszedł jeszcze dalej w ocenie umiejętności Verstappena. „Rozmawiałem z inżynierem wyścigowym Maxa i oglądaliśmy powtórkę startu. Max dostrzega coś, czego my nie widzimy. Widzi lukę, która dopiero za chwilę się otworzy. To właśnie wizja wyścigowa, którą posiada, a której większość kierowców nie ma” – podsumował dyrektor wyścigu.

Dziki Warszawa zagrają w czwartek z VEF Ryga w ćwierćfinale kwalifikacji Ligi Mistrzów FIBA. To kolejny krok warszawskiego klubu w walce o miejsce w elitarnych rozgrywkach koszykarskich, a rywalem będzie zespół z Rygi, dobrze znany kibicom PLK.

Spotkanie odbędzie się w bułgarskim Samokowie. Stawka jest jasna – awans do sobotniego półfinału. Początek zaplanowano na godzinę 13:15, a transmisję obejrzeć będzie można bezpłatnie na kanale FIBA w serwisie YouTube.

Do ćwierćfinału obie ekipy doszły po zwycięstwach w pierwszej rundzie. Dziki Warszawa pokonały BK Opava 116:99, VEF Ryga rozbił z kolei Absheron Lions 105:88. Wynik Łotyszy w dużej mierze ukształtował Jordan Sears – 38 punktów na koncie, w tym aż siedem trafionych „trójek”. Skutecznie punktował też Luis Rodriguez, zapisując na swoim koncie 21 punktów i dziewięć zbiórek, a Ojars Silins dołożył 13 oczek. Cała drużyna VEF trafiła 17 z 38 prób za trzy punkty – liczby, które same mówią o tym, jak groźnie Łotysze potrafią punktować z dystansu.

Znajomi z PLK w składzie rywala

VEF Ryga to przeciwnik z bogatym doświadczeniem w europejskich pucharach. Przez siedem ostatnich sezonów regularnie występował w fazie grupowej Basketball Champions League, dwukrotnie awansując do kolejnej rundy. W składzie łotewskiego zespołu nie brakuje nazwisk znanych z polskiej ligi: Aigars Skele, Ojars Silins i Mareks Mejeris. Silins ma zresztą powody do dobrego samopoczucia – niedawno sięgnął po mistrzostwo Polski.

Zwycięzca czwartkowego starcia odpocząć nie zdąży. W półfinale czeka go od razu lepszy z pary Rio Breogan – Manchester. Dla Dzików to kolejny sprawdzian na drodze po historyczny awans do fazy zasadniczej Ligi Mistrzów FIBA.

„Jeśli kiedykolwiek udałoby się odbudować most między mną a Daną, bardzo bym tego chciał” – mówi wprost Tito Ortiz, przyznając, że jego relacja z szefem UFC jest daleka od prostej.

51-letni Ortiz to postać, bez której historii UFC po prostu się nie opowie – znajduje się w Galerii Sław organizacji. Był zresztą menedżerem Dany White’a, jeszcze zanim ten objął stery największej promocji MMA na świecie. Dziś między nimi przepaść, choć kiedyś łączyło ich zdecydowanie więcej niż interesy.

Ortiz opowiedział o tym w programie „The Ariel Helwani Show”. Nie unikał trudnych pytań i przyznał wprost, że spora część winy leży po jego stronie. Taka szczerość to rzadkość u sportowca, który równie łatwo mógłby zrzucić całą odpowiedzialność na drugą stronę.

Korzenie konfliktu sięgają marca 2007 roku. Wtedy Ortiz i White stanęli naprzeciw siebie w walce bokserskiej. Starcie było bardziej symbolem niż sportowym wydarzeniem, ale to właśnie ono odmieniło ich relację – i już nigdy nie wróciło do dawnego stanu.

16 lat pracy i poczucie żalu

Ortiz nie kryje żalu, że lata poświęcone organizacji nie zostały docenione. „Nie powinienem martwić się o opłacenie rachunków po tym, jak przez 16 lat dawałem z siebie wszystko dla UFC i pomagałem tej organizacji dojść do miejsca, w którym znajduje się obecnie” – powiedział, przypominając o swoim wkładzie w to, gdzie dziś jest UFC.

Mimo tych pretensji była gwiazda oktagonu wciąż deklaruje chęć pojednania. Sam jednak szybko studzi nastroje – zna byłego przyjaciela zbyt dobrze, by liczyć na cud. „Ale znam Danę, on nie jest takim człowiekiem. Wiem, jaki jest i nie należy do takich ludzi” – ocenił, nie zostawiając wiele miejsca na złudzenia.

Konkretny przykład chłodu pojawił się przy okazji gali UFC 327 w Miami w kwietniu. Ortiz poprosił wtedy o jeden bilet. Odmówiono mu. To nie jest odosobniona sytuacja – jak twierdzi zawodnik, zaproszeń na gale UFC nie dostaje nigdy, mimo pozycji, jaką zajmuje w historii tej organizacji.

Choć chęć naprawy relacji deklaruje otwarcie, Ortiz równie jasno mówi, że sam nie zrobi w tym kierunku żadnego kroku. Pytanie, czy most między dwoma ludźmi, którzy wspólnie budowali fundamenty UFC, da się jeszcze odbudować, pozostaje więc otwarte.

„Ja nie widzę jakiś starć z rywalami zbliżonymi do niego wiekowo. Natomiast wiem, że Mamed nie chce walczyć o pietruszkę i z byle kim. Chciałbym, żeby jedna-dwie walki, które Mamed jeszcze stoczy były o coś. Żeby miały jakiś sens” – powiedział dyrektor sportowy KSW Wojsław Rysiewski.

W rozmowie z Arturem Mazurem z kanału Klatka po Klatce Rysiewski nie owijał w bawełnę: przed Khalidovem zostały już tylko jedna, może dwie walki. 46-letni zawodnik zbliża się więc do symbolicznej mety. Kiedy dokładnie nastąpi pożegnanie – tego jeszcze nikt nie wie.

Ostatnie miesiące kariery Khalidova nie były dla niego łaskawe. W lutym 2024 roku po raz pierwszy w karierze wystąpił w formule bokserskiej, mierząc się z Tomaszem Adamkiem na gali XTB KSW Epic w Gliwicach. Pod koniec trzeciej rundy doznał kontuzji ręki i nie mógł kontynuować walki. Wygrał Adamek.

Kilka miesięcy później, w listopadzie 2024 roku, Khalidov wrócił do klatki – tym razem na gali XTB KSW 100 w Gliwicach, naprzeciw Adriana Bartosińskiego. To był superfight legendy organizacji z ówczesnym mistrzem kategorii półśredniej. Khalidov poddał niepokonanego wówczas rywala balachą już w drugiej rundzie – jeden z tych momentów, które przypomniały, dlaczego wciąż jest twarzą polskiego MMA.

Po tym sukcesie nastąpiła długa przerwa. Do klatki KSW wrócił dopiero w kwietniu 2026 roku, po blisko półtorarocznej absencji. Na gali XTB KSW 117 w Warszawie czekał na niego mistrz wagi średniej Paweł Pawlak. W czwartej rundzie mistrz przejął kontrolę w parterze i zakończył starcie ciosami łokciami – sędzia przerwał walkę zaledwie cztery sekundy przed końcem tej rundy. Pawlak wygrał przez TKO i obronił pas.

Co dalej z karierą Khalidova?

Mimo porażki z Pawlakiem w KSW nikt nie mówi o natychmiastowym zakończeniu kariery Khalidova. Rysiewski jasno zaznaczył, że nie widzi sensu w starciach z rywalami zbliżonymi do niego wiekiem. Zawodnik nie ma zamiaru walczyć „o pietruszkę i z byle kim” – ostatnie starcia mają mieć konkretną stawkę. Przed organizacją stoi więc zadanie znalezienia przeciwnika, który nada sens finałowemu rozdziałowi kariery jednej z największych postaci w historii KSW.

„Do Bułgarii przylatujecie we wtorek, a pierwsze walki toczycie w środę” – tym krótkim komunikatem trener kadry Tomasz Dylak streścił, jak napięty harmonogram czeka pięściarzy przed mistrzostwami Europy w boksie kobiet i mężczyzn. Dla Polaków Bułgaria to zresztą teren dobrze znany – kraj ten już wcześniej gościł mistrzostwa Europy, a co roku rozgrywany jest tam prestiżowy Turniej Strandja.

Selekcja do wyjazdu nie obyła się bez strat. Jakub Straszewski odpadł z gry, bo nie zdążył wyleczyć kontuzji. Podobnie potoczyły się losy Michała Jarlińskiego – jego uraz odnowił się dosłownie tuż przed wylotem. Zabrakło też Fabiana Urbańskiego: klubowi trenerzy uznali, że seniorskie mistrzostwa Europy to na razie zbyt wysoka poprzeczka dla wciąż mało doświadczonego zawodnika, i woleli jeszcze go nie wysyłać.

Sparing, który zdecydował o miejscu w kadrze

O jedno miejsce w drużynie kobiet rywalizowały Angelika Krysztoforska i Natalia Niewiadomska. Wygrała Krysztoforska, choć wcale nie było to przesądzone od pierwszej rundy. Walkę sparingową rozegrano dzień przed turniejem w Gliwicach, w obecności sędziów międzynarodowych – sam format ustalono jeszcze wcześniej, podczas zgrupowania w Asyżu. Pierwszą rundę wygrała Niewiadomska, 3-2. Później jednak to Krysztoforska zaczęła zdobywać minimalną przewagę i to ona ostatecznie przechyliła szalę na swoją korzyść.

Start kobiecej kadry na turnieju w Gliwicach trener Dylak ocenił jako dysponowanie formą na poziomie około 80 procent. Innymi słowy – najlepsza dyspozycja dopiero ma nadejść.

Wśród zawodniczek osobną historię ma za sobą Elżbieta Wójcik. Wróciła do kadry po macierzyństwie i na zgrupowania oraz turnieje zabiera ze sobą córkę Polę. Teraz rozważa rywalizację z Agatą Kaczmarską o miejsce w kategorii 75 kg, patrząc już w stronę kwalifikacji olimpijskiej do Los Angeles.

Po stronie męskiej liderem pozostaje Damian Durkacz. Jak zauważył trener Dylak, w ostatnim okresie przygotowań Durkacz trenował mocniej niż wcześniej i sam narzucił sobie większą presję. W kadrze wciąż liczy się także Julia Szeremeta, skupiona wyłącznie na mistrzostwach Europy – zdaniem trenera to jednak wciąż nie jest szczyt jej możliwości.

Cele medalowe Dylak formułuje wprost. „Chciałbym przywieźć 3-4 medale, w tym może udałoby się jeden męski” – powiedział selekcjoner, licząc, że przerwana passa krajowego boksu na europejskich imprezach zostanie wznowiona już w środę, gdy ruszą pierwsze walki.

„Nawet teraz, tego lata, oferta z Chicago Fire nie była najwyższa, którą otrzymałem” — przyznał Robert Lewandowski w rozmowie z Mateuszem Skwierawskim z WP SportoweFakty. Który klub proponował więcej i ile dokładnie? Tego napastnik nie zdradził — ani nazwy, ani konkretnej kwoty.

Po czterech latach w FC Barcelonie Lewandowski rozstał się z klubem po zakończeniu poprzedniego sezonu. Zamiast szukać kolejnego adresu w Europie, postawił na Chicago Fire. W MLS ma zarabiać około 20 mln dolarów rocznie — na sumę tę składają się podstawa, bonusy i dodatek za prawa marketingowe.

To zresztą nie pierwsza gruba oferta, którą Polak odrzucił. Jego agent, Pini Zahavi, ujawnił wcześniej, że w styczniu 2025 roku na stole leżała propozycja z Arabii Saudyjskiej warta 100 mln euro. Lewandowski powiedział „nie”.

„Tak, taka oferta przyszła, ale uznałem, że nie jest to odpowiedni moment, by opuszczać Barcelonę. Niezależnie od tego, ile oferowali, ja tego transferu po prostu nie czułem. Chciałem dokończyć sezon w Barcelonie, zakończyć moją europejską karierę, powiedzieć: 'dziękuję za wszystko’ i pójść dalej” — wyjaśnił Lewandowski.

„American dream” zamiast Europy

Pieniądze nigdy nie były jedynym kompasem w jego karierze — to podkreślił sam piłkarz. Wyjazd do Stanów tłumaczy raczej głodem zmiany i nowych doświadczeń. „Mogę powiedzieć, że decyzja o wyjechaniu z Europy była w pełni świadoma. Chcieliśmy zobaczyć, jak wygląda świat na innej półkuli, poczuć słynny 'American dream’, dużo jest tu interesujących miejsc do zobaczenia” — powiedział.

Na boisku na razie same plusy. W barwach Chicago Fire Lewandowski rozegrał 14 spotkań we wszystkich rozgrywkach, strzelił siedem goli i zaliczył dwie asysty. Kolejny test już blisko — w nocy z niedzieli na poniedziałek czasu polskiego Chicago zagra na wyjeździe z Nashville SC.

„Widzimy zespół, który robi postępy i gra z bardzo jasnymi założeniami” — tak trener Crystal Palace Pierre Sage ocenił rywala przed czwartkowym starciem z Lechem Poznań. „Jednak dla nas najważniejsze jest, by jak najlepiej realizować nasz styl gry. Wciąż mamy elementy do poprawy” — dodał francuski szkoleniowiec.

Lech zmierzy się z Crystal Palace na wyjeździe w 1. kolejce fazy ligowej Ligi Europy. Piłka w grze od czwartku, godzina 21. Anglicy sezon zaczęli słabo — jedno zwycięstwo, żadnego remisu, trzy porażki. A mimo to wciąż mówi się o nich jako o triumfatorze poprzedniej edycji Ligi Konferencji.

Sage zapewnia, że do poznańskiego rywala jego sztab podszedł z pełną powagą. Przeanalizowaliśmy siedem meczów Lecha w tym sezonie — zaczęli go bardzo wcześnie, jeszcze od eliminacji Ligi Mistrzów. Francuski szkoleniowiec wskazał też nazwisko, które w kadrze gości niepokoi go najbardziej.

Mowa o Mikaelu Ishaku. Napastnik ostatnio pauzował przez drobny uraz, ale Sage co do jego jakości wątpliwości nie ma — w poprzednim sezonie Szwed strzelił mnóstwo goli i to nazwisko rozpoznawalne w całej Europie.

Defensywne słabości Crystal Palace

Statystyki gospodarzom nie sprzyjają. W Premier League Crystal Palace stracił już jedenaście goli — najwięcej ze wszystkich drużyn ligi. Sam Sage przyznaje, że pięć z nich padło po dośrodkowaniach.

Plan na mecz z Lechem trener jednak ma i mówi o nim otwarcie, choć bez szczegółów. „Mamy swój plan na mecz. Nie chcę zdradzać wszystkich szczegółów, ale gramy u siebie, nasz zespół w poprzednim sezonie wygrał Ligę Konferencji, więc chcemy kontynuować tę drogę i wypaść lepiej niż ostatnio — nie tylko pod względem stylu gry, ale też wyniku, bo tego właśnie potrzebujemy” — powiedział Sage.

Katarzyna Piter i Quinn Gleason zaliczyły w Guadalajarze kolejny udany dzień – to już ich drugie zwycięstwo w turnieju WTA 500. Rozstawiona z numerem trzecim polsko-amerykańska para pokonała w ćwierćfinale duet Catherine Harrison/Dalayna Hewitt 6:2, 7:5. Mecz rozegrano w środę 16 września i trwał on 80 minut.

Pierwsza partia ułożyła się po myśli Piter i Gleason. Przełamały rywalki w trzecim i piątym gemie, szybko budując wyraźną przewagę. Przy stanie 5:1 miały już piłkę setową – nie wykorzystały jej jednak od razu. Seta zamknęły dopiero za drugim podejściem, już po zmianie stron.

W drugiej odsłonie sytuacja na chwilę się odwróciła. Harrison i Hewitt odrobiły dwa przełamania z rzędu i wróciły do gry. O losach seta, a więc i całego meczu, zdecydował jednak break zdobyty przez polsko-amerykański duet w jedenastym gemie. To wystarczyło, by dokończyć robotę i zapewnić sobie awans.

Kolejna przeszkoda: Kobori i Plipuech

Dzięki temu zwycięstwu Piter i Gleason są już w półfinale. Kolejny mecz zagrają w piątek, a naprzeciw nich staną Momoko Kobori z Japonii i Peangtarn Plipuech z Tajlandii.

Dzień wcześniej, w czwartek, o miejsce w finale powalczy inna para. Rozstawione z jedynką Cristina Bucsa z Hiszpanii i Nicole Melichar-Martinez z USA zmierzą się z rozstawionymi z czwórką Marią Kozyriewą z Rosji i Maią Lumsden z Wielkiej Brytanii.

Guadalajara Open to turniej rangi WTA 500 rozgrywany na kortach twardych w Meksyku. Pula nagród wynosi 1,206 mln dolarów.

Instalacja aplikacji
Pobierz