Drużyna przejmuje krążek w dogrywce. I co dalej? Cofnąć się spokojnie do własnej tercji, jak dotychczas, już się nie da. Odpowiedzi na to, co się zmienia, dostarcza nowy sezon win2day ICE Hockey League — od piątku liga wprowadza trzy istotne zmiany w przepisach dotyczące dogrywek, sygnalizowania goli i wznowień gry.
Największą nowością jest tzw. „No Return Rule”, zasada dobrze znana już kibicom Champions Hockey League. W ICEHL zacznie obowiązywać w dogrywce rozgrywanej w formacie 3 na 3, gdy obie drużyny dysponują pełnymi składami — trzema zawodnikami z pola i bramkarzem. Co ważne, przepis działa również wtedy, gdy bramkarz zostanie zmieniony na dodatkowego gracza z pola.
Na czym to właściwie polega? Zespół kontrolujący krążek w tercji ataku nie może już cofnąć go podaniem, prowadzeniem czy jakimkolwiek innym zagraniem do tercji neutralnej lub obronnej. Złamanie tego przepisu oznacza natychmiastową przerwę w grze — sędzia zatrzyma akcję, a wznowienie odbędzie się w tercji obronnej drużyny, która dopuściła się naruszenia. I coś jeszcze: po takim zatrzymaniu gry drużyny nie będą mogły dokonać zmiany zawodników.
Skąd w ogóle ten pomysł? Lidze zależy na wyeliminowaniu sytuacji, w których zespół po odbiorze krążka w tercji ataku ucieka głęboko na własną połowę, żeby w spokoju poukładać kolejną akcję. Chodzi o wymuszenie większej aktywności ofensywnej i zwiększenie liczby sytuacji podbramkowych podczas nagłej śmierci — mniej wyczekiwania, więcej gry o gola.
Koniec gwizdka po golu i zmiany przy wznowieniach
Druga nowość dotyczy tego, jak sędziowie będą sygnalizować zdobyte bramki. Od nowego sezonu arbiter co do zasady nie sięgnie już po gwizdek po strzeleniu gola. Zamiast tego trafienie zasygnalizuje gestem — wskaże ręką w kierunku bramki. Ta zmiana ma bezpośredni związek z rosnącą rolą analizy wideo w hokeju. Gwizdek zostanie w użyciu tylko w jednym przypadku: gdy gra toczy się dalej mimo zdobytej bramki, a zawodnicy obu drużyn nie zorientują się, że krążek już jest w siatce.
Trzecia zmiana dotyczy wznowień po wykroczeniach przy wygrywaniu krążka. Jeśli drużyna sfauluje przy face-offie, odpowiedzialny za to center natychmiast zejdzie z kręgu i zostanie zastąpiony przez innego zawodnika. Wyjątkiem są sytuacje po icingu. Przy pierwszym przewinieniu center nie zostanie jednak ukarany zmianą — dostanie tylko ostrzeżenie i przy kolejnym wznowieniu może zostać na lodzie. Dopiero kolejne naruszenia mogą pociągnąć za sobą dodatkowe konsekwencje.
Ile osób w Polsce zasiadło przed telewizorem, żeby oglądać reprezentację U-20 kobiet na mistrzostwach świata? TVP podaje konkretną liczbę: ponad 730 tysięcy widzów łącznie. I to mimo że turniej dla Polek zakończył się już na etapie 1/8 finału.
Drużyna prowadzona przez trenera Marcina Kasprowicza rozegrała na mundialu cztery spotkania. Wszystkie pokazała TVP. Do bilansu oglądalności stacja doliczyła nie tylko widzów kanału TVP Sport, ale też tych, którzy śledzili transmisje na stronie internetowej i w aplikacji.
Na boisku Polki poszły jak burza przez fazę grupową – komplet zwycięstw. Najpierw 3:0 z Argentyną, później 2:1 z Meksykiem, a grupę zamknęły wygraną 4:1 z Beninem. Trzy mecze, trzy zwycięstwa i pierwsze miejsce w tabeli dające przepustkę do fazy pucharowej.
Tam, jako gospodynie turnieju, trafiły na Kolumbię. Przegrały 0:1 – o wszystkim zdecydował pechowy gol samobójczy po nieudanej interwencji Martyny Bartczak. I paradoksalnie to właśnie ten przegrany mecz obejrzało najwięcej ludzi w całym turnieju. Transmisję w TVP Sport śledziło średnio 263 985 widzów, a w szczycie licznik pokazywał aż 357 804.
Liczby rosły z meczu na mecz
Widownia rosła równo z każdym kolejnym występem Polek. Mecz otwarcia z Argentyną zgromadził średnio 133 252 widzów, z maksimum na poziomie 233 178. Starcie z Meksykiem to już średnio 141 942 widzów przy szczycie 259 761, a spotkanie z Beninem – średnio 152 097 widzów i peak 190 311. Do tego dołożyć trzeba transmisje internetowe, które zebrały łącznie 43 696 widzów.
Dla Polek przygoda z mundialem się skończyła, ale same mistrzostwa świata U-20 kobiet trwają dalej – teraz na tapecie faza ćwierćfinałowa. Finał zaplanowano na 27 września, a transmisję z niego pokaże TVP Sport.
Ile tygodni Jagiellonia zagra bez swojego lidera? Odpowiedź, jakiej udzieliło TVP Sport, nie wróży niczego dobrego kibicom z Białegostoku tuż przed niedzielnym starciem z Legią Warszawa.
Mecz 9. kolejki Ekstraklasy między Jagiellonią Białystok a Legią Warszawa zaplanowano na niedzielę, godzina 17.30. Gospodarzy prowadzi Adrian Siemieniec, po drugiej stronie na ławce zasiądzie Marek Papszun. To spotkanie zapowiadało się na jeden z hitów kolejki – tyle że obie ekipy wyjdą na nie mocno okrojone kadrowo.
Największą zmartwieniem Jagiellonii jest kontuzja Tarasa Romanczuka. Kapitan zespołu naderwał mięsień dwugłowy uda w środowym meczu z Olympiakosem w Lidze Europy. Po przerwie na boisko już nie wrócił, a TVP Sport podało, że zabraknie go również w niedzielę przeciwko Legii. Romanczuk nosi opaskę kapitańską w Jagiellonii – jego brak to więc coś więcej niż tylko dziura w składzie. To także utrata lidera w szatni.
Jak donosi TVP Sport, przerwa w grze Romanczuka potrwa kilka tygodni. Pech chciał, że uraz przydarzył mu się tuż przed najdłuższą w historii przerwą reprezentacyjną – a to oznacza, że kapitan straci znacznie więcej okazji do gry, niż wynikałoby to z samego czasu rekonwalescencji.
Legia też ma kłopoty personalne
Problemy kadrowe nie omijają wyłącznie gospodarzy. Marek Papszun przyznał na konferencji prasowej, że występ Kamila Piątkowskiego w meczu z Jagiellonią jest praktycznie wykluczony. Do niedzielnego hitu obie drużyny podejdą więc osłabione w kluczowych punktach formacji.
Czy w ten poniedziałek Marta Kostiuk mogła znaleźć się przed Igą Świątek w rankingu WTA? Teoretycznie tak. W praktyce Ukrainka sama zamknęła sobie tę drogę na korcie w Guadalajarze. Rozstawiona z numerem 1 zawodniczka przegrała w ćwierćfinale turnieju WTA 500 z Ludmiłą Samsonową 4:6, 6:2, 7:5.
A miała ten mecz w garści. W trzecim secie prowadziła już z przełamaniem 4:2 – wystarczyło utrzymać dystans do końca. Samsonowa, rozstawiona z numerem 8, się jednak nie poddała i odwróciła losy spotkania, które ciągnęło się dwie godziny i 29 minut.
Awans do Top 10 był naprawdę w zasięgu ręki. Dopiero 14 września Kostiuk zadebiutowała wśród dziesięciu najlepszych na świecie, a poniedziałkowe notowanie dawało jej szansę na wskoczenie na dziewiąte miejsce. Sprzyjał jej dodatkowo kalendarz – w tym tygodniu Iga Świątek traci 500 punktów za zeszłoroczny triumf w Seulu. Nic z tego jednak nie wyszło: po porażce z Samsonową Ukrainka zostaje dziesiątą rakietą świata.
Warto dodać, że droga Kostiuk do ćwierćfinału była wyjątkowo łaskawa. Jako liderka rozstawienia dostała wolny los na start turnieju, a w drugiej rundzie w ogóle nie musiała wychodzić na kort – mecz oddała jej walkowerem Amerykanka Taylor Townsend, która się wycofała. Tym bardziej boli, że w kluczowym momencie ćwierćfinału zabrakło skuteczności.
Kto zagra o finał w Guadalajarze
Samsonowa w piątkowym półfinale zmierzy się z Peyton Stearns. Amerykanka w ćwierćfinale pokonała Sloane Stephens 7:6(6), 6:4 – rywalkę grającą na dziką kartę, a przy tym mistrzynię US Open 2017. Stephens miała swoje szanse w obu setach, prowadząc z przełamaniem, ale za każdym razem tę przewagę traciła.
W drugiej parze półfinałowej zagra Iva Jović, rozstawiona z numerem 2 – w czwartek bez większych problemów wyeliminowała Magdalenę Fręch. Naprzeciw niej stanie Cristina Bucsa, szósta w rozstawieniu, która rozprawiła się z trzecią rakietą turnieju Sarą Bejlek 6:0, 6:4, i to w zaledwie 65 minut.
Guadalajara Open, rozgrywany na twardych kortach z pulą nagród 1,206 mln dolarów, potrwa do soboty 19 września. Zwyciężczyni singla zainkasuje czek na 185,5 tys. dolarów i 500 punktów do rankingu WTA – dokładnie tyle, ile w tym tygodniu traci Iga Świątek. Marcie Kostiuk to jednak i tak nie pomogło.
Czy Lewis Hamilton naprawdę spisał listę pracowników Ferrari do zwolnienia? Według włoskiego „Corriere della Sera” tak — gazeta twierdziła, że Brytyjczyk domagał się roszad kadrowych w zespole i sam wskazał nazwiska do wyrzucenia. Sam kierowca nie zostawił na tych doniesieniach suchej nitki.
Co ciekawe, „Corriere della Sera” nigdzie nie podała, kogo miałaby dotyczyć rzekoma lista Hamiltona. Włosi pisali też o ochłodzeniu relacji między Brytyjczykiem a szefem zespołu Fredericem Vasseurem, sugerując, że w Scuderii tli się głębszy konflikt.
Punktem wyjścia dla tych spekulacji były najwyraźniej dwa incydenty sprzed kilku tygodni. Podczas GP Holandii Hamilton skarżył się przez radio zespołowe, że zbyt długo musiał jechać za swoim partnerem z zespołu, tracąc czas w pościgu za podium. Jeszcze bardziej burzliwie zrobiło się na GP Włoch, gdzie Charles Leclerc wypchnął go z toru zaraz po starcie — Hamilton spadł wtedy aż na dziesiątą pozycję. Brytyjczyk miał wówczas dawać do zrozumienia, że to Vasseur jako szef zespołu powinien lepiej panować nad takimi sytuacjami na torze.
Relacja Hamiltona z Vasseurem nie zaczęła się zresztą w Maranello. Panowie znają się od 2006 roku, kiedy to pod wodzą Francuza Hamilton zdobył mistrzostwo w serii GP2 — właśnie ten sukces otworzył mu wtedy drzwi do Formuły 1.
„Nigdy nie prosiłem o wymianę kogokolwiek”
Hamilton nie czekał długo z odpowiedzią. Zabrał głos w mediach społecznościowych. „Nigdy nie prosiłem o wymianę kogokolwiek w moim zespole. Wszyscy, z którymi pracuję, dają z siebie wszystko każdego dnia, a ich zaangażowanie pcha nas naprzód” — napisał wprost.
„Zawsze staram się wzmacniać ludzi i podnosić ich, by byli jak najlepszą wersją siebie albo przynajmniej widzieli w sobie to, co najlepsze. Może nie zawsze mi się to udaje, ale to moja intencja i po to tu jestem. Wszyscy pracujemy razem i tak będzie dalej”
Kierowca nie ukrywa jednak, że po rozczarowującym sezonie 2025 rzeczywiście przeorganizował swoje najbliższe zaplecze techniczne. To była jego własna decyzja, nie żądanie czystki w całym zespole. Hamilton postawił na zmianę inżyniera wyścigowego, bo współpraca z Riccardo Adamim go nie satysfakcjonowała. Od sezonu 2026 na tym stanowisku pracuje Carlo Santi, wspierany przez Cedrica Grosjeana, który dołączył do Ferrari z McLarena.
Na torze Hamilton wciąż czeka na przełom. W czerwcu przeżył jednak ważną chwilę — pierwsze zwycięstwo w barwach Ferrari, wywalczone w GP Katalonii dzięki strategii z trzema pit-stopami. W klasyfikacji generalnej sezonu traci wciąż 101 punktów do prowadzącego Andrei Kimiego Antonellego — i ten dystans tłumaczy przynajmniej część napięcia wokół jego tegorocznych startów.
Skąd u Maryli Rodowicz koszulka koszykarskiego klubu na koncercie w Wałbrzychu? Sprawa wyjaśnia się szybciej, niż można by przypuszczać – wszystko rozegrało się dosłownie chwilę przed wyjściem artystki na scenę.
Na koncercie w ramach Dni Wałbrzycha Rodowicz wystąpiła w koszulce Górnika Zamek Książ Wałbrzych. Wręczył jej ją osobiście kapitan drużyny, Dariusz Wyka. Spotkali się za kulisami, jeszcze zanim koncert się zaczął.
Artystka sama opisała to później na Instagramie. „Wałbrzych, przyszedł do mnie kapitan drużyny koszykarskiej Zamek Książ i podarował mi koszulkę kapitana, w której wyszłam na scenę. Był szał, była super atmosfera. Wałbrzych do zobaczenia!” – napisała.
Zdjęcia z tego wieczoru rozeszły się po sieci błyskawicznie.
Rodowicz i sport to nie przypadek
Ten epizod z koszykarską koszulką nie wziął się znikąd – piosenkarka od młodości ma ze sportem na pieńku, a właściwie na bieżni. Trenowała lekkoatletykę. W 1959 roku zdobyła brąz mistrzostw Polski młodzików w biegu na 80 metrów przez płotki, a tego samego roku sięgnęła po złoto w sztafecie 4×100 metrów.
Próbowała się też w jeździectwie. W latach 90. stanęła do zawodów aktorów i dziennikarzy w skokach przez przeszkody na Stadionie Dziesięciolecia. Wygrała. „W latach 90. startowałam w zawodach aktorów i dziennikarzy na Stadionie Dziesięciolecia i wygrałam. To były zawody w skokach przez przeszkody” – wspominała artystka.
Czy KSW rzeczywiście skompletowało komplet publiczności na sobotnią galę w Libercu, jak można wywnioskować z ich komunikatów? Ondrej Novotny, właściciel konkurencyjnego Oktagonu, twierdzi, że nie — i postanowił powiedzieć to głośno na kilka dni przed wydarzeniem.
W najbliższą sobotę KSW po raz kolejny zawita do Czech, tym razem do Liberca. Pierwotnie walką wieczoru miała być obrona pasa wagi ciężkiej przez Phila De Friesa. Brytyjczyk wypadł jednak z karty z powodu poważnej kontuzji, a jego miejsce w walce o tymczasowe mistrzostwo zajął Stefan Vojcak, który zmierzy się z Marcinem Wójcikiem. W co-main evencie, w wadze średniej, zobaczymy pojedynek Radosława Paczuskiego z Michałem Michalskim — Paczuski wraca po ostatniej porażce przez nokaut i będzie chciał odbudować pozycję w kategorii.
Na karcie znalazła się też walka piórkowa: Łukasz Charzewski zmierzy się z Josefem Stummerem, a zwycięzca ma szansę zostać oficjalnym pretendentem do pasa, który obecnie należy do Patryka Kaczmarczyka. Dyrektor sportowy KSW Wojsław Rysiewski nie dał jednak jasnej deklaracji w tej sprawie. Jego zdaniem to, czy Charzewski i Stummer zostaną nagrodzeni szansą tytułową, zależy od tego, jak emocjonujące widowisko zaoferują kibicom.
To właśnie na tle tej gali Novotny zdecydował się skrytykować konkurencję. Według niego KSW z dumą podaje, że hala wypełniona jest w 80 procentach, a jednocześnie rozdaje bilety za darmo. Szef Oktagonu ocenił też skalę wydarzenia dość surowo. „KSW ma tę halę ograniczoną, powiedziałbym, do około pięciu tysięcy osób” — stwierdził, dając do zrozumienia, że pojemność obiektu w Libercu wcale nie robi wrażenia.
Poszedł dalej. Sprzedaż biletów, jak twierdzi, wcale nie idzie tak gładko, jak można by wnioskować z oficjalnych komunikatów. „I kiedy patrzyłem, to jeszcze wczoraj zostały, wydaje mi się, setki biletów” — powiedział, sugerując, że tuż przed galą wciąż było sporo wolnych miejsc.
Polska karta walk w Czechach
Szef Oktagonu nie oszczędził też samej karty walk. Jego zdaniem lista pojedynków w Libercu jest „bardzo polska” — choć zastrzegł, że nie chce nazywać tego całkowitą rezygnacją z czeskich zawodników. Uszczypliwość wpisuje się w dłuższą historię wzajemnych przytyków między obiema organizacjami. Wcześniej to Martin Lewandowski krytykował Oktagon, na co Novotny regularnie odpowiadał krytyką wobec KSW.
Spór nie ogranicza się do słów. Oktagon zorganizował już swoje pierwsze wydarzenie w Polsce, a sam Novotny zapowiadał niedawno kolejne gale swojej organizacji na polskim rynku. Rywalizacja między czeskim Oktagonem a polskim KSW toczy się więc na kilku frontach naraz: karta walk, widownia, medialny rozgłos w obu krajach — wszystko naraz.
Ile czasu Iwo Baraniewski będzie potrzebował, by skończyć sprawę na UFC 331? Zdaniem Michaela Bispinga – mniej niż pięć minut.
Polak zmierzy się z Alonzo Menifieldem na nadchodzącej gali UFC 331. Baraniewski wciąż jest niepokonany w zawodowym MMA, a szanse obu zawodników przed starciem skomentował były mistrz UFC wagi średniej, Michael Bisping.
Bilans Polaka mówi sam za siebie. Każdą dotychczasową zawodową walkę wygrał przed czasem, a większość przeciwników nie doczekała nawet drugiej rundy. W UFC ten schemat powtórzył się już trzy razy – tyle wynosi jego bilans zwycięstw w organizacji, i za każdym razem kończyło się to nokautem w pierwszej rundzie. Kontrakt z UFC wywalczył na gali Dana White’s Contender Series – wystarczyło mu wtedy kilkadziesiąt sekund, by przypieczętować sprawę.
Bisping nie ma wątpliwości, że ten sam scenariusz może się powtórzyć na UFC 331. Były mistrz uważa, że starcie z Menifieldem długo nie potrwa – jego zdaniem rozstrzygnie się jeszcze przed upływem pierwszych pięciu minut.
Menifield ma słabość, którą Baraniewski może wykorzystać
38-letni Alonzo Menifield w karierze już kilka razy przegrywał przez nokaut. To właśnie ta historia zdaje się kluczowa dla prognozy Bispinga – stawia on na to, że Polak po raz kolejny pokaże, jak groźnym ciosem dysponuje.
Co sprawiło, że Aleksiej Sewostjanow na początku 2025 roku myślał o zakończeniu kariery, a dziś rozbija przeciwników na mistrzostwach Europy w Sofii? Odpowiedź jest brutalna: śmierć ciężarnej żony. Udało się wtedy uratować tylko córkę, a bokser został sam z dwójką dzieci.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej 35-letni Sewostjanow mówił zupełnie o czymś innym – marzyły mu się igrzyska olimpijskie w Los Angeles w 2028 roku. Urodził się w Kazachstanie, potem mieszkał w USA, zanim trafił do Polski, skąd wywodzą się jego przodkowie. Rok wcześniej wygrał memoriał Feliksa Stamma, a w 2026 roku odpadł w ćwierćfinale Pucharu Świata w Guiyangu.
W Sofii Sewostjanow wystąpił w kategorii do 90 kilogramów. Naprzeciw niego stanął Ukrainiec Bogdan Tołmaczow, który zawodowy debiut stoczył na gali zorganizowanej przez Ołeksandra Usyka. Stawką był awans do 1/8 finału mistrzostw Europy, a zwycięzca miał tam trafić na Anglika Isaaka Okoh. Wcześniej tego dnia, w porannej sesji na ringu B, swój pojedynek wygrał Polak Nikolas Pawlik. Starcie Sewostjanow-Tołmaczow komentowali dla TVP Sport Piotr Jagiełło i Maciej Miszkiń.
Cios, po którym Ukrainiec nie miał już nic do powiedzenia
Pierwszą rundę Polak wygrał wyraźnie, w stosunku 4:1. W drugiej odsłonie, już po 75 sekundach, Tołmaczow oberwał potężnym prawym ciosem w szczękę. To był cios tym bardziej znaczący, że Ukrainiec w całej karierze nie przegrał dotąd żadnej walki przez nokaut. Drugą rundę Sewostjanow wygrał już bezapelacyjnie, 5:0.
Jak młotem. Złapał i rypnął po korpusie
Tak jedno z uderzeń Polaka opisał w studiu TVP Sport komentator Piotr Jagiełło. Sędziowie nie mieli wątpliwości – Sewostjanow wygrał jednogłośnie 5:0, a noty brzmiały 30:27, 30:27, 29:28, 30:27 i 30:27.
Awans oznacza, że w niedzielę, w pierwszej sesji mistrzostw Europy, Sewostjanow zmierzy się z zapowiadanym wcześniej Isaakiem Okoh. To 23-letni pięściarz z Essex, niedawny triumfator Igrzysk Wspólnoty. Dla Polaka, który jeszcze niedawno rozważał odejście z ringu na dobre, będzie to kolejny krok na drodze, którą musiał odbudować od zera.
Hokejowy klasyk i pół wieku klubowej historii w jeden wieczór? W Tychach to możliwe. W piątek 18 września GKS Tychy zmierzy się z GKS Katowice w meczu TAURON Hokej Ligi, a po syrenie kibiców czeka jeszcze jedna niespodzianka.
Samo starcie ma swój ciężar gatunkowy. Tychy bronią tytułu mistrza Polski, Katowice wracają na lód jako wicemistrz kraju. Sezon 2025/2026 skończył się dosłownie kilka miesięcy temu – pamięć o tamtej walce o medale jest więc wciąż bardzo żywa u obu drużyn.
Nowy sezon obie ekipy rozpoczęły z przytupem. GKS Tychy rozniósł w inauguracji Podhale Nowy Targ 10:1 pod wodzą trenera Pekki Tirkkonena. Katowice odpowiedziały zwycięstwem 5:1 nad STS Sanok-Sokół. Takie otwarcie sezonu tylko podkręca apetyt przed piątkowym meczem.
Animacja na elewacji Stadionu Zimowego
Mecz to jednak dopiero pierwsza odsłona wieczoru. W 2026 roku GKS Tychy będzie świętował 55. rocznicę istnienia klubu i z tej okazji na elewacji Stadionu Zimowego pojawi się specjalna animacja. Zaplanowano cztery pokazy – w skróconej formie przypomną one najważniejsze momenty klubowej historii.
Miejsce wybrano nieprzypadkowo. Obraz wyświetli się na betonowym narożniku elewacji, przy zbiegu ulic de Gaulle’a i Wyszyńskiego – to ukłon w stronę Marka Dziekońskiego, projektanta Stadionu Zimowego. Pierwszy z czterech seansów ruszy około godziny 20:30.
Za całym przedsięwzięciem stoi Budżet Obywatelski miasta Tychy na 2026 rok. I to najlepiej pokazuje, że jubileusz klubu stał się sprawą nie tylko samego GKS-u, ale całego miasta.