Lyon prowadził już 2:0 z Rennes, mecz wchodził w 36. minutę spotkania 5. kolejki Ligue 1, kiedy sędzia Mathieu Vernice nagle przerwał grę i kazał piłkarzom zejść do szatni. Powód? Wulgarny transparent, jaki kibice Lyonu wywiesili pod adresem AS Saint-Etienne.
Napięcie na trybunach narastało zresztą już wcześniej. Gospodarze skandowali wulgarne przyśpiewki, a spiker stadionowy dwa razy prosił o zdjęcie transparentu — bez skutku. W końcu sprawą zainteresował się delegat meczu i to jego alarm skłonił Vernice’a do odesłania zawodników z boiska.
Piłkarze Rennes zeszli z murawy bez dyskusji. Inaczej zachowali się gracze Lyonu — ci, prowadzeni przez trenera Paulo Fonsecę, zostali na boisku. Sam Fonseca, razem z Corentinem Tolisso, podszedł pod sektor kibiców, próbując uspokoić sytuację. Do rozmów dołączyli też działacze klubu Matthieu Louis-Jean i Michael Gerlinger, którzy chcieli dowiedzieć się, co właściwie wywołało całe zamieszanie.
Mecz wznowiono po kwadransie
Interwencja poskutkowała — sporny baner zniknął z trybun dość szybko. Po piętnastu minutach przerwy zawodnicy wrócili na murawę i dograli pierwszą połowę bez kolejnych goli. Ostatecznie Olympique wygrał to spotkanie z Rennes 4:0.
Górnik Zabrze wciąż jest liderem PKO Ekstraklasy po 9. kolejce, choć w Lublinie zostawił dwa punkty. Drużyna Michala Gasparika zremisowała na wyjeździe z Motorem Lublin 0:0. To i tak wystarczyło do utrzymania pierwszego miejsca – zabrzanie mają na koncie 22 punkty, a najbliższy rywal wciąż nie depcze im po piętach.
Na drugim biegunie tabeli obraz jest zupełnie inny. Raków Częstochowa przegrał na wyjeździe z Koroną Kielce 2:3 i grzęźnie w kryzysie, z którego na razie nie widać wyjścia. Zespół Tomasza Kaczmarka ma po dziewięciu meczach zaledwie 3 punkty i zamyka stawkę na 18. miejscu.
Spotkanie w Kielcach nie brakowało dramaturgii. Główną postacią wieczoru okazał się Mariusz Stępiński – dwa razy nie pomylił się z jedenastego metra, w 20. i 62. minucie. Pomiędzy jego trafieniami, w 33. minucie, do siatki trafił jeszcze Camilo Mena, budując Koronie wygodną przewagę. Raków próbował gonić wynik – najpierw Lamine Diaby-Fadiga w 58. minucie, potem Bogdan Mircetić w 82. – ale to nie wystarczyło, by odwrócić losy meczu. Po tym zwycięstwie Korona Kielce wskoczyła na 6. miejsce z dorobkiem 15 punktów.
Katowice górą w bramkostrzelnym widowisku
Bramek nie zabrakło też w Katowicach, gdzie miejscowy GKS pokonał Cracovię 3:2. Gospodarze zaraz po przerwie musieli gonić wynik – w 46. minucie trafił Martin Minczew. Odpowiedzieli jednak Bartoszem Nowakiem, który wykorzystał rzut karny w 54. minucie, a osiem minut później na listę strzelców wpisał się Mateusz Wdowiak. Sayfallah Ltaief w 72. minucie znów przybliżył Cracovię do remisu, ale ostatnie słowo należało do Ilji Szkurina – w doliczonym czasie, w 90. minucie, przypieczętował on zwycięstwo katowiczan. Ta porażka trzyma Cracovię w środku stawki: 8 punktów i 13. miejsce po dziewięciu kolejkach.
Czołówka tabeli jest mocno ściśnięta. Zaraz za Górnikiem Zabrze plasuje się Wisła Kraków – 17 punktów po 9 kolejkach i 2. miejsce. O oczko niżej, na 3. pozycji, jest Legia Warszawa z 16 punktami, choć rozegrała dopiero 8 spotkań. Czwarte miejsce zajmuje Lech Poznań, również z 16 punktami, ale przy zaledwie 7 rozegranych kolejkach. Oba te kluby mają jeszcze zaległy mecz w zanadrzu i realnie mogą namieszać w tabeli, zagrażając pozycji lidera z Zabrza.
W poniedziałek 21 września rusza główna drabinka Singapore Tennis Open i od razu widać w niej nazwisko Mai Chwalińskiej. Polka dostała piątkę rozstawienia, ale na spokojny start liczyć nie może – wolnego losu nie ma, więc już pierwsza runda przynosi jej prawdziwego rywala.
Naprzeciw Chwalińskiej stanie Słowaczka Rebecca Sramkova, która do stawki weszła dzięki dzikiej karcie. Stawka tego pojedynku jest jasna: zwyciężczyni zagra z Amerykanką Vivian Wolff albo Ukrainką Oleksandrą Olijnikową. Gdyby Polce udało się pokonać i tę przeszkodę, w ćwierćfinale czekałaby ją rozstawiona z czwórką Belgijka Elise Mertens albo Czeszka Barbora Krejcikova. Z Krejcikovą Chwalińska może się zresztą spotkać nie tylko w singlu – obie zgłosiły wspólny start w deblu tego turnieju. Cała ta ścieżka rozgrywana jest w górnej połówce drabinki, tam gdzie wylosowano Polkę.
Andriejewa bez przeszkód na starcie, w jej ćwiartce Fernandez i Kasatkina
Najwyżej rozstawioną zawodniczką całej imprezy jest Rosjanka Mirra Andriejewa – numer jeden na liście. To ona dostała wolny los na otwarcie. W jej części drabinki czają się groźne nazwiska: rozstawiona szóstką Kanadyjka Leylah Fernandez, Australijka Daria Kasatkina i Amerykanka Alycia Parks.
Drugą rakietą turnieju, z numerem 2, jest Amanda Anisimova. Podobnie jak Andriejewa, ominie pierwszą rundę dzięki wolnemu losowi. Obok niej w drabince figuruje rozstawiona siódemką Greczynka Maria Sakkari. Na tej samej ścieżce mogą jeszcze pojawić się Francuzki Fiona Ferro i Kristina Mladenović oraz Australijka Talia Gibson.
Trzecią ćwiartkę otwiera Filipinka Alexandra Eala z numerem trzecim – ona też trafiła do grona czterech zawodniczek zwolnionych z gry w pierwszej rundzie. Towarzyszą jej Chorwatka Donna Vekić (rozstawiona z ósemką), Chinka Xinyu Wang i Belgijka Sofia Costoulas.
Turniej w Singapurze potrwa do niedzieli 27 września. To impreza kategorii WTA 500 rozgrywana na twardych kortach pod dachem, a pula nagród sięga 1,206 mln dolarów. Zwyciężczyni singla odbierze czek na 185,5 tys. dolarów i 500 punktów do rankingu WTA.
Formuła 1 miała pierwotnie ruszyć w Baku w niedzielę, 27 września. Taki przynajmniej był plan, zanim organizatorzy wystąpili o korektę terminarza. Ostatecznie GP Azerbejdżanu 2026 odbędzie się dzień wcześniej – w sobotę, 26 września.
Powód nie ma nic wspólnego ani z torem, ani ze sportem. 27 września w Azerbejdżanie przypada Dzień Pamięci – dzień żałoby narodowej. Tego dnia kraj wspomina żołnierzy i ofiary II wojny o Górski Karabach, znanej też jako Wojna Ojczyźniana. F1 potwierdziła, że kalendarz zmieniono na wniosek azerbejdżańskiego promotora oraz odpowiednich instytucji rządowych.
Konflikt, do którego odnosi się ta data, wybuchł 27 września 2020 roku w spornym regionie między Azerbejdżanem a Armenią. Trwał 44 dni i zakończył się zwycięstwem Azerbejdżanu, co z kolei wywołało falę protestów antyrządowych w Armenii. Według danych rządu w Baku w walkach zginęło 2 783 azerbejdżańskich żołnierzy. Rocznica tych wydarzeń waży dla kraju na tyle mocno, że organizatorzy woleli nie zderzać jej z terminem wyścigu.
Zmiana daty pociągnęła za sobą przesunięcie całego weekendu. Kierowcy spotkają się na tradycyjnych briefingach medialnych już w środę, a nie – jak zwykle – w czwartek. Pierwszy i drugi trening odbędzie się w czwartek, piątek zajmą trzeci trening i kwalifikacje. Sam wyścig – w sobotę – zostanie rozegrany na dystansie 51 okrążeń.
Baku wypada w kalendarzu tuż po GP Hiszpanii, gdzie triumfował Andrea Kimi Antonelli. Sezon liczy 23 wyścigi, a po hiszpańskiej rundzie zespoły mają za sobą już 14 z nich.
Sobota to nie taka nowość, jak się wydaje
Wyścigi w sobotę wcale nie są dla Formuły 1 czymś obcym, choć dziś kojarzą się z wyjątkiem od reguły. Już inauguracyjne GP Wielkiej Brytanii w 1950 roku na torze Silverstone odbyło się właśnie w sobotę. Brytyjska runda trzymała się tego formatu aż do 1975 roku. Podobnie było z Indianapolis 500 – wyścig figurował w kalendarzu F1 w latach 1950–1960 i tradycyjnie rozgrywano go 30 maja, a gdy data wypadała w niedzielę, ściganie przesuwano na dzień później.
Później niedziela na dobre zadomowiła się jako standard wyścigów Grand Prix. Ostatnim wyjątkiem przed nową erą było GP RPA w 1985 roku, rozegrane w sobotę. Do sobotniego formatu wrócono dopiero przy GP Las Vegas, obecnym w kalendarzu od 2023 roku – tam wyścig startuje późnym wieczorem czasu lokalnego, więc w Europie ogląda się go w niedzielę nad ranem. Zdarzały się już zresztą przesunięcia z powodów pozasportowych: w 2024 roku Bahrajn i Arabia Saudyjska rozegrały swoje rundy w sobotę z uwagi na początek ramadanu.
W piątek Kuba Piśla podpisał kontrakt z Legią Warszawa. 22-letni rozgrywający związał się z klubem na krótko – to umowa na trzy miesiące – i tym samym odłożył na razie plany wyjazdu do NCAA.
„Mam świadomość, że wskakuję na głęboką wodę, ale tego potrzebowałem” – przyznał Piśla w rozmowie z serwisem „Z Krainy NBA”. Decyzja dojrzewała jakiś czas. „Wspólnie z agentem stwierdziliśmy, że nie możemy już dłużej czekać” – dodał koszykarz.
Marzenia o grze na zagranicznym uniwersytecie nie trafiły jednak do szuflady. Piśla zapowiada, że spróbuje wyjechać za ocean na drugi semestr. „Na wiosnę też może nie wyjdzie z wyjazdem i finalnie zostanę w Legii do końca sezonu. Każdy scenariusz jest możliwy. Zobaczymy, jak to się skończy” – mówił otwarcie.
O podpis młodego rozgrywającego zabiegały też inne kluby – obok Legii o Piślę walczyły Arriva Lotto Twarde Pierniki Toruń oraz Śląsk Wrocław. O wyborze stołecznego klubu przesądziły ostatecznie dwie rzeczy: udział Legii w Koszykarskiej Lidze Mistrzów (BCL) i konkretny plan gry, jaki przedstawił mu trener Heiko Rannula.
„Absolutny no-brainer”
„W Legii dochodzi gra w BCL, co zawsze jest super dodatkiem. Rozmowa z trenerem Heiko Rannulą też była bardzo dobra, przedstawił mi konkretny plan na mnie. Jestem zdania, że ze wszystkich opcji, które miałem na stole, to był absolutny no-brainer” – tłumaczył Piśla swój wybór.
Legia to obecnie mistrz Polski, broniący tytułu i mierzący się z zadaniem zdobycia trzeciego mistrzostwa z rzędu. Klub gra na dwóch frontach jednocześnie – w krajowej lidze i w Basketball Champions League. Dla młodego zawodnika liczy się przede wszystkim jedno: gwarancja minut. „Fakt, że Legia gra na dwóch frontach, oznacza ogromną liczbę meczów. Będzie szansa na minuty i udowodnienie swojej wartości” – ocenił.
Do Legii Piśla trafia w dobrej formie. Ma za sobą życiowy sezon w Polskiej Lidze Koszykówki, w trakcie którego zadebiutował też w seniorskiej reprezentacji Polski.
19:00, hala w Libercu, transmisja na żywo w Canal+ – tak zaczęła się gala KSW 121: Vojcak vs. Wójcik. To właśnie to czeskie miasto przyjęło kolejną odsłonę cyklu organizacji. Dwie pierwsze walki karty wstępnej dało się obejrzeć za darmo na YouTube KSW, dopiero potem wieczór przeniósł się na płatną platformę.
Głównym punktem wieczoru było starcie o tymczasowy pas mistrzowski w kategorii 120,2 kg – Stefan Vojcak (10-2) kontra Marcin Wójcik (22-11). To właśnie ten pojedynek dał tytuł całej gali, i słusznie: obaj zawodnicy wchodzili do klatki z bilansem, który stawia ich wśród liczących się nazwisk w wadze ciężkiej.
Karta główna
Na karcie głównej nie zabrakło doświadczonych zawodników. W kategorii 83,9 kg naprzeciw siebie stanęli Michał Michalski (14-6) i Radosław Paczuski (8-3). W wadze 70,3 kg do klatki weszli Leo Brichta (14-7) oraz Kacper Formela (20-6). Kategorię 77,1 kg reprezentowali Muslim Tulshaev (14-4) i Kacper Koziorzębski (14-6). W limicie 65,8 kg rywalizowali z kolei Łukasz Charzewski (15-3) i Josef Stummer (7-2).
Nie zabrakło też walki kobiet. W kategorii 61,2 kg zmierzyły się Hanka Gelnarova (1-0) i Małgorzata Popowicz (0-0) – dla tej drugiej był to zawodowy debiut.
Karta wstępna
Wieczór w Libercu otworzyły dwa pojedynki karty wstępnej. Najpierw w kategorii 83,9 kg zmierzyli się Adrian Dudek (8-5) i Borys Dzikowski (4-4). Potem przyszła kolej na limit 77,1 kg, gdzie Samuel Bily (0-1) starł się z Dominikiem Zadorą (0-1) – obaj wciąż czekający na pierwsze zwycięstwo w zawodowym rejestrze.
Noc z 19 na 20 września, tuż przed godziną 03:00 – to wtedy Iwo Baraniewski wejdzie do klatki w Los Angeles i otworzy kartę główną gali UFC 331. Starcie Baraniewski – Alonzo Menifield będzie więc pierwszym pojedynkiem w głównej części wieczoru.
Sama gala, zatytułowana Van vs Pantoja 2, odbędzie się 19 września w Los Angeles, a kibice obejrzą łącznie dwanaście pojedynków. Walką wieczoru będzie starcie o pas w wadze muszej między Joshuą Vanem a Alexandre Pantoją. W karcie głównej Polak zmierzy się z doświadczonym Amerykaninem.
Gdzie oglądać transmisję?
Karta wstępna ruszy o 23:30 – wyłącznie na platformie UFC Fight Pass. Karta główna, z pojedynkiem Baraniewski – Menifield, zacznie się o 03:00 i będzie do obejrzenia w Polsat Sport 1.
Bilans Baraniewskiego robi wrażenie: dziewięć zwycięstw, zero porażek w zawodowym MMA. Wrześniowa walka będzie dla niego już czwartym występem w UFC. Dotąd Polak kończył sprawy błyskawicznie – Ibo Aslana pokonał w 89 sekund, Austena Lane’a rozłożył w zaledwie 28 sekund, z Juniorem Tafą uporał się w 85 sekund. Za każdy z tych trzech występów dostał bonus za walkę wieczoru.
Menifield to zupełnie inna liga niż dotychczasowi rywale Baraniewskiego. Amerykanin ma na koncie 18 zwycięstw, 6 porażek i 1 remis. W ostatnich latach pokonał między innymi Mingyanga Zhanga, Oumara Sy oraz Juliusa Walkera, ale potykał się też o mocniejszych – przegrywał z Volkanem Oezdemirem, Azamatem Murzakanovem i Carlosem Ulbergiem.
Dla Baraniewskiego to będzie sprawdzian zupełnie innego kalibru. I okazja, żeby w Los Angeles po raz czwarty z rzędu pokazać, że w UFC czuje się jak u siebie.
Druga runda, ring w Sofii. Nikolas Pawlik ląduje na macie po serii ciosów Ukraińca Maksyma Zymenki. Chwilę później sędzia interweniuje i odejmuje Polakowi punkt. Ćwierćfinał mistrzostw Europy zaczyna się wymykać spod kontroli.
W bułgarskiej stolicy od 17 września trwają bokserskie mistrzostwa Europy. Reprezentacja Polski wchodziła w kolejny dzień turnieju z bilansem 4:1 – do zwycięstw drużyny dołożyły wcześniej Natalia Kuczewska oraz Kinga Krówka. Tym razem na ring wyszedł 21-letni Nikolas Pawlik, walczący w kategorii do 55 kg. Dla niego był to już drugi pojedynek w Sofii. Wcześniej pokonał Gabora Virbana, teraz na jego drodze stanął Ukrainiec Maksym Zymenko.
Pierwsza runda należała jednoznacznie do Polaka – sędziowie punktowali ją 4:1 na jego korzyść. W drugiej odsłonie role się odwróciły. Zymenko zaczął trafiać coraz częściej, Pawlik na chwilę stracił równowagę i znalazł się na macie, a po zamieszaniu na ringu arbiter ukarał go odjęciem punktu. Skutek było widać na kartach: drugą rundę sędziowie przyznali Ukraińcowi 3:2.
W decydującej, trzeciej rundzie Pawlik odpowiedział tak, jak trzeba było odpowiedzieć. Znów zdominował wymianę ciosów i wygrał odsłonę 4:1. Ostateczne karty sędziowskie pokazały, jak wyrównana była cała walka: 28:28, 27:29, 29:27, 29:27, 28:28. Mimo remisowych kart u dwóch sędziów werdykt padł na korzyść Polaka.
Ręka Pawlika powędrowała w górę. Wraz z nią przyszedł awans – Nikolas Pawlik zameldował się w ćwierćfinale mistrzostw Europy w Sofii.
W piątek w Nowym Targu przy jednym stole zasiedli trenerzy Andrzej Świstak i Mariusz Kolusz, kapitan Jakub Worwa, dyrektor MCSiR Jędrzej Furca oraz burmistrz Grzegorz Watycha. Zabrakło tylko jednej osoby. Prezes klubu Wojciech Śniegowski utknął w drodze powrotnej z Kanady i na konferencję po prostu nie zdążył. Sam powód spotkania nie budził wątpliwości: Podhale Nowy Targ wraca do TAURON Hokej Ligi z zespołem złożonym niemal wyłącznie z młodych Polaków.
Klub nie udaje, że to koniec drogi – to dopiero jej początek. Plan odbudowy rozpisano na kilka lat, a trener Mariusz Kolusz nie krył, że chodzi o pracę systemową, budowaną od podstaw. „To systemowa praca od dołu, potrzeba by klub stanął twardo na nogi i dostarczał co roku zawodników do ekstraklasy. Mamy to ustawione na 6 lat, by włączyć się w realną walkę o mistrzostwo” – powiedział Kolusz.
Andrzej Świstak objął drużynę zaledwie miesiąc przed piątkową konferencją i sam przyznaje, że do projektu wskoczył w biegu. „Poznaliśmy drużynę dość późno: to jak byśmy poznali żonę dzień przed ślubem, ale nasza współpraca rozwija się w dobrym kierunku” – żartował trener. Z ulgą przyjął za to decyzję władz miasta o odbudowie klubu od zera. „Cieszę się, że Rada Miasta podjęła decyzję, by odbudować ten klub od podstaw. Pracujemy ciężko z moim sztabem, poznaję zawodników z dnia na dzień” – mówił Świstak.
Zarząd miał do wyboru dwie drogi: bezpieczniejszy start w 1. lidze albo trudniejszy, natychmiastowy powrót do ekstraklasy. Padło na to drugie. Świstak nie owijał kulis tej decyzji w bawełnę. „Łatwiej by było grać w 1. lidze, ale stracilibyśmy najlepszych zawodników, którzy mają ambicję grać w ekstraklasie” – ocenił.
Zawodnicy wreszcie mogą trenować na pełen etat
Dla samych hokeistów zmiana statusu klubu to więcej niż nowa liga. Kapitan Jakub Worwa wspominał, jak jeszcze niedawno wyglądało godzenie sportu z resztą życia. „Jeszcze rok temu musieliśmy łączyć hokej z innym życiem – szkoła, praca. Teraz jest inaczej, bo możemy się w stu procentach poświęcić sportowi i treningom” – powiedział Worwa.
Dyrektor MCSiR Jędrzej Furca zwrócił się wprost do kibiców z prośbą o cierpliwość – również wtedy, gdy wyniki nie będą imponować. Podkreślił przy tym, kto dziś nosi barwy klubu. „To są nasi zawodnicy, a nie obcokrajowcy, których pełno jest w innych klubach i z którymi trudno się kibicom utożsamiać” – powiedział Furca. Bilet na mecz kosztować będzie maksymalnie 35 złotych.
Sprawa poprzedniego klubu formalnie wciąż się nie zamknęła. Burmistrz Grzegorz Watycha przyznał, że nie wiadomo jeszcze, czy spółka KH Podhale została postawiona w stan upadłości. Miasto zgłosiło wobec niej wierzytelność w wysokości 75 tysięcy złotych z tytułu nierozliczonej transzy na stypendia. Nowa spółka przejmuje tymczasem majątek i powierzchnie reklamowe po poprzednim podmiocie, działając na kapitale zakładowym 500 tysięcy złotych przekazanym przez miasto. W planach jest też przejęcie szkolenia dzieci i młodzieży.
Matty Cash zaczął ten mecz na ławce i pierwszą połowę spędził jako obserwator. W przerwie zmienił Aarona Wan-Bissakę – i to właśnie z jego udziałem Aston Villa wróciła do Birmingham z kompletem punktów po zwycięstwie 3:2 na Tottenham Hotspur Stadium.
Dla gospodarzy to kolejny ciężki wieczór. Przed tym spotkaniem Tottenham nie potrafił zdobyć gola przez 360 minut gry, a po czterech kolejkach miał na koncie zaledwie dwa punkty i zajmował najniższe – choć wciąż bezpieczne – miejsce w tabeli Premier League. Aston Villa przyjeżdżała do Londynu w niewiele lepszej dyspozycji: jeden remis i trzy porażki w lidze. Mimo to to właśnie ona dopisała sobie kolejne trzy punkty.
Początek należał do Tottenhamu, choć bez skuteczności pod bramką. W 11. minucie Savinho huknął z bliskiej odległości, ale Zion Suzuki obronił. Dziesięć minut później Archie Gray spróbował zaskoczyć bramkarza Aston Villi strzałem między nogami – znów bez powodzenia, Suzuki wybił piłkę na róg. Z tego rzutu rożnego głową uderzał jeszcze Savinho, ale Suzuki po raz kolejny stanął na wysokości zadania.
Gospodarze nie wykorzystali swoich okazji i zapłacili za to tuż przed przerwą. W doliczonym czasie pierwszej połowy, w 45. minucie, na 0:1 trafił Johan Manzambi. Akcję rozpoczął błąd Andrew Robertsona, który zagrał piłkę prosto pod nogi Johna McGinna. Ten podał do Boubacara Kamary, Kamara dośrodkował do Manzambiego – i tyle w tej sytuacji mógł zrobić bramkarz. Chwilę wcześniej Tottenham zdążył się nawet ucieszyć z gola Mohammeda Kudusa, lecz sędzia po analizie VAR anulował trafienie z powodu spalonego Robertsona.
Aston Villa odjeżdża na 3:0, Tottenham wraca z dwóch bramek
Po zmianie stron na boisko wszedł Matty Cash, a Aston Villa zaczęła kontrolować przebieg gry. W 67. minucie było już 0:2 – Nicolas Jackson wykorzystał długi wykop Ziona Suzukiego, wymienił podanie z Johanem Manzambim i huknął przy słupku. Piłkę jeszcze dotknął Antonin Kinsky, ale nie zdołał jej wybronić.
Niedługo potem na listę strzelców wpisał się Emiliano Buendia. W 79. minucie Anglik przyjął podanie od Johna McGinna i huknął z dystansu w górny róg bramki. 0:3.
Tottenham jednak się nie poddał. W 86. minucie Mohammed Kudus dograł piłkę z linii końcowej, a Conor Gallagher z bliska zdobył gola kontaktowego – 1:3. W doliczonym czasie, w 90. minucie (98. minucie gry), po dośrodkowaniu z rzutu wolnego wykonanego przez Andrew Robertsona głową trafił Jan Paul van Hecke, ustalając ostateczny wynik na 2:3.
To jednak nie wystarczyło nawet na punkt. Aston Villa, w której od pierwszej minuty grali m.in. John McGinn, Emiliano Buendia, Nicolas Jackson, Boubacar Kamara i Joao Gomes, dowiozła prowadzenie do końcowego gwizdka. Tottenham na start spotkania wystawił z kolei Sandro Tonalego, Omara Marmousha, Dominica Solanke, Micky’ego van de Vena i Andrew Robertsona.
Żółte kartki w tym pełnym zwrotów akcji spotkaniu obejrzeli Van de Ven z Tottenhamu oraz Jackson i Cash z Aston Villi. Meczem na Tottenham Hotspur Stadium pokierował sędzia Samuel Barrott.