12. minuta, stadion w Gdańsku. Artur Szach wykorzystuje pierwszą okazję i daje Lechii prowadzenie. Nikt jeszcze nie przypuszczał, że to dopiero przedsmak tego, co 21-letni pomocnik zafunduje kibicom – do przerwy dołoży jeszcze asystę, a po zmianie stron doda dwa kolejne trafienia.
Ostatecznie Lechia Gdańsk rozgromiła Stal Mielec 7:1 w meczu Betclic I ligi. Do przerwy gospodarze prowadzili 2:1. Po zmianie stron gdańszczanie zupełnie zdusili rywali, dokładając kolejne pięć goli.
Bohaterem wieczoru był Artur Szach. Ofensywny pomocnik Lechii zanotował hat-tricka, trafiając w 12., 49. i 63. minucie, a do tego zaliczył dwie asysty. Ten jeden mecz kompletnie odmienił jego sezonowy dorobek. Przed starciem ze Stalą miał na koncie trzy gole i asystę w pięciu spotkaniach – po sobotnim widowisku bilans wynosi już sześć trafień i trzy asysty.
Stal odpowiedziała jeszcze przed przerwą. W 28. minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego w polu karnym zrobiło się zamieszanie, a bramkarza Lechii Axela Holewińskiego pokonał Simeon Oure. To był jednak jedyny moment, w którym goście mogli poczuć grunt pod nogami. Tuż przed przerwą, w doliczonym czasie, Lechia odebrała im tę pewność – gola na 2:1 zdobył Samuel Kopasek w 45+2 minucie. Trafienie w dużej mierze było zasługą błędu bramkarza Stali Pawła Chrapusty, który fatalnie się ustawił i odsłonił bliższy słupek.
Druga połowa to festiwal strzelecki gospodarzy
Po powrocie z szatni Szach szybko dobił rywali, podwyższając na 3:1 w 49. minucie, a chwilę później, w 63. minucie, ustalił wynik na 4:1. Na tym Lechia nie zamierzała poprzestać. W 66. minucie popis dołożył Kevin Dodaj, trafiając na 5:1 bajecznym uderzeniem w okienko. Dziesięć minut później, w 76. minucie, do listy strzelców wpisał się Vladislav Blanuta – dla niego było to premierowe trafienie na polskich boiskach. Kropkę nad i postawił Bakary Sonko, ustalając wynik na 7:1 w doliczonym czasie gry, w 90+1 minucie.
Trenerem Stali Mielec jest Damian Skiba. W Gdańsku jego zespół nie miał żadnych argumentów, by powstrzymać rozpędzoną drużynę Władysława Łupaszki.
Lechia w podstawowym składzie wystawiła Axela Holewińskiego, Samuela Kopaska, Kacpra Łopatę, Danyłę Beskorowajnego, Danyłę Małowa, Tomasza Wójtowicza, Christo Iwanowa, Tomasza Neugebauera, Artura Szacha, Kevina Dodaja oraz Vladislava Blanutę. Po stronie gości na boisku pojawili się Piotr Chrapusta, Bartłomiej Kukułowicz, Michael Wyparło, Hubert Matynia, Krystian Getinger, Paweł Kruszelnicki, Kamil Kościelny, Fryderyk Gerbowski, Maciej Domański, Simeon Oure i Kamil Odolak.
Żółte kartki w tym spotkaniu obejrzeli Szach i Neugebauer z Lechii oraz Wyparło, Matynia i Niedźwiedź ze Stali. Mecz sędziował Tomasz Marciniak z Płocka.
Jiri Lehecka padł na kolana po ostatniej piłce. Ben Shelton, wciąż z posmakiem finału US Open na ustach, chował tymczasem rakietę do torby po porażce 4:6, 4:6. Tak w piątek 18 września zaczęła się jedna z czterech par otwierających kwalifikacje do finałów Pucharu Davisa.
Stawka jest prosta. Do broniących tytułu Włochów, którzy jako gospodarze turnieju finałowego w Bolonii mają zapewnione miejsce bez gry, dołączy siedmiu rywali wyłonionych właśnie z wrześniowych kwalifikacji. Z pierwszej rundy zwolniona jest tylko Hiszpania — jako ubiegłoroczny finalista dostała najwyższe rozstawienie i wolny los, a w sobotę 19 września zagra z Chile.
Shelton bez rewanżu, remis z Czechami
W starciu USA z Czechami to Lehecka postawił się gwieździe amerykańskiego tenisa, wygrywając 4:6, 4:6 z Sheltonem. Amerykanie odpowiedzieli błyskawicznie — Learner Tien rozprawił się z Jakubem Mensikiem 6:2, 6:4, więc po dwóch pojedynkach na tablicy widniał remis 1:1.
Zdecydowanie mniej emocji było w Kanadzie, gdzie gospodarze wyszli na prowadzenie 2:0 z Francją. Liam Draxl, zawodnik plasujący się dopiero na początku trzeciej setki rankingu ATP, ograł 32. rakietę świata Arthura Rinderknecha 6:2, 7:5. Chwilę później Felix Auger-Aliassime dołożył zwycięstwo 7:6(5), 4:6, 6:3 nad Quentinem Halysem i przypieczętował dwupunktową przewagę Kanadyjczyków.
Pewnym krokiem w stronę awansu idzie też Korea Południowa, prowadząca z Indiami 2:0. Soonwoo Kwon pokonał Dhakshineswara Suresha 3:6, 6:3, 6:4, a Hyeon Chung dorzucił drugi punkt — odrobił stratę seta w meczu z Sumitem Nagalem i wygrał 2:6, 6:4, 7:5.
Najbardziej wyrównana okazała się rywalizacja Austrii z Belgią. Po dwóch singlach jest 1:1. Jurij Rodionov nie dał szans Gauthierowi Onclinowi, wygrywając 6:4, 6:1. W rewanżu Lukas Neumayer prowadził po pierwszym secie z Zizou Bergsem, ale ostatecznie przegrał 6:2, 4:6, 2:6 — Austria nie zdołała więc podwyższyć prowadzenia.
Kwalifikacje potrwają do niedzieli 20 września. Do rozstrzygnięcia pozostają zarówno niedzielne rewanże singlowe, jak i decydujące gry deblowe w parach, w których na razie jest remis.
Zaledwie pięć godzin po opuszczeniu kortu Martyna Kubka musiała na niego wrócić – tym razem na półfinał debla. Wcześniej przyszło jej jednak przełknąć gorycz porażki w singlu: turniej ITF W75 w Le Neubourg, jej pierwszy start po kwalifikacjach do US Open, skończył się na ćwierćfinale.
W Nowym Jorku Polka odpadła dopiero w decydującej rundzie kwalifikacji, co budziło nadzieje na udany występ we Francji. W Le Neubourg była rozstawiona z numerem 2. i wymieniano ją wśród faworytek do końcowego triumfu. Rzeczywistość zweryfikowała te oczekiwania – w ćwierćfinale singla Kubka przegrała z Manon Leonard 3:6, 3:6. Oficjalny zapis meczu, w którym Francuzka figurowała jako ósma rozstawiona, brzmiał: Leonard (8) – Kubka (2) 6:3, 6:3.
Pierwszy set nie zapowiadał jeszcze dramatu, choć już od pierwszych gemów to Leonard narzucała tempo. Francuzka jako pierwsza przełamała serwis rywalki i wyszła na prowadzenie 2:1. Kubka traciła kolejne gemy przy własnym podaniu, a w dziewiątym gemie padło czwarte przełamanie, które przypieczętowało stratę partii. Drugi set długo dawał nadzieję na odwrócenie losów meczu – Polka broniła się zaciekle i przy swoim serwisie odparła dwie piłki meczowe. Ostatecznie jednak i tę partię, a wraz z nią cały pojedynek, zabrała Leonard.
Deblowy rewanż tego samego dnia
Rozczarowanie w singlu nie odebrało Kubce energii na deblowy półfinał. Razem z Czeszką Anną Siskovą, z którą tworzy najwyżej rozstawioną parę turnieju, pokonała Fionę Crawley i Carson Tanguilig 6:3, 6:1. Amerykanki zaczęły lepiej i po dwóch gemach prowadziły 2:0, ale ta przewaga szybko się rozpłynęła – Kubka i Siskova odpowiedziały serią pięciu wygranych gemów z rzędu. W drugim secie rywalki jeszcze próbowały wrócić do gry, lecz w piątym gemie zmarnowały aż cztery break pointy, co ostatecznie przesądziło sprawę.
W sobotę Kubka i Siskova zagrają o wspólny tytuł – naprzeciwko staną Naiktha Bains i Sahaja Yamalapalli. Dla polsko-czeskiego duetu byłby to pierwszy wspólny triumf w karierze.
W fabryce w Enstone, gdzie niemal dwie dekady temu stawiał pierwsze kroki jako główny aerodynamik, Mike Elliott znów zasiądzie za biurkiem – tym razem jako dyrektor techniczny Alpine. To właśnie tu, w latach 2008-2012, budował swoją pozycję w zespole, zanim ruszył w podróż przez najważniejsze garaże Formuły 1.
Nowa funkcja oznacza dla Elliotta pełną odpowiedzialność za działy techniczny i inżynieryjny zespołu – to on obejmie nad nimi bezpośredni nadzór w Enstone. Powrót ten to nie tylko kwestia adresu. To powrót do korzeni kariery, która od tamtej pory znacznie się rozrosła.
Elliott ma za sobą 23 lata w Formule 1. Po Enstone pracował kolejno dla Renault, McLarena i Mercedesa, poznając od środka zespoły o zupełnie różnej kulturze technicznej. W Mercedesie doszedł do stanowiska dyrektora technicznego – to inżynier, który ma za sobą lata na najwyższym szczeblu decyzyjnym w stawce.
Cel: doganianie czołówki
Dla Alpine sprowadzenie inżyniera z takim CV to element szerszego planu. Zespół liczy, że lepsze osiągi na torze pozwolą zmniejszyć dystans do czterech czołowych ekip stawki. Powierzenie Elliottowi nadzoru nad kluczowymi działami technicznymi ma być jednym z filarów tej strategii.
W siedzibie klubu podpisano dokument, który na najbliższe lata zmienia nazwę śląskiej drużyny. Zespół koszykarski GTK Gliwice pozyskał nowego sponsora tytularnego – firmę Euvic. Od tej pory drużyna będzie występować w Polskiej Lidze Koszykówki pod nazwą Euvic GTK Gliwice.
Umowę z nowym sponsorem podpisano na trzy kolejne sezony. I nie jest to przypadkowy wybór horyzontu czasowego. Euvic to firma z Gliwic, która postawiła na lokalną markę i zdecydowała się pomóc GTK w rywalizacji z najlepszymi zespołami w kraju.
Prezes klubu Stanisław Mazanek nie krył zadowolenia z długofalowego charakteru porozumienia. „Dzięki trzyletniej umowie z Euvic możemy myśleć nie tylko o bieżącej rywalizacji sportowej, ale też o realnym skoku jakościowym całego klubu, od akademii po struktury organizacyjne” – powiedział. Dodał również, że połączenie dwóch gliwickich marek wyjdzie na dobre całemu lokalnemu środowisku koszykarskiemu.
Decydując się na trzyletnią umowę, świadomie stawiamy na stabilność i długofalowe budowanie relacji, a nie na jednorazowy gest marketingowy
Tak decyzję o wejściu w rolę sponsora tytularnego podsumował prezes zarządu Euvic S.A. Wojciech Wolny. W klubie poszli o krok dalej – podpisanie umowy nazwano tam jednym z najważniejszych dni w ostatnich latach historii GTK.
Jubileuszowy sezon i derby na start
Nowa umowa zbiega się w czasie z symboliczną datą w historii klubu. Sezon 2026/2027 będzie dla drużyny dziesiątym, jubileuszowym sezonem występów w Polskiej Lidze Koszykówki. Zespołem wciąż kieruje trener Nebojsa Vidić. Przed nim zadanie przełamania klubowej passy – GTK Gliwice nigdy wcześniej nie awansowało do fazy play-off PLK.
Nowy rozdział pod szyldem Euvic GTK zacznie się od razu w gorącej atmosferze. Sezon 2026/2027 drużyna zainauguruje w niedzielę, 4 października, o godzinie 12:30. Rywalem na hali PreZero Arena Gliwice będzie MKS Dąbrowa Górnicza, a spotkanie zapowiada się jako prawdziwe derby województwa śląskiego.
Paryska Accor Arena huczała, gdy Salahdine Parnasse wychodził do klatki na swój debiut w UFC. Były podwójny mistrz KSW miał do rozegrania walkę wieczoru przeciwko Danowi Hookerowi z Nowej Zelandii — zawodnikowi, który w karierze mierzył się już z Dustinem Poirierem, Islamem Makhachevem, Michaelem Chandlerem i Justinem Gaethjem. I wystarczyło 2 minuty i 35 sekund pierwszej rundy, by sędzia przerwał starcie. Parnasse skutecznie atakował korpus rywala, a jedno z kopnięć wyraźnie naruszyło Hookera i przesądziło o losach pojedynku.
Po zwycięstwie Francuz nie krył ambicji. Zapowiedział, że interesują go już starcia z największymi nazwiskami dywizji, wymieniając między innymi Maxa Hollowaya.
Wynik tej walki z bliska śledził ktoś, kto zna możliwości Parnasse’a lepiej niż większość kibiców zgromadzonych w hali. Adrian Bartosiński, mistrz kategorii półśredniej KSW, oglądał debiut Francuza wprost z trybun Accor Areny. Swoimi wrażeniami podzielił się w rozmowie z Michałem Tuszyńskim.
Bartosiński przyznał, że sam wynik pojedynku go nie zaskoczył. Nie spodziewał się jednak, że Parnasse rozprawi się z Hookerem aż tak szybko i tak łatwo.
Rewanż, którego nie było
Historia obu zawodników sięga grudnia 2023 roku, kiedy spotkali się w klatce na gali KSW 89 w Gliwicach. Parnasse przystępował wtedy do walki jako mistrz KSW w kategorii piórkowej i lekkiej, próbując sięgnąć po trzeci pas organizacji — tym razem w limicie wagi półśredniej. Plan pokrzyżował mu właśnie Bartosiński. Po pięciu rundach wygrał jednogłośną decyzją sędziów i zatrzymał Francuza w drodze po historyczny potrójny mistrzowski tytuł.
W Paryżu role się odwróciły — tym razem to Bartosiński siedział po stronie kibiców, nie rywali. Francuscy fani rozpoznawali go na trybunach i prosili o wspólne zdjęcia. Pamiętali dobrze, że to on jako jedyny zdołał zatrzymać Parnasse’a na drodze po kolejny pas KSW.
Mała kuchenka, ustawiona tuż przy hotelowej umywalce. Nad nią pochyla się Alexandre Pantoja, mistrz UFC wagi muszej, i sam przygotowuje sobie posiłek – dokładnie tak, jak widać na nagraniu opublikowanym przez organizację. Właśnie w takich, dość surowych warunkach Brazylijczyk szykuje się do jednego z najważniejszych pojedynków w swojej karierze.
Pantoja i Joshua Van staną naprzeciw siebie po raz drugi. Pierwsze starcie odbyło się na gali UFC 323, gdzie Brazylijczyk bronił pasa mistrzowskiego kategorii muszej. Walka skończyła się błyskawicznie – trwała zaledwie kilkadziesiąt sekund. Wystarczyło to jednak, by Pantoja doznał poważnego urazu ręki i nie mógł kontynuować pojedynku. W ten sposób to Van sięgnął po tytuł mistrza UFC w limicie muszej.
Teraz obaj dostaną szansę, by rozstrzygnąć sprawę od nowa. Przygotowania Pantoji do rewanżu wyglądają jednak nietypowo, przynajmniej jeśli chodzi o dietę. UFC zapewnia zawodnikom w tygodniu walki gotowy plan żywieniowy, ale Brazylijczyk otwarcie przyznaje, że bardziej ceni jedzenie przygotowane przez żonę.
„UFC przygotowuje dla nas całą dietę, ale ja wolę jedzenie od mojej żony, bo karmi moją duszę i czuję się przy nim komfortowo” – powiedział Pantoja.
Kuchenka zamiast hotelowej restauracji
Stąd ta mała kuchenka obok umywalki w hotelowej łazience. Prowizoryczne stanowisko, na którym mistrz gotuje po swojemu, zamiast polegać wyłącznie na tym, co oferuje organizacja. Dla Pantoji to nie żaden kaprys, lecz część rutyny, która ma pomóc mu odzyskać pas stracony przez kontuzję sprzed zaledwie kilkudziesięciu sekund walki z Vanem.
Pierwsza runda, a karty sędziowskie spływają jedna po drugiej w tę samą stronę: 5:0. Wątpliwości nie ma nawet arbiter z Afganistanu, zasiadający tego wieczoru przy ringu w Sofii. Bartłomiej Rośkowicz od pierwszych sekund narzuca własny rytm walki z Białorusinem Aliaksandrem Radzionau i buduje przewagę tak wyraźną, że w tej kategorii wagowej rzadko się ją widuje.
Mowa o pojedynku w kategorii do 65 kg, rozegranym w rundzie 1/16 finału mistrzostw Europy. Dla polskiego pięściarstwa czwartek w Sofii zaczął się zresztą znakomicie jeszcze przed tą walką – jednogłośnie wygrali Nikolas Pawlik, Aleksej Sewostjanow i Damian Durkacz. Ten ostatni pojawił się w drabince nieprzypadkowo – wiosną triumfował w Pucharze Świata w Brazylii.
Walka Rośkowicza miała jednak dodatkowy, polityczny wymiar. Na mistrzostwach Europy organizowanych przez World Boxing/European Boxing w Sofii po raz pierwszy od dawna wystąpili bokserzy z Rosji i Białorusi pod własną flagą. Radzionau, 26-latek z Bobrujska, to jeden z nich. Pięć lat temu reprezentował Białoruś na igrzyskach w Tokio, gdzie wygrał jedną walkę, zanim przegrał z Anglikiem Patem McCormackiem – późniejszym wicemistrzem olimpijskim. Od tamtej pory większych sukcesów już nie odnosił, także podczas zeszłorocznych mistrzostw świata federacji IBA w Dubaju.
W drugiej rundzie obraz nieco się skomplikował. Cztery karty sędziowskie wciąż wskazywały na Polaka, 20:18, ale sędzia z Nepalu przyznał tę część pojedynku Białorusinowi. Ciekawostka na marginesie: choć to mistrzostwa kontynentu, cała szóstka arbitrów przy ringu przyjechała z zupełnie innych części świata.
Jednogłośnie do 1/8 finału
Ostatecznie ta chwilowa różnica zdań niczego nie zmieniła. Rośkowicz wygrał całą walkę jednogłośnie, 5:0. Sędziowie punktowali starcie kartami 30:27, 30:27, 29:28 i 30:27, a bilans wygranych rund wyniósł 5:0, 4:1, 5:0.
Dzięki temu Polak awansował do 1/8 finału, gdzie w niedzielę zmierzy się z Hiszpanem Oierem Ibarretxe, uczestnikiem igrzysk olimpijskich w Paryżu. Tego samego dnia na macie w Sofii pojawi się też Igor Rondoś – w kategorii do 85 kg zaczyna rywalizację od razu od rundy 1/8 finału.
Dziewiąta minuta, gra w przewadze. Kalle Valtola przymierza ostro i otwiera wynik meczu – i od tej chwili derbowe starcie w Oświęcimiu toczy się już wyłącznie po myśli gospodarzy. Unia Oświęcim rozbiła na własnym lodzie Comarch Cracovię 7:2 w meczu 2. kolejki TAURON Hokej Ligi. To było pierwsze zwycięstwo biało-niebieskich w sezonie 2026/2027.
Całe spotkanie napędzał fińsko-polski duet. Erik Ahopelto zdobył dwie bramki, tyle samo dołożył Jakub Lewandowski, a Kalle Valtola do własnego gola dopisał jeszcze cztery asysty. Trener Unii Markus Juurikkala musiał radzić sobie bez pięciu zawodników – Samiego Aittokallio, Bartosza Florczaka, Adriana Ziobra, Rihardsa Marenisa i Jere Jokinena wyeliminowały urazy dolnych partii ciała. Cracovia też grała w osłabieniu, bez Mateusza Bezwińskiego, Jakuba Michalskiego i Patryka Wajdy – opaskę kapitańską w ich zastępstwie przejął Damian Kapica.
Goście nie zamierzali się poddawać bez walki. Już w 16. minucie Aleksandr Szkrabow wyrównał na 1:1. Radość z remisu trwała jednak krótko – jeszcze w pierwszej tercji, w 18. minucie, Otto Nieminen oddał prowadzenie Unii, ustalając wynik na 2:1. W 25. minucie Dominik Nahunko podwyższył na 3:1, a osiem minut przed końcem środkowej tercji popisał się Ahopelto – jego strzał z lewego bulika trafił w okienko po odbiciu od słupka i dał Unii gola na 4:1.
Ten cios był na tyle bolesny, że sztab szkoleniowy Cracovii zdecydował się na zmianę bramkarza – Santeriego Lipiäinena zastąpił Alex Horawski. Po pierwszej przerwie tablica wyników pokazywała 4:1 dla gospodarzy, a to, co wydarzyło się w trzeciej tercji, było już czystą formalnością.
Trzecia tercja bez litości
Jakub Lewandowski w 44. minucie wykorzystał sytuację sam na sam z bramkarzem, podwyższając na 5:1. Siedem minut później Erik Ahopelto skompletował dublet, trafiając na 6:1. Kropkę nad „i” postawił ponownie Lewandowski, który w 57. minucie ustalił wynik na 7:1. Cracovia zdołała jeszcze zdobyć gola honorowego – w końcówce meczu, przy grze w przewadze, trafił Borys Dawid, ustalając ostateczny rezultat na 7:2.
Statystyki nie pozostawiają wątpliwości, kto dyktował warunki. Unia oddała 40 strzałów, Cracovia tylko 20. W kartach kar zapisano 8 minut dla gospodarzy i 10 dla gości. Mecz, który na trybunach obejrzało 1750 widzów, poprowadzili sędziowie główni Bartosz Kaczmarek i Wojciech Czech oraz liniowi Michał Żak i Michał Kret. Przy ławkach trenerskich stanęli Markus Juurikkala po stronie Unii i Krystian Dziubiński po stronie Cracovii.
Szósta minuta piątkowego meczu w Barcelonie. Federico Redondo idzie do szatni przed czasem. Elche traci zawodnika po tak wczesnym faulu, że część kibiców pewnie jeszcze szukała swoich miejsc na trybunach. Espanyol dostaje więc w prezencie niemal cały mecz gry w przewadze liczebnej. Efekt? Przegrywa 1:3.
Dla przyjezdnych spotkanie 7. kolejki La Liga, rozgrywanej od piątku do niedzieli, zaczęło się fatalnie – czerwona kartka dla Redondo zapowiadała prawdziwą katastrofę. Stało się jednak inaczej. Elche, grając w dziesiątkę praktycznie od pierwszego gwizdka, zaczęło strzelać gole.
Dwa gole Nino i szok gospodarzy
Nino wykorzystał osłabienie rywala w sposób, jakiego nikt się nie spodziewał. Napastnik trafił w 26. i 29. minucie, budując dla Elche prowadzenie 0:2. Espanyol, choć miał na boisku przewagę jednego zawodnika, do przerwy dał się zaskoczyć dwa razy i schodził do szatni z wynikiem 0:2 na tablicy.
Po przerwie gospodarze w końcu zaczęli naciskać. Kontaktowego gola złapali dopiero w 72. minucie, i to za sprawą pomyłki rywala – Victor Chust skierował piłkę do własnej bramki, dając Espanyolowi trafienie na 1:2.
Nadzieja na odrobienie strat nie potrwała długo. Sześć minut później, w 78. minucie, German Valera przypieczętował zwycięstwo Elche, ustalając ostateczny wynik na 1:3.
Dla Elche to efektowna riposta po poprzedniej kolejce. Kilka dni wcześniej zespół przegrał pechowo z Realem Madryt, tracąc decydującego gola na 2:3 dopiero w doliczonym czasie gry. Tym razem, mimo gry w osłabieniu niemal od pierwszego gwizdka, to właśnie rywale Realu wyszli z Barcelony z kompletem punktów.