Pelle Larsson ma za sobą podpis pod czteroletnim przedłużeniem kontraktu z Miami Heat. Umowa nie zadziała jednak od zaraz — ruszy dopiero od sezonu 2027/28.
25-letni Szwed gra na pozycji obwodowego i potrafi kryć zarówno obrońców, jak i skrzydłowych. To on jako jedyny zawodnik Miami Heat miał tego lata prawo do przedłużenia umowy — sam ten fakt pokazuje, jak wysoko klub ceni jego rozwój.
Ostatni sezon Larsson przepracował jako stały punkt rotacji Heat. Zagrał w 70 meczach, w 54 z nich zaczynając w pierwszej piątce. Liczby mówią same za siebie: 11,4 punktu, 3,5 zbiórki i 3,4 asysty na mecz, przy skuteczności z gry na poziomie 49,6 proc.
Ile zarobi Larsson?
Nowy kontrakt startuje od wynagrodzenia 13,5 mln dolarów w pierwszym sezonie. Później pensja Szweda ma rosnąć krok po kroku — do 14,5 mln, następnie 15,5 mln, aż w końcu do 16,6 mln dolarów. Ostatni rok umowy to opcja wzajemna — obie strony będą mogły zdecydować o zakończeniu współpracy. Cała umowa opiewa łącznie na 60 mln dolarów.
Dla Miami Heat to jasny sygnał: Larsson ma być filarem drużyny na lata, a nie tylko zawodnikiem rotacji na jeden sezon. Klub zabezpieczył sobie jego usługi z dużym wyprzedzeniem — jeszcze zanim wygasła obecna umowa.
Ausar Thompson podpisze z Detroit Pistons pięcioletnie przedłużenie umowy debiutanckiej. ESPN podaje, że nowy kontrakt opiewa na 155 mln dolarów. To oznacza, że 23-letni skrzydłowy razem ze swoim bratem bliźniakiem Amenem są o krok od zapisania nowego rozdziału w historii ligi.
Jeśli transakcja dojdzie do skutku, Thompsonowie zostaną pierwszą parą braci w dziejach NBA, w której obaj mają umowy warte co najmniej 100 mln dolarów każdy. Amen wcześniej dogadał się z Houston Rockets w sprawie własnego pięcioletniego przedłużenia na 208 mln dolarów. Zsumowane kontrakty braci dają razem 363 mln dolarów.
Obrońca, który zdominował ligę
Kontrakt Ausara nie wziął się znikąd. W minionym sezonie notował średnio 9,9 punktu, 5,7 zbiórki i 3,1 asysty na mecz. To jednak liczby z drugiej strony boiska zrobiły z niego jednego z najbardziej rozpoznawalnych obrońców ligi. 2,0 przechwytu na mecz — najlepszy wynik w całej NBA. Efekt? Miejsce w Najlepszej Piątce Obrońców sezonu 2025/2026 i trzecia pozycja w głosowaniu na Najlepszego Obrońcę ligi.
Forma nie opuściła go w play-offach. W 14 meczach fazy pucharowej 2026 zaliczał średnio 2,0 przechwytu i 1,8 bloku na spotkanie. Dzięki temu został pierwszym zawodnikiem od czasów Anthony’ego Davisa w 2020 roku, który w jednych play-offach zebrał co najmniej 25 przechwytów i 25 bloków. Sam zespół też miał powody do dumy — Detroit Pistons zakończyli sezon zasadniczy jako najwyżej rozstawiona drużyna Konferencji Wschodniej.
Bracia Thompson od lat funkcjonują w NBA jako pakiet: dwaj bliźniacy wybrani w tym samym drafcie, rozwijający się równolegle w dwóch różnych drużynach. Dziś ich kariery domykają się liczbami, które mówią same za siebie — 155 mln dolarów dla Ausara w Detroit i 208 mln dla Amena w Houston.
Kamila Borkowska ma podpis pod kontraktem z Toronto Tempo — umową skierowaną do młodych koszykarek. To dokument, który już wkrótce może zapisać ją w historii jako piątą Polkę występującą w WNBA.
24-letnia zawodniczka gra na środku reprezentacji Polski. Ostatnie miesiące spędziła w Lotto AZS UMCS Lublin, z którym sięgnęła po mistrzostwo kraju. W lipcu zmieniła jednak otoczenie i przeniosła się do Valencii BC, aktualnego mistrza Hiszpanii.
Toronto Tempo, czyli klub WNBA, z którym Borkowska właśnie związała się kontraktem, na razie jej na parkiecie nie zobaczy. Sama zawodniczka zresztą nie ukrywa, gdzie leży jej priorytet — jest nim na razie hiszpański klub.
Do Kanady polecę dopiero w przyszłym roku. Na ten moment skupiam się wyłącznie na graniu w Valencii
Negocjacje, jak zdradziła Borkowska, poszły szybciej, niż można by się spodziewać. Agencja reprezentująca zawodniczkę rozmawiała z Toronto Tempo od jakichś dwóch tygodni, jeszcze zanim zakończył się obecny sezon WNBA.
Polki w WNBA — krótka, ale znacząca historia
Przed Borkowską w najsilniejszej lidze kobiecej koszykówki na świecie zagrały już cztery Polki: Małgorzata Dydek, Krystyna Szymańska-Lara, Agnieszka Bibrzycka i Ewelina Kobryn. Ta ostatnia ma na koncie mistrzostwo WNBA — wywalczyła je w 2014 roku z Phoenix Mercury. W lidze tej grała też Stephanie Mavunga, Amerykanka, która dziś reprezentuje barwy Polski.
Borkowska ma więc szansę dopisać się do tego wąskiego grona. Na debiut w Kanadzie trzeba będzie jednak poczekać do przyszłego roku.
Yuki Tsunoda barwy Alpha Tauri i Visa Cash App RB nosił od sezonu 2021 aż do początku 2025 roku. Kontrakt z Red Bull Racing na ten sezon dostał wtedy Liam Lawson – ale Nowozelandczyk nie udźwignął presji. W Australii i Chinach ani razu nie przeszedł do drugiej części kwalifikacji, a w dwóch wyścigach i jednym sprincie wrócił bez punktu. Przed Grand Prix Japonii jego miejsce zajął właśnie Tsunoda i to on dokończył sezon w barwach zespołu z Milton Keynes.
W podcaście „Beyond the Grid” Japończyk opowiedział ze szczegółami, z czym musiał się mierzyć po przenosinach do innego garażu. Kłopoty zaczęły się już od samego charakteru bolidu. „Ludzie często mówią, że bolidy Red Bulla mają dużą przyczepność z przodu samochodu. Osobiście uwielbiam auta, które skręcają agresywnie i w przeszłości się adaptowałem do właśnie takich ustawień. Racing Bulls słynie z budowania bolidów, które są podsterowne, co było dla mnie początkowo trudne, ale przyzwyczaiłem się do tego i stało się to normalne” – przyznał Tsunoda.
Ta różnica w filozofii konstrukcyjnej okazała się twardszym orzechem do zgryzienia, niż zakładał. Nawet po wyścigu w Abu Zabi, czyli ostatniej rundzie sezonu, nie potrafił jednoznacznie nazwać zachowania swojego bolidu. „Zazwyczaj jestem w stanie zrozumieć charakterystykę bolidu, jakim jeżdżę. Jednak nawet po zakończonym wyścigu w Abu Zabi nie byłem w stanie powiedzieć, jakim typem auta jechałem. Wciąż nie umiem określić, co było przyczyną moich problemów, przez które nie dogadywałem się z bolidem” – mówił.
Pułapka ustawień Verstappena
Tsunoda wskazał też na konkretny błąd, który ciągnął się przez cały sezon. Kopiował ustawienia Maxa Verstappena, choć doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji. „To, co robiłem najczęściej i po czasie stwierdzam, że było moim największym błędem, to odtwarzanie ustawień Maxa. Wiedząc, że bolid będzie bardziej nadsterowny, teoretycznie wolniejszy i bardziej wrażliwy na zmiany kierunków i uślizgi. Mimo tego, wybierałem tę konfigurację, gdy już miałem problemy z nadsterownością” – wyznał Japończyk.
Liczby z tej rywalizacji mówią same za siebie. Przez 22 wyścigi w Red Bull Racing Tsunoda uzbierał 30 punktów, a za każdym razem, gdy dojeżdżał do mety, kończył za Verstappenem. W kwalifikacjach do sprintu pokonał Holendra tylko raz – na Grand Prix Kataru. I to właśnie w Losail, na torze jego jedynego triumfu nad Verstappenem, Helmut Marko przekazał mu wiadomość, że w zespole nie zostanie na kolejny sezon.
Ta rozmowa miała dla Tsunody szczególną wagę, bo Marko stał u progu jego kariery. To on wprowadził Japończyka do programu juniorskiego, gdy ten miał zaledwie 17 lat, i to on później otworzył mu drzwi do Formuły 1. „Wciąż pamiętam tamte chwile, kiedy powiedział mi o decyzji. To Helmut wprowadził mnie do programu juniorskiego, kiedy miałem 17 lat i do F1. On również był rozczarowany” – wspominał kierowca.
Mimo trudnego bilansu i utraty miejsca w zespole Tsunoda nie mówi o tym w kategoriach porażki. „Osobiście nie byłem mocno zawiedziony. Oczywiście byłem rozczarowany i smutny, że nie będę jeździć w przyszłym roku, ale nie tak bardzo, jak myślałem. Nigdy nie walczyłem tak mocno, jak w sezonie 2025. Patrząc wstecz, nie żałuję jakoś bardzo, bo dałem z siebie wszystko” – podsumował Japończyk.
Damian Durkacz odpadł z mistrzostw Europy w boksie już w 1/8 finału. W Sofii, gdzie trwa turniej, sędziowie zdecydowali, że lepszy okazał się Irlandczyk Jon McConnell. Werdykt szybko wywołał falę oburzenia wśród komentatorów i dziennikarzy śledzących zawody.
Durkacz, olimpijczyk z Tokio i Paryża, do 1/8 finału dotarł bez większych problemów – w poprzedniej walce pokonał Litwina Aleksandra Trofimcuka 5:0. Na kolejnym etapie turnieju czekał już na niego Jon McConnell z Irlandii.
Pierwsza runda tego starcia, jak ocenił komentator TVP Sport Mateusz Fudala, wyglądała „fenomenalnie w wykonaniu Damiana Durkacza”. Trzej sędziowie punktowi – z Brazylii, Łotwy i Tadżykistanu – mieli jednak inne zdanie i ocenili ją 10:9 dla Irlandczyka. Fudala nie krył zdumienia. Werdykt nazwał „kabaretem”, dodając, że „nie ma wątpliwości, że Polak był lepszy”. Współkomentujący spotkanie Maciej Miszkiń pytał wprost: „Jak to jest? Trzech sędziów widziało zwycięstwo Irlandczyka?”.
W drugiej rundzie karty się odwróciły – tym razem trzech z pięciu sędziów przyznało przewagę Durkaczowi. Przed ostatnią, trzecią rundą noty były mocno rozbite: sędzia z Łotwy dawał 20:18 dla McConnella, sędzia z Holandii identyczny wynik, ale dla Durkacza, a u pozostałych arbitrów utrzymywał się remis 19:19. O wszystkim zdecydowały ostatnie trzy minuty.
Jon McConnell wygrał tę końcową rundę aż u czterech sędziów. To przełożyło się na ostateczny werdykt całej walki – 4:1 na jego korzyść.
„Skandaliczne” – reakcje po werdykcie
Łukasz Gagaska, prowadzący profil Sporty Olimpijskie, nie przebierał w słowach na platformie X. „Kradzież. Damian Durkacz okradziony ze zwycięstwa w pojedynku z Jonem McConnellem. Polak bezapelacyjnie wygrał dwie pierwsze rundy, ale trzech sędziów postanowiło w trakcie pierwszego starcia wyjść na papierosa. Skandaliczne” – napisał.
Nieco bardziej wyważoną ocenę przedstawił dziennikarz i komentator Mateusz Hencel. Sam widział tę walkę 2:1 w rundach dla Durkacza, ale zwrócił uwagę na inny problem – jego zdaniem Polak przegrał kluczową trzecią rundę, choć miał w niej wszystko w swoich rękach. „I to najbardziej smuci, bo w zasadzie wszystko miał w swoich rękach Durkacz. 1. runda wiadomo, raczej Durkacz, ale większe skandale widzieliśmy, niestety” – ocenił Hencel.
Porażka Durkacza była zresztą jedyną, jaką w sobotę zanotowali polscy reprezentanci na mistrzostwach Europy w Sofii. Do ćwierćfinału awansowały Natalia Kuczewska, Kinga Krówka oraz Agata Kaczmarska, a wśród mężczyzn kolejny etap turnieju zapewnił sobie Nikolas Pawlik.
Michał Michalski nie dał szans Radosławowi Paczuskiemu. Na gali XTB KSW 121 w Libercu przypieczętował zwycięstwo poddaniem już w pierwszej rundzie. Starcie wagi średniej zakończyło się duszeniem, zanim sędzia zdążył pomyśleć o przerwie między rundami.
Na papierze bilanse obu zawodników wyglądały podobnie. Paczuski wchodził do klatki z dorobkiem 8-4, Michalski z 15-6. Od pierwszych sekund to on jednak dyktował warunki i szybko sprowadził walkę do parteru. Paczuski się nie poddawał — po pierwszym obaleniu zdołał wrócić do stójki.
Chwila wytchnienia okazała się jednak krótka. Michalski obalił rywala po raz drugi, zaszedł mu za plecy i zacisnął duszenie, z którego tamten nie znalazł już wyjścia. Zawodnikowi Uniq Fight Club nie pozostało nic innego, jak odklepać matę — walka była skończona.
Powrót Michalskiego po porażce z Kuberskim
Dla 37-letniego Michalskiego to wygrana, na którą czekał — przerywa złą passę i wraca na zwycięską ścieżkę w KSW. W maju przegrał z Piotrem Kuberskim, tymczasowym mistrzem wagi średniej organizacji.
Dla 33-letniego Paczuskiego porażka w Libercu to co innego — koniec serii trzech zwycięstw z rzędu w KSW i zarazem trzecia przegrana w jego karierze MMA. Do MMA trafił z kickboxingu, gdzie sięgał po tytuły mistrza świata i mistrza Polski, a w muay thai wywalczył wicemistrzostwo Europy.
Iwo Baraniewski przegrał z Alonzo Menifieldem niejednogłośną decyzją sędziów na gali UFC 331 w Los Angeles. To pierwsza porażka Polaka w zawodowej karierze.
Przed walką Baraniewski miał na koncie bilans 9-1, Menifield wchodził do klatki z dorobkiem 19-6-1. Starcie w wadze półciężkiej rozstrzygnęło się dopiero po trzech pełnych rundach – żaden z zawodników nie zdołał zakończyć walki przed czasem.
Pierwszą rundę zdecydowanie lepiej rozegrał Polak. Sprowadził Menifielda na matę i przez większość czasu dyktował warunki w parterze. Sędziom przy stole to jednak nie wystarczyło.
Kontrowersyjny werdykt
Dwóch z trzech sędziów oddało punkty Menifieldowi, co przełożyło się na jego niejednogłośne zwycięstwo. Dla Amerykanina to już 12. wygrana walka w UFC.
Wynik tym bardziej zaskakuje, że Baraniewski szedł do tej walki serią imponujących występów w organizacji. Trzy poprzednie starcia w UFC kończył nokautem – za każdym razem już w pierwszej rundzie. Taka passa zdążyła zbudować mu markę jednego z najbardziej obiecujących ciężko bijących zawodników w wadze półciężkiej.
Teraz Polak musi pogodzić się z pierwszą porażką w karierze. Decyzja sędziów – a właściwie ocena tego, co działo się w parterze w pierwszej rundzie – już zdążyła wywołać dyskusję w środowisku MMA.
Agata Kaczmarska ma już bilet do ćwierćfinału Mistrzostw Europy w boksie olimpijskim w Sofii. Turniej wystartował 17 września, a Polka swoją walkę 1/8 finału w kategorii do 75 kg stoczyła dwa dni później, 19 września, z Francuzką Daviną Michel.
Do tego starcia podchodziła jako polska mistrzyni świata z 2025 roku — ale w kategorii powyżej 80 kg. W Sofii musiała więc zejść niżej, do 75 kg. Wagi zabrakło, kontroli nad walką już nie — Kaczmarska trzymała rękę na pulsie niemal od pierwszego gongu.
Kierunek starcia był jasny już po pierwszej rundzie, którą sędziowie w większości przyznali Polce, punktując ją stosunkiem 3:2. W drugiej odsłonie nie było już o czym dyskutować: wszystkich pięciu arbitrów wskazało na Kaczmarską, komplet głosów 5:0. Trzecia, decydująca runda potoczyła się tak samo — znów 5:0 dla Polki.
Jednogłośna decyzja sędziów
Karty sędziowskie nie zostawiły pola do dyskusji: 29:28, 30:27, 29:28, 30:27 oraz 30:27. Taki układ wyników oznaczał jednogłośne zwycięstwo Kaczmarskiej i przepustkę do kolejnej fazy turnieju.
Ćwierćfinał to kolejny krok Polki w stronę medalu imprezy rozgrywanej w bułgarskiej stolicy. Teraz pozostaje czekać, kogo wylosuje jej drabinka w Sofii.
GKS Tychy nie zostawił złudzeń w Wielkich Derbach Śląska – na własnym lodzie rozbił GKS Katowice aż 6:2. Spotkanie wchodziło w program drugiej kolejki TAURON Hokej Ligi. Dla katowiczan, wciąż noszących miano wicemistrzów Polski, ta porażka bolała podwójnie, bo to oni jechali do Tychów w roli faworyta.
Losy meczu przesądziły się właściwie już w pierwszej tercji – Tychy wygrały ją 2:0 i Katowice nie znalazły na to odpowiedzi. Gospodarze tylko nabierali rozpędu: po dwóch częściach gry na tablicy świeciło już 5:1. Ostatecznie bramkarze GKS-u Katowice sześć razy wyjmowali krążek z siatki. Jedynym naprawdę jasnym punktem w ataku gości okazał się fiński napastnik Joona Monto – to on asystował przy obu trafieniach swojego zespołu.
„Przeciwnik był dziś o wiele lepszy”
Po końcowej syrenie 29-letni Fin nie szukał wymówek.
Myślę, że przeciwnik był dziś o wiele lepszy.
Zdaniem Monto o losach meczu zdecydował fatalny początek.
Naprawdę trudno jest zaczynać mecz, jeśli gramy, jak my w tej pierwszej tercji.
Napastnik wskazał też na problem, który wraca w drużynie od dawna – sześć straconych bramek to w jego ocenie kolejna odsłona kłopotów defensywnych ciągnących się jeszcze z okresu przygotowawczego.
Według niego błędy rodziły się dużo wcześniej niż pod własną bramką. Zawodnicy GKS-u zbyt łatwo oddawali krążek w strefie ataku rywala, a to od razu zmuszało całą drużynę do odwrotu i gry w obronie. Konsekwencje? Hokeiści Tychów raz po raz zostawali niepilnowani albo wyjeżdżali sam na sam z bramkarzem katowiczan.
Mimo dotkliwej porażki Monto nie zamierza się nad nią długo użalać. Już w niedzielę GKS Katowice czeka kolejny mecz.
Musimy więc wyciągnąć wnioski z tego meczu i w niedzielę musimy zagrać o wiele lepiej.
Piast Gliwice podejmie Pogoń Szczecin w niedzielę, 20 września, o godzinie 12:15 na stadionie przy ul. Okrzei. Obie ekipy jadą na ten mecz w świetnych nastrojach, choć z zupełnie inną ligową historią za plecami.
Pogoń wygrała ostatnio 2:0 z Wieczystą Kraków i chce zamknąć rundę mocnym akcentem przed wrześniowo-październikową przerwą reprezentacyjną. Szczecinianie mają już 12 punktów i sześć meczów bez porażki na koncie. Gdzieś w tle czeka jeszcze zaległe spotkanie z Jagiellonią Białystok – Portowcy rozegrają je dopiero w grudniu, na wyjeździe, z pucharowiczem z Białegostoku.
Piast też nie zwalnia. Gliwiczanie wygrali trzy ostatnie ligowe starcia – z Motorem Lublin, GKS-em Katowice i Radomiakiem – i za każdym razem zachowali czyste konto. Przed niedzielnym starciem z Pogonią mają 13 punktów, czyli o jeden więcej od rywala.
Oscar Garcia, trener Pogoni, nie kryje, że liczy się z otwartą wymianą ciosów. „Wiem, że w ostatnich trzech meczach nie stracili gola. Są teraz w bardzo dobrym momencie. Ale my również. Spodziewam się otwartego meczu” – powiedział.
Hiszpański szkoleniowiec ma już rozpracowany styl gliwiczan. „Ich styl opiera się na kontraktach, mają świetne fazy przejściowe i z przodu szybkich, jakościowych zawodników” – ocenił Garcia, wskazując na kontratakową tożsamość drużyny Piasta.
Solidna defensywa i ostrzeżenie przed samozadowoleniem
Forma Pogoni w dużej mierze opiera się na defensywie. Portowcy stracili dotąd zaledwie pięć bramek w lidze – przed 9. kolejką był to najlepszy wynik w całej Ekstraklasie. Trener chwalił też ostatni występ zespołu przeciwko Wieczystej: „Cały zespół zagrał bardzo dobry mecz. Byliśmy dobrzy bez piłki, graliśmy kompaktowo, każdy sobie pomagał. Momentami z piłką wyglądaliśmy też tak jak chciałbym, byśmy wyglądali” – mówił Garcia.
Mimo dobrej passy Garcia studzi nastroje w szatni. Wystarczy chwila dekoncentracji, a wszystko może się posypać. „W piłce może jednak wszystko się zmienić, gdy nie jesteś skoncentrowany. Jeśli będziesz zbyt z siebie zadowolony, to twoja jakość spadnie. Musimy ciągle starać się być lepsi i lepsi” – przestrzegł trener Pogoni. W Gliwicach te słowa zabrzmią szczególnie donośnie – różnica jednego punktu w tabeli może się w niedzielę odwrócić w dowolną stronę, wystarczy jeden słabszy kwadrans.