Gdzie i o której zobaczyć piątkowe starcie Widzewa Łódź z Wieczystą Kraków? Mecz 8. kolejki PKO Ekstraklasy zaplanowano na godzinę 18:00.
Transmisję w telewizji zapewni Canal+ Sport 3. Ci, którzy wolą internet, znajdą spotkanie na platformie Canal+ Online – wystarczy wykupić odpowiedni pakiet. A jeśli akurat nie macie dostępu do żadnej z tych opcji? WP SportoweFakty poprowadzi tekstową relację „na żywo” z całego meczu.
Forma drużyn przed meczem
Bilans Widzewa w tym sezonie ciężko nazwać dobrym. Na osiem rozegranych spotkań łodzianie wygrali tylko jedno. Był to wyjazdowy triumf nad Jagiellonią Białystok z 9 sierpnia – i jak na razie jedyny powód do radości w tej kampanii.
Rywal nie ma się jednak czym chwalić. Wieczysta Kraków, beniaminek Ekstraklasy, siedzi w strefie spadkowej. Po siedmiu kolejkach krakowianie mają na koncie zaledwie cztery punkty.
Piątkowy mecz w Łodzi zapowiada się więc jako starcie dwóch drużyn w podobnie trudnym położeniu – obie potrzebują punktów jak powietrza, żeby uciec od dołu tabeli.
Jak tłumaczy się porażkę 0:4, stojąc przed kamerami i nie chowając twarzy w dłoniach? Niels Frederiksen, szkoleniowiec Lecha Poznań, musiał znaleźć na to odpowiedź po czwartkowym meczu z Crystal Palace, który jego zespół przegrał w druzgocącym stylu.
Na pomeczowej konferencji Duńczyk przyznał, że wynik boli. Odrzucił jednak stanowczo tezę, jakoby jego zawodnicy zostali kompletnie zdemolowani na boisku. „Szczerze mówiąc, przebieg meczu wyglądał mniej więcej tak, jak się spodziewaliśmy. Oczywiście wynik 4:0 to dotkliwa porażka, bez dwóch zdań. Nie mam jednak poczucia, byśmy zostali w tym spotkaniu całkowicie rozbici” – powiedział Frederiksen.
Trener wyraźnie oddzielił jedno słowo od drugiego – „rozbici” to dla niego coś zupełnie innego niż „ukarani”. „Raczej odniosłem wrażenie, że zostaliśmy ukarani – nie rozbici, ale ukarani – w konkretnych sytuacjach” – tłumaczył. Jego zdaniem o skali porażki przesądziły pojedyncze błędy, nie ogólna słabość zespołu.
Głupia strata i niewykorzystane szanse
Jednym z takich momentów była pierwsza bramka dla Crystal Palace. Frederiksen nie owijał w bawełnę – jego zespół stracił ją w głupi sposób. Do gola doszło po tym, jak Terry Yegbe wykonał aut do środka boiska, a rywale natychmiast przechwycili piłkę. Efekt? Sam na sam Yeremy’ego Pino z bramkarzem Lecha.
Sam trener przyznał, że wciąż nie do końca rozumie, dlaczego to akurat środkowy obrońca znalazł się przy linii bocznej z piłką w rękach. „Nie, skądże. Zazwyczaj to nie środkowy obrońca wykonuje auty. Szczerze mówiąc, nie wiem, co się tam wydarzyło” – mówił o decyzji Yegbe.
Druga strona boiska też nie umknęła uwadze Frederiksena. W pierwszej połowie Mikael Ishak miał dwie sytuacje bramkowe i żadnej z nich nie wykorzystał. „Oczywiście, że był tym faktem rozczarowany. To była wielka szansa, a on zazwyczaj takie wykorzystuje” – ocenił trener, dodając, że napastnik zwykle jest skuteczniejszy w podobnych okazjach.
Na długie rozpamiętywanie porażki Lech nie ma teraz czasu. W niedzielę wieczorem zespół zagra ligowe spotkanie z Radomiakiem Radom. Frederiksen zapowiedział, że jego drużyna szybko otrząśnie się po klęsce z Anglikami. „Podniesiemy się i w niedzielę na pewno się zrehabilitujemy” – zadeklarował duński szkoleniowiec.
„Prawdę mówiąc, uważam taką krytykę za absolutny wstyd. To niewiarygodny brak szacunku wobec jego osiągnięć” – grzmiał sześciokrotny mistrz wielkoszlemowy, Boris Becker, gdy przyszło mu bronić Alexandra Zvereva.
Bilans sezonu Zvereva? Dwa tytuły wielkoszlemowe – Roland Garros i US Open. To więcej niż udało się zdobyć Carlosowi Alcarazowi, który sięgnął tylko po Australian Open, i Jannikowi Sinnerowi, ograniczonemu do triumfu w Wimbledonie. A mimo to Niemiec od miesięcy odpiera zarzuty, że droga po trofea była mu wyjątkowo ułatwiona – krytycy wytykają, że po drodze pokonał łącznie zaledwie dwóch zawodników z czołowej dziesiątki rankingu.
Becker nie wytrzymał i zabrał głos w podcaście prowadzonym przez byłą tenisistkę Andreę Petković. Argumentował prosto: porażki i kontuzje rywali to nie wina Zvereva.
„To nie jego wina, że Sinner doznał kontuzji” – zauważył Niemiec. I przypomniał, że Alcaraz spędził cztery miesiące na leczeniu urazu, wrócił do gry, a i tak odpadł w ćwierćfinale z Benem Sheltonem.
Zverev był bliżej niż mówią liczby
Suche statystyki nie pokazują, jak blisko Zverev był kompletu finałów wielkoszlemowych w tym roku – zwrócił na to uwagę Becker. Niemiec zagrał w finale Wimbledonu. W półfinale Australian Open serwował po zwycięstwo w meczu z Alcarazem – i mimo to go nie wygrał.
Dla 58-letniego Beckera, rodem z Leimen, to wystarczający dowód, że krytyka wobec rodaka jest niesprawiedliwa. Dwa tytuły wielkoszlemowe i bliskość kolejnych finałów zasługują na uznanie – nie na ciągłe podważanie, powtarza była gwiazda kortów.
Mike Elliott wraca do Formuły 1. Alpine ogłosiło, że Brytyjczyk obejmie stanowisko dyrektora technicznego (CTO) zespołu – tym samym kończy się jego niemal dwuletnia przerwa od padoku.
To powrót do miejsca, które zna jak własną kieszeń. W latach 2008-2012 pracował w Enstone jako główny specjalista ds. aerodynamiki, gdy baza ta działała najpierw pod szyldem Renault, a potem Lotusa. Teraz, jako dyrektor techniczny Alpine, znów będzie odpowiadał za techniczne i inżynieryjne struktury zespołu – właśnie w Enstone.
Między tymi dwoma epizodami w Enstone zmieściła się najważniejsza część kariery Elliotta. Do Formuły 1 trafił w 2000 roku w McLarenie – zaczynał od aerodynamiki, a z czasem awansował na lidera zespołu odpowiedzialnego za osiągi aerodynamiczne. Po epizodzie w Renault przeniósł się do Mercedesa, gdzie w 2012 roku objął funkcję szefa działu aerodynamiki.
W zespole z Brackley szybko piął się w górę. Awansował na dyrektora ds. technologii, a w 2021 roku został dyrektorem technicznym całego zespołu. Alpine podkreśla, że Elliott miał swój udział w projektach, które przyniosły osiem tytułów mistrzowskich w klasyfikacji konstruktorów i osiem w klasyfikacji kierowców – Mercedes triumfował w klasyfikacji konstruktorów bez przerwy w latach 2014-2021.
Potem przyszła zmiana przepisów technicznych w 2022 roku. Mercedes nie poradził sobie z nowym samochodem opartym na efekcie przyziemnym, a stery w rywalizacji o mistrzostwa przejął Red Bull Racing. W kwietniu 2023 roku na stanowisku dyrektora technicznego zespołu z Brackley ponownie pojawił się James Allison, a Elliott zszedł na dalszy plan. Jeszcze w tym samym roku doszło do ostatecznego rozstania z Mercedesem.
Po odejściu Elliott zrobił coś, na co niewielu inżynierów jego formatu może sobie pozwolić – wziął przerwę od sportu po 23 latach nieprzerwanej pracy w Formule 1. Teraz wraca. I to na stanowisko, z którego realnie wpływa na kierunek rozwoju samochodu Alpine.
Ostatnie minuty starcia w Rydze można streścić krótko: wielki finisz Dzików. Warszawski zespół zdobył w samej czwartej kwarcie aż 40 punktów i to zadecydowało o wszystkim. Dziki Warszawa pokonały VEF Rygę 102:95 w ćwierćfinale eliminacji do Basketball Champions League.
Do samego końca nie było wiadomo, kto wygra. Jeszcze przy stanie 94:93 dla gospodarzy losy meczu ważyły się na wadze – i wtedy właśnie Dziki zamknęły spotkanie serią 9-1. Rywale z Łotwy odpadli z walki o Ligę Mistrzów.
Wystarczy spojrzeć na wynik po poszczególnych kwartach, żeby zobaczyć, jak nierówne było to spotkanie. Po pierwszej odsłonie prowadził VEF, 24:25. W drugiej różnica jeszcze minimalnie się powiększyła – 19:15 dla gospodarzy w tej partii. Trzecia kwarta znów należała do Łotyszy, 26:22. A potem wszystko się odwróciło: warszawianie wygrali czwartą odsłonę 26:40 i to przesądziło sprawę.
Liderem zwycięzców był Joseph Girard – 25 punktów, pięć asyst. Blisko double-double skończył Zane Waterman, notując 24 punkty i osiem zbiórek. Makai Ashton z kolei otarł się o triple-double: 9 punktów, dziewięć zbiórek i siedem asyst. W ataku Dzików pomogli jeszcze Osun Osunniyi (10 punktów), Grzegorz Kamiński (9) oraz Krzysztof Kempa i Łukasz Frąckiewicz, po 8 punktów każdy.
Sears znów imponujący, ale to nie wystarczyło
Po stronie VEF Ryga najlepszy był, tak jak poprzednio, Jordan Sears – 33 punkty. To prosta kontynuacja formy z pierwszego meczu eliminacji, gdzie zanotował aż 38 punktów. Wsparli go Caleb Asberry (15 punktów), Ojars Silins (11), Mareks Mejeris (10 punktów, pięć zbiórek) oraz Aigars Skele – dziewięć punktów, trzy zbiórki, trzy asysty. Kilku zawodników zagrało naprawdę mocno, ale obrona Łotyszy i tak nie wytrzymała końcówki gości.
Dziki Warszawa, w minionym sezonie brązowi medaliści Polskiej Ligi Koszykówki, grają pod wodzą trenera Marco Legovicha. Awans nad VEF Rygą to kolejny krok tej drużyny w europejskich rozgrywkach.
Na kolejnego rywala Dzików trzeba będzie jeszcze poczekać – wyłoni go starcie Manchester Basketball z Rio Breogan Lugo. Półfinał eliminacji zaplanowano na sobotę, 19 września, na godzinę 17:00.
„Nie widzę jakichś starć z wiekowo zbliżonymi rywalami do Mameda” – powiedział Wojsław Rysiewski, dyrektor sportowy KSW, w rozmowie z Arturem Mazurem w programie Klatka po Klatce. Padło to przy okazji pytania o przyszłość 46-letniego Mameda Chalidowa, jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego MMA.
W ostatniej walce Chalidow zmierzył się z Pawłem Pawlakiem o pas mistrzowski wagi średniej KSW. Wygranej nie było. Mimo to zawodnik nie zamierza kończyć kariery bez walki.
Rysiewski potwierdził, że organizacja pracuje nad kolejnym pojedynkiem dla Chalidowa. Zaznaczył jednak, że znalezienie odpowiedniego przeciwnika to nie jest prosta sprawa – po prostu brakuje rywali w podobnym wieku. „Wiem, że Mamed nie chce walczyć o pietruszkę z byle kim” – dodał dyrektor sportowy KSW.
Jak podkreślił Rysiewski, zależy mu, by ostatnie starcia Chalidowa miały realny ciężar gatunkowy. „Chciałbym, że ta jedna, dwie walki, które Mamed jeszcze stoczy, były o coś, miały jakiś sens” – powiedział. Innymi słowy: w KSW mówi się najwyżej o dwóch kolejnych starciach weterana, nie o całej serii.
Chalidow nie zamierza się poddać
Sam zawodnik nie krył determinacji po porażce z Pawlakiem. Na swoich profilach w mediach społecznościowych napisał: „Po upadku motywacja wzrasta od 1000%!!! Kochani, jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa”. Wpis szybko obiegł środowisko kibiców MMA, którzy od lat śledzą karierę Czeczena.
Chalidow rywalizuje zawodowo od 2004 roku. Przez ten czas stoczył 49 pojedynków, 38 wygrał. Na koncie ma tytuły mistrza wagi średniej i półciężkiej KSW. Po dwudziestu latach na szczycie czeka teraz na to, co organizacja przygotuje mu jako kolejne – być może już ostatnie – wyzwanie.
„Alonzo jest bardzo niebezpiecznym stójkowiczem” — tak Iwo Baraniewski mówi o rywalu, na którego trafi na gali UFC 331. To będzie już czwarte starcie 27-letniego warszawianina w najważniejszej organizacji MMA na świecie.
Po drugiej stronie oktagonu stanie Amerykanin Alonzo Menifield, starszy od Baraniewskiego o 11 lat. Menifield zajmuje obecnie 13. miejsce w rankingu wagi półciężkiej UFC — pokonanie go otworzyłoby Polakowi drogę do pierwszej piętnastki tej dywizji. Pojedynek trafił na kartę główną gali UFC 331.
Baraniewski nie owija w bawełnę — przeciwnika traktuje poważnie. „Muszę cały czas być ostrożnym w walce. On jest bardzo doświadczonym zawodnikiem, ale ja jestem młodym wilkiem i jestem na niego gotowy” — powiedział Polak przed pojedynkiem.
Bilans robi wrażenie. Dziewięć zawodowych walk, dziewięć wygranych przed czasem, w tym siedem przez nokaut. W UFC nie przetrwał jeszcze pierwszej rundy — żadna z jego walk w organizacji nie doczekała się drugiej. Za każdą z nich promocja dorzuciła mu dodatkowy bonus finansowy.
Skąd ta skuteczność? Sam zainteresowany tłumaczy to bez owijania: „Kończę rywali tak szybko, ponieważ lubię dostarczać emocji, wiele emocji w krótkim czasie. W sobotę będą fajerwerki” — zapowiedział przed starciem z Menifieldem.
Od judo do kontraktu z UFC
Baraniewski wywodzi się z judo i w zawodowym MMA rywalizuje od 2023 roku. Kontrakt z UFC wywalczył w programie Contender Series, gdzie znokautował rywala już w 20. sekundzie starcia. W oktagonie UFC zadebiutował w grudniu zeszłego roku. Tuż przed starciem z Menifieldem Polak podpisał z organizacją nowy, korzystniejszy kontrakt na kolejne walki — sygnał, że promocja mocno w niego wierzy.
„Chciałbym przywieźć 3-4 medale, w tym może udałoby się jeden męski, gdzie wiadomo, że konkurencja i rywalizacja jest cięższa plus to, że my dopiero tę kadrę budujemy” – mówił w Sofii Tomasz Dylak w rozmowie z red. Arturem Gacem z Interii. Kilka godzin później na ringu w bułgarskiej stolicy o realizację tych planów zaczął walczyć Nikolas Pawlik, pierwszy z Polaków w akcji na Mistrzostwach Europy.
21-letni zawodnik z Zawiercia trafił w 1/16 finału kategorii do 55 kg na Gabora Virbana, mistrza Węgier. Nerwów nie brakowało – po pierwszej rundzie sędzia z Francji dał przewagę rywalowi, ale pozostała czwórka arbitrów, z Łotwy, Uzbekistanu, Brazylii i Kolumbii, postawiła na Polaka.
Bez ostrzeżeń się nie obeszło. Po drugiej rundzie ukarano Virbana, a w końcówce starcia upomnienie dostał też Pawlik. Mimo to Polak wygrał jednogłośnie 5:0 i wszedł do 1/8 finału. Karty sędziowskie nie pozostawiały złudzeń: 29:26, 29:26, 28:27, 29:26 i 29:26, przy bilansie wygranych rund 4:1, 5:0 i 5:0.
Dla Pawlika to zwycięstwo znaczy więcej niż zwykły awans. Wcześniej na dużych imprezach – mistrzostwach Europy U-21, mistrzostwach świata w Liverpoolu czy zawodach Pucharu Świata – odpadał regularnie już po pierwszym starciu. W Sofii ta passa wreszcie się urwała. O miejsce w ćwierćfinale powalczy w sobotę z Ukraińcem Maksymem Zymenko.
Nowy system, nowe nadzieje
Start Pawlika to pierwszy sprawdzian nowego rozdania w polskim boksie. Na początku 2026 roku Polski Związek Bokserski przebudował system szkolenia kadr, a stanowisko głównego trenera – zarówno kobiet, jak i mężczyzn – objął Tomasz Dylak, wcześniej pracujący wyłącznie z reprezentantkami. Jego zadanie brzmi jasno: doprowadzić polskich pięściarzy na igrzyska olimpijskie.
Że kadra idzie w dobrą stronę, było widać już wcześniej – podczas turnieju Pucharu Świata w Brazylii dobrze pokazał się Damian Durkacz. W czwartek, pierwszego dnia mistrzostw w Sofii, rozegrano łącznie trzy walki z udziałem Polaków. Kobiety wchodzą do rywalizacji dopiero w sobotę, a wśród nich będzie Julia Szeremeta – ona swój start zaplanowała jednak na poniedziałek.
„Czasem lepiej dostać zimny prysznic na samym początku, by widzieć, co jest do poprawy i nad czym trzeba pracować” – mówi kapitan Unii Oświęcim po dotkliwej porażce w inauguracyjnym meczu sezonu.
Polonia objęła prowadzenie już w 96. sekundzie spotkania. I to był dopiero początek kłopotów gości. W drugiej tercji gospodarze dołożyli aż cztery bramki, a przed ostatnią odsłoną meczu prowadzili już 5:0. Unia potrafiła odpowiedzieć tylko raz – trafił Jan Sołtys, wykorzystując dobre dogranie Damiana Tyczyńskiego.
Kapitan Unii, 30-letni napastnik Krzemień, nie szukał usprawiedliwień. Jak przyznał, Polonia bezlitośnie wykorzystała błędy jego zespołu, w krótkim czasie odskoczyła na trzy bramki, a potem już tylko kontrolowała mecz aż do syreny.
Kapitan bez owijania w bawełnę wskazał, nad czym drużyna musi popracować przed kolejnymi kolejkami. „Musimy oczywiście poprawić skuteczność. Mocniej pracować w obronie i pomagać naszym bramkarzom” – podkreślił. Łatwo nie będzie, bo skład Unii latem przeszedł gruntowną przebudowę – do drużyny dołączyło aż 13 nowych zawodników.
Rewanż z byłym kapitanem w roli trenera
Na poprawę nastrojów kibice nie będą musieli długo czekać. Już w piątek, o 18:00, biało-niebiescy zmierzą się na własnym lodzie z Comarch Cracovią. Rywala prowadzi Krystian Dziubiński – były kapitan Unii Oświęcim. To nada temu starciu dodatkowego smaczku.
Krzemień nie ukrywa celu. „Chcemy zamazać plamę z pierwszego spotkania i pokazać, że idziemy w dobrym kierunku” – zapowiedział. Szanuje rywala, ale wątpliwości co do faworyta nie ma. „Cracovia na pewno będzie walczyć. Ma młody zespół i bardzo dobrego trenera, ale to my jesteśmy faworytem tego spotkania” – ocenił.
„Druga połowa była ciężka, broniliśmy się, ale i tak taka strata bramki boli, tym bardziej, że było to po naszych błędach” – przyznał po meczu Kajetan Szmyt.
W środę w Pireusie Jagiellonia Białystok przegrała z Olympiakosem 1:2. Był to pierwszy występ białostoczan w fazie ligowej Ligi Europy.
Początek należał do gości. W 20. minucie wynik otworzył Kajetan Szmyt i Jagiellonia objęła prowadzenie. Przewagę udało się utrzymać przez dłuższy fragment meczu – zanim gospodarze najpierw doprowadzili do remisu, a potem, już w końcówce, strzelili gola, który dał im ostateczne zwycięstwo.
24-letni skrzydłowy, strzelec gola dla Jagiellonii, po spotkaniu nie ukrywał, że druga połowa pozostawiła niedosyt. „W drugiej połowie podkręcili tempo. Grasz u siebie i masz takich kibiców, to trybuny po prostu niosą tę drużynę, tak jak nas często niosą kibice w Białymstoku” – mówił Szmyt, opisując presję, jaką Olympiakos wywarł na jego zespole po zmianie stron.
Jagiellonia miała swoje szanse
Skrzydłowy zauważył przy tym, że grecki rywal, choć skuteczny w ataku, wcale nie gra bezbłędnie z tyłu. „Mają bardzo dobrą ofensywę i myślę, że dobrze z niej korzystali, natomiast w obronie nie ustrzegali się błędów” – ocenił Szmyt.
To właśnie te błędy – jak przyznał zawodnik Jagiellonii – dawały białostoczanom pole do gry w pierwszej połowie. Pole, którego nie zdołali w pełni wykorzystać. „W tej pierwszej połowie mieliśmy swoje szanse i mogliśmy jedną czy dwie lepiej wykorzystać” – przyznał.