⚡ Aktualnie:
Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Courmayeur: Martyna Kubka przegrywa w ćwierćfinale z Anną Blinkową Wiedeń: znamy półfinalistów. Alcaraz zagra z Miedwiediewem, Zverev z de Minaurem Dembek pracował z Chwalińską. Dziś przyznaje: zaskoczyła mnie bardzo Kvem: Nie otrzymałem pieniędzy od Passion UA za Budapest Major 2026 — to ok. 60–70 tys. dolarów Valve usuwa broń LAR z CS2, a Kvem oskarża Passion UA o niewypłacone 70 tysięcy dolarów F1: Gdzie obejrzeć kwalifikacje do GP Meksyku? Antonelli o krok od tytułu Koszmar Hamiltona i frustracja Verstappena. Działo się w F1 przed GP Meksyku Curry zwodem powalił Dončicia. Tak ruszył Puchar NBA Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Courmayeur: Martyna Kubka przegrywa w ćwierćfinale z Anną Blinkową Wiedeń: znamy półfinalistów. Alcaraz zagra z Miedwiediewem, Zverev z de Minaurem Dembek pracował z Chwalińską. Dziś przyznaje: zaskoczyła mnie bardzo Kvem: Nie otrzymałem pieniędzy od Passion UA za Budapest Major 2026 — to ok. 60–70 tys. dolarów Valve usuwa broń LAR z CS2, a Kvem oskarża Passion UA o niewypłacone 70 tysięcy dolarów F1: Gdzie obejrzeć kwalifikacje do GP Meksyku? Antonelli o krok od tytułu Koszmar Hamiltona i frustracja Verstappena. Działo się w F1 przed GP Meksyku Curry zwodem powalił Dončicia. Tak ruszył Puchar NBA

Barbara Marcinkowska ma powód do dumy – jest w ćwierćfinale mistrzostw Europy w boksie w kategorii do 70 kg. W 1/8 finału w Sofii nie dała szans Greczynce Elisavet Konstantinidou, wygrywając jednogłośnie na punkty.

Rywalka nie miała złudzeń już po pierwszej rundzie. Polka wygrała ją u wszystkich sędziów przy stole, a jeden z arbitrów wystawił notę aż 10:8. Druga runda potoczyła się równie jednostronnie – wszyscy pięciu sędziowie przyznali ją Marcinkowskiej, każdy 10:9. Ostateczny werdykt: 5:0 dla reprezentantki Polski. A karty sędziowskie pokazały, jak duża była to przewaga – jeden arbiter dał 30:26, trzech kolejnych 30:27, a jeden 29:28.

Ten występ nie przeszedł bez echa. „Delektujmy się boksem Barbary Marcinkowskiej. Staje się coraz jaśniejszym punktem reprezentacji Polski. Często wymieniamy nazwiska Szeremety, Rygielskiej czy Kaczmarskiej, natomiast Marcinkowska ma umiejętności, żeby do tych koleżanek z kadry doszlusować” – mówił w TVP Sport Mateusz Hencel.

Porażki Rogalińskiej i Sewostjanowa

Nie wszystkim Polakom w Sofii poszło równie dobrze. Wiktoria Rogalińska w kategorii do 54 kg przegrała z Pihlą Kaivo-oją. Była liczona dwukrotnie – w pierwszej i trzeciej rundzie starcia. Pierwszą rundę oddała u czterech z pięciu sędziów, a finalny werdykt był jednogłośny: trzy noty 27:30 i dwie 28:29.

Bez awansu zakończył się też pojedynek Alekseja Sewostjanowa w kategorii do 90 kg. Polak zmierzył się z Anglikiem Isaakiem Okohem i przegrał jednogłośnie – cztery noty na jego niekorzyść brzmiały 27:30, jedna 28:29.

Co dalej? Kolejna sesja walk mistrzostw Europy w Sofii rusza o 17:00. W ćwierćfinale kategorii +80 kg Elżbieta Wójcik zmierzy się z Irlandką Clioną Darcy. Na ringu zobaczymy też Bartłomieja Rośkowicza, który zagra z Hiszpanem Oierem Ibarreche Conde, oraz Oskara Safaryana – jego rywalem będzie Rosjanin Dawid Surow.

GKS Katowice rozniósł Podhale Nowy Targ 10:1 we własnej hali. Bohaterem wieczoru był Joona Monto – skompletował hat-tricka. Po pierwszej tercji na tablicy świeciło już 3:0 dla gospodarzy, a po drugiej odsłonie różnica urosła do 8:1.

Katowiczanie ruszyli z kopyta. Jonasz Hofman otworzył wynik w 2. minucie, dobijając krążek odbity po strzale Matthew Sredla. Siedem minut później Joona Monto podwyższył na 2:0 efektownym strzałem obrotowym po podaniu Miro Ruokonena. W 16. minucie do głosu doszedł Krzysztof Centkowski, który wykorzystał asystę Jakuba Hofmana i ustalił wynik na 3:0.

Druga tercja to już festiwal strzelecki GKS-u. Joona Monto trafił po raz drugi w 26. minucie – grając w osłabieniu, pokonał bramkarza Oskara Polaka. Chwilę później Podhale zdołało zareagować: Łukasz Kamiński strzelił jedyną bramkę gości w 30. minucie, kończąc samodzielną akcję lewą flanką. To był jednak tylko chwilowy przebłysk nowotarżan.

Katowice odpowiedziały kolejną serią trafień. Pontus Englund podwyższył na 5:1 w 35. minucie uderzeniem z okolic kręgu wznowień. Błażej Chodor dołożył szóstą bramkę strzałem z pierwszej gumy po podaniu Jakuba Hofmana, a Patryk Krężołek zamknął drugą tercję wynikiem 7:1 w 39. minucie, wykorzystując podanie Jonasza Hofmana. Podhale miało jeszcze szansę na kontakt – w ostatniej minucie środkowej odsłony Szymon Maćkowski nie wykorzystał rzutu karnego i nawet nie oddał strzału na bramkę.

Zmiana bramkarza i kolejne ciosy w trzeciej tercji

Trener gości postawił na zmianę między słupkami – w trzeciej tercji Oskara Polaka zastąpił Kacper Zając. Katowickiej ofensywy to jednak nie zatrzymało. Emil Forslund podwyższył na 9:1 w 55. minucie przy grze w przewadze, po podaniu Brocka Bremera. Kropkę nad i postawił sam Bremer – w 59. minucie ustalił ostateczny wynik na 10:1, trafiając po asyście Joony Huttuli.

Skalę przewagi GKS-u najlepiej oddaje statystyka strzałów – katowiczanie oddali w tym meczu aż 50 strzałów w światło bramki, co dało łączny bilans 50-17 na ich korzyść. Mecz w hali GKS obejrzało 900 widzów. Kary rozdzielono w stosunku 16-10, a nad przebiegiem spotkania czuwali sędziowie główni Wojciech Czech i Paweł Breske oraz liniowi Maciej Byczkowski i Grzegorz Cytawa.

Podbeskidzie Bielsko-Biała zremisowało 1:1 z Unią Skierniewice w meczu Betclic I ligi. To już ósmy remis beniaminka w dziewiątym spotkaniu tego sezonu. Liczby mówią same za siebie.

Spotkanie rozegrano w niedzielę w Bielsku-Białej i był to dopiero trzeci mecz w historii między tymi klubami. Unia Skierniewice awansowała na zaplecze PKO Ekstraklasy w poprzednim sezonie, kończąc rozgrywki na pierwszym miejscu tabeli. Podbeskidzie do Betclic I ligi wróciło inną drogą – przez dwustopniowe baraże. Dotychczasowy bilans bezpośrednich starć wyraźnie przemawiał na korzyść gospodarzy, którzy wygrywali wcześniej 3:0 oraz 4:1. Tym razem jednak historia się nie powtórzyła.

Podbeskidzie wciąż jest jedynym zespołem w lidze, który po ośmiu wcześniejszych kolejkach nie zdołał wygrać ani razu. Aż siedem z tych spotkań bielszczanie zakończyli remisem. Unia z kolei przyjechała do Bielska-Białej w dobrej formie – w poprzedniej kolejce pokonała 3:2 lidera tabeli, Pogoń Grodzisk Mazowiecki. To był dopiero trzeci triumf skierniewiczan w tym sezonie.

Karny Bidy i odpowiedź Szykawki

Pierwsza połowa nie przyniosła goli, do przerwy było 0:0. Przełamanie nastąpiło w 81. minucie, gdy Unia objęła prowadzenie za sprawą Bartosza Bidy, który wykorzystał rzut karny. „Jedenastkę” gospodarze stracili po faulu na Antonim Burkiewiczu.

Wszystko wskazywało na to, że Podbeskidzie zapisze na swoim koncie pierwszą w sezonie porażkę. Bielszczanie mieli jednak inny plan. W 87. minucie Jewgienij Szykawka doprowadził do wyrównania, ustalając ostateczny wynik meczu na 1:1.

Po przerwie reprezentacyjnej Podbeskidzie zmierzy się z Pogonią Siedlce. Unia Skierniewice w tym samym terminie podejmie na własnym boisku Bruk-Bet Termalicę Nieciecza.

Jagiellonia Białystok przegrała u siebie z Legią Warszawa 1:3 w meczu rozegranym 20 września 2026 roku. To już trzecia porażka Dumy Podlasia z rzędu, a o formie drużyny Adriana Siemieńca dziś trudno mówić inaczej niż w kategoriach kryzysu.

Legia nie zwlekała. W 15. minucie sędzia wskazał na rzut karny po faulu Sławomira Abramowicza na Pawle Wszołku w polu karnym, a jedenastkę bez wahania wykorzystał Rafał Augustyniak, dając gościom prowadzenie 1:0. Przy tej akcji bramkarz gospodarzy nie dogadał się z Apostolosem Konstantopoulosem — i warszawianie bezlitośnie to wykorzystali.

Chwilę później zrobiło się jeszcze gorzej. W 20. minucie Legia podwyższyła na 2:0 po samobójczym trafieniu Nika Preleca. Bramkarz gospodarzy wybronił wprawdzie pierwsze uderzenie, ale przy dobitce Jana Kuchty nie miał już nic do powiedzenia — piłka wpadła do siatki jako gol samobójczy Słoweńca.

Jagiellonia próbowała odpowiedzieć. W 26. minucie trybuny w Białymstoku domagały się kolejnego karnego, gdy Jesus Imaz upadł po kontakcie z Bartoszem Kapustką, lecz sędzia nie zdecydował się odgwizdać jedenastki. Cztery minuty później gospodarze w końcu doczekali się swojego rzutu karnego — tym razem za faul na Imazie w polu karnym — a poszkodowany sam pewnie zamienił go na gola kontaktowego, ustalając wynik na 1:2.

Race na trybunach i trzeci cios Legii

Druga połowa przyniosła przerwę w grze, która nie miała nic wspólnego z piłką. W 60. minucie sędzia musiał na kilka chwil wstrzymać mecz, bo kibice Legii odpalili race w swoim sektorze i zadymili stadion. Gdy gra wróciła do normy, warszawianie szybko domknęli sprawę zwycięstwa — w 75. minucie Paweł Wszołek pokonał z bliska Abramowicza, ustalając wynik na 1:3.

Jagiellonia miała jeszcze jedną szansę na karnego. W 79. minucie sędzia wskazał na jedenasty metr po tym, jak Jeremy Agbonifo został powalony przez Bartosza Kapustkę, ale po analizie VAR arbiter cofnął decyzję. Końcówka nie przyniosła gospodarzom żadnej ulgi.

Porażka 1:3 ma dla Białegostoku wymiar symboliczny — to właśnie ten wynik przerwał serię sześciu meczów Jagiellonii bez przegranej z Legią, passę, która do tej pory była jednym z niewielu powodów do optymizmu w starciach z odwiecznym rywalem.

Adrian Siemieniec wystawił od pierwszej minuty: Sławomira Abramowicza, Norberta Wojtuszka, Bernardo Vitala, Apostolosa Konstantopoulosa, Guilherme Montoię, Rodrigo Conceicao, Eryka Kozłowskiego, Andersa Klyngego, Kajetana Szmyta, Jesusa Imaza i Nika Preleca. Po stronie Legii na boisku pojawili się Otto Hindrich, Zoran Arsenic, Rafał Augustyniak, Robert Deziel, Paweł Wszołek, Wojciech Urbański, Bartosz Kapustka, Ruben Vinagre, Michal Sevcik, Jan Kuchta i Mateusz Szczepaniak.

Adrian Benedyczak jednak nie dojedzie na najbliższe zgrupowanie reprezentacji Polski. Powód to uraz nadgarstka. 25-letniego napastnika czeka operacja.

Do kontuzji doszło w ostatnim spotkaniu Kasimpasy z Konyasporem. Sprawę ujawnił trener przygotowania motorycznego kadry Paweł Chamera we wpisie na portalu X. „Niefortunny upadek w ostatnim meczu, uraz nadgarstka. Wymagany zabieg operacyjny” – napisał Chamera.

Selekcjoner Jan Urban liczył na Benedyczaka w nadchodzących meczach Ligi Narodów – napastnik był jednym z czterech powołanych na te spotkania graczy tej formacji. Obok niego mieli zagrać Robert Lewandowski, Karol Świderski i Mateusz Żukowski. Na debiut w seniorskiej kadrze zawodnik Kasimpasy poczeka więc dłużej.

To już drugi raz, kiedy kontuzja psuje Benedyczakowi reprezentacyjne plany. Pod koniec 2023 roku dostał powołanie od Michała Probierza, ale i wtedy na zgrupowanie nie dotarł – z tego samego powodu.

Kolejny ubytek w kadrze

Benedyczak to nie jedyna strata sztabu przed zbliżającymi się meczami. W sobotę na treningu Juventusu poważnie kontuzjował się Kamil Grabara. Bramkarz również odpada ze zgrupowania reprezentacji Polski.

Atletico Madryt pokonało Real Madryt 2:1 w derbowym starciu La Liga. Do przerwy na Metropolitano nikt się nie przełamał – za to druga połowa zamieniła się w istne szaleństwo, które zaczęło się czerwoną kartką dla Deana Huijsena.

Pierwsza część spotkania upłynęła w nerwowej atmosferze. Już na starcie żółtą kartkę zobaczył trener gospodarzy Diego Simeone. W 32. minucie Thibaut Courtois ratował Real, odbijając strzał po odbitym dograniu Kang-in Lee. Pięć minut później Marc Pubill zderzył się z Jude’em Bellinghamem – Anglik dostał żółtą kartkę, sędzia jeszcze sprawdzał przy monitorze, czy nie powinna być czerwona, ale ostatecznie decyzję cofnięto, a ukarany żółtym kartonikiem został Pubill. Tuż przed przerwą Jan Oblak obronił mocny strzał Ardy Gulera. To był zresztą ostatni dobry moment Królewskich na długi czas.

Po zmianie stron Real w zasadzie przestał panować nad meczem. W 47. minucie Courtois znów ratował drużynę, broniąc uderzenie Alexa Baeny z jakichś 17 metrów. Chwilę później, w 52. minucie, Dean Huijsen sfaulował w polu karnym Jonathana Simeone. Sędzia Miguel Ortiz wskazał na jedenastkę i pokazał obrońcy żółtą kartkę, ale po interwencji VAR zmienił zdanie – Huijsen zobaczył czerwoną za faul taktyczny, a Real dokańczał mecz w dziesiątkę.

Alejandro Grimaldo nie zawiódł z jedenastego metra i otworzył wynik w 53. minucie. Atletico poszło za ciosem błyskawicznie: już w 59. minucie Jonathan David wpakował piłkę do siatki po płaskim zagraniu Giuliano Simeone z prawej strony i było 2:0. Ze strzelenia gola cieszył się jednak krótko – trzy minuty później zszedł z boiska, a na jego miejsce wszedł Julian Alvarez, powitany gwizdami z trybun.

Real odrobił jedną bramkę, ale to było za mało

Mimo gry w osłabieniu Real próbował gonić wynik. W 66. minucie Ibrahima Konate wybił głową piłkę sprzed linii bramkowej po dobitce Juliana Alvareza, a chwilę wcześniej Courtois na linii odbił próbę głową Giuliano Simeone. W 77. minucie pierwszy raz pomyliła się defensywa Atletico – piłkę przejął Yan Diomande i uderzył, lecz trafił prosto w bramkarza gospodarzy.

Kontaktową bramkę Real zdobył tuż przed końcem. W 89. minucie Antonio Ruediger główkował po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Bernardo Silvy i ustalił wynik na 2:1. Na więcej gości już nie było stać.

Atletico wystąpiło w składzie: Jan Oblak, Marcos Llorente, Marc Pubill (46′ Koke), Cristian Romero (89′ Robin Le Normand), David Hancko, Giuliano Simeone, Alex Baena (66′ Ademola Lookman), Johnny Cardoso, Alejandro Grimaldo, Kang-in Lee (89′ Morten Hjulmand), Jonathan David (62′ Julian Alvarez). Real Madryt zagrał w składzie: Thibaut Courtois, Denzel Dumfries, Ibrahima Konate, Dean Huijsen, Marc Cucurella, Federico Valverde, Aurelien Tchouameni (71′ Eduardo Camavinga), Arda Guler (54′ Antonio Ruediger), Jude Bellingham (82′ Bernardo Silva), Vinicius Junior (54′ Yan Diomande), Kylian Mbappe. Żółte kartki w meczu obejrzeli Romero i Pubill z Atletico oraz Bellingham i Dumfries z Realu, a całym spotkaniem kierował Miguel Ortiz.

Przed derbami to Real był wyżej w tabeli – stracił punkty w La Liga tylko raz, podczas gdy Atletico potknęło się już dwukrotnie. Wygrana w derbach pozwala jednak ekipie Simeone nadrobić stratę do lidera.

Jest 2:1 dla Australii. Karol Drzewiecki i Jan Zieliński przegrali mecz deblowy, a to oznacza, że Polska znalazła się pod ścianą w rywalizacji o Puchar Davisa. Rinky Hijikata i Max Purcell wygrali 7:6(3), 6:3 na twardym korcie Pat Rafter Arena w Brisbane, gdzie biało-czerwoni mierzą się z gospodarzami w Grupie Światowej I.

Pierwszy dzień dał remis 1:1. Alex de Minaur nie zostawił złudzeń Maksowi Kaśnikowskiemu i wygrał 6:3, 6:0. Kamil Majchrzak radził sobie gorzej – stracił pierwszego seta, ale się pozbierał i ograł Jamesa Duckwortha 2:6, 6:3, 6:3.

Sobotni debel miał zweryfikować formę obu par. Hijikata i Purcell to mistrzowie wielkoszlemowi w tej konkurencji – warto jednak pamiętać, że rok wcześniej to Drzewiecki z Zielińskim wygrali z liderami rankingu ATP deblistów i postawili ich do pionu. Tym razem karta się odwróciła.

Sześć piłek setowych i walka o przetrwanie

Pierwszy set rozstrzygnął tie-break. Australijczycy odskoczyli na 5:0 dzięki mocnemu otwarciu Maxa Purcella, ale Polacy się nie poddali. Bronili aż sześciu piłek setowych i trzy z nich odparli. Kropkę nad i postawił jednak Purcell, kończąc seta skuteczną akcją przy siatce.

Drugi set potoczył się już zupełnie inaczej – od pierwszych gemów należał do gospodarzy. Australijczycy przełamali serwis Polaków na starcie, a Hijikata returnem po linii podwyższył na 2:0. Przewaga rosła systematycznie, aż do 5:2. Kropkę postawiło pewne podanie Purcella i Hijikaty, utrzymane do zera.

Polacy są teraz w trudnym położeniu. Australii wystarczy już jeden punkt, żeby zapewnić sobie awans do przyszłorocznych kwalifikacji do turnieju finałowego Pucharu Davisa. Niedziela przyniesie dwa spotkania, które zdecydują o wszystkim: Alex de Minaur zagra z Kamilem Majchrzakiem, a James Duckworth zmierzy się z Maksem Kaśnikowskim.

Nadzieję może dawać przede wszystkim pojedynek Majchrzak – de Minaur. Polak pamięta bowiem wygraną z Australijczykiem w finale turnieju WTA 250 w Den Bosch w Holandii. Bilans może być niekorzystny, ale to pokazuje, że biało-czerwoni wciąż mają w ręku argument na niedzielny zwrot akcji.

Nadia Podoroska, sklasyfikowana na 317. miejscu w rankingu WTA, ograła w półfinale turnieju SP Open 2026 w Sao Paulo rozstawioną z numerem 2 Paulę Badosę (WTA 70) 6:3, 6:4. Spotkanie zamknęło się w godzinę i 27 minut. To zwycięstwo ma dla Argentyny wymiar symboliczny – po raz pierwszy od 13 lat kraj będzie miał swoją reprezentantkę w finale turnieju głównego cyklu WTA.

Ostatnią Argentynką, która grała o tytuł WTA, była Paula Ormaechea – w 2013 roku doszła do finału na mączce w Bogocie, gdzie przegrała z Serbką Jeleną Janković. Trzynaście lat później pałeczkę przejmuje 29-letnia Podoroska.

Jej droga do niedzielnego finału to raczej opowieść o powrocie niż o samej formie. Po Australian Open 2025 Argentynka przez 14 miesięcy w ogóle nie dotykała rakiety. Kiedy wróciła na kort, zaczynała praktycznie od zera – od turniejów rangi ITF World Tennis Tour, czyli od najniższych szczebli rankingowej drabiny – i zdążyła już wygrać dwa z nich. Polskim kibicom nazwisko Podoroskiej nie powinno być obce: to właśnie ona stanęła na drodze Igi Świątek w półfinale Rolanda Garrosa 2020, turnieju, w którym Polka sięgnęła po swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł. Zawodniczki spotkały się zresztą jeszcze raz, w II rundzie US Open 2026.

Quevedo wyeliminowała wyżej notowaną rywalkę

W drugim półfinale Kaitlin Quevedo, rozstawiona z numerem 7 i zajmująca 105. miejsce w rankingu WTA, pokonała Francuzkę Annę Blinkową (WTA 94) 6:4, 2:6, 6:4. To starcie było o wiele bardziej wyrównane niż pierwsze – ciągnęło się dwie godziny i 22 minuty. Ciekawostka: Blinkowa gra pod francuską flagą, choć urodziła się w Moskwie. Quevedo, reprezentująca Hiszpanię, ma zaledwie 20 lat.

Dla obu finalistek niedzielne starcie w Sao Paulo będzie zupełnie nową sytuacją – to pierwszy w karierze finał WTA zarówno dla Podoroskiej, jak i dla Quevedo. Wcześniej nigdy się nie spotkały na korcie, więc niedziela przyniesie ich pierwszy w historii pojedynek.

A stawka jest konkretna. SP Open 2026 to turniej rangi WTA 250 rozgrywany na kortach twardych, z pulą nagród 283,3 tys. dolarów. Zwyciężczyni zainkasuje czek na 37,3 tys. dolarów i 250 punktów do rankingu WTA. Przegrana finalistka też nie wyjedzie z pustymi rękami – dostanie 163 punkty i premię w wysokości 22,1 tys. dolarów.

Martyna Kubka i Anna Siskova nie dokończyły dzieła. W sobotę przegrały finał gry podwójnej turnieju ITF World Tennis Tour w Le Neubourg we Francji, ulegając parze Naiktha Bains (Wielka Brytania) i Sahaja Yamalapalli (Indie) 3:6, 6:4, 11-9. O wszystkim zadecydował super tie-break – i to jaki dramatyczny.

Do finału polsko-słowacki duet podchodził jako zdecydowany faworyt. Kubka i Siskova, najwyżej rozstawiona para turnieju, do tego momentu nie straciły ani jednego seta. Pierwsza partia potwierdziła tę formę, choć spokojnie nie było. Rywalki przełamały już w drugim gemie, jednak przewagi nie utrzymały. Bains i Yamalapalli broniły się, odpierając kolejne break pointy, ale to Kubka i Siskova przełamały ponownie – w ósmym gemie – i zamknęły seta na swoją korzyść.

Drugi set potoczył się już zupełnie inaczej. Przy stanie 4:5 Bains i Yamalapalli miały trzy piłki setowe i przy trzeciej z nich doprowadziły do wyrównania w meczu. O tytule musiał więc zadecydować super tie-break.

Cztery meczbole nie wystarczyły

I właśnie w tej rozgrywce do dziesięciu punktów rozegrał się najbardziej nerwowy fragment całego finału. Bains i Yamalapalli miały aż cztery meczbole – wszystkie obronione przez Kubkę i Siskovą, które doprowadziły do wyniku 9:9. Piąta okazja meczowa okazała się już skuteczna dla brytyjsko-indyjskiej pary: 11-9 w super tie-breaku i tytuł jest ich. Dla Martyny Kubki oznacza to, że w sobotę nie zdobyła 33. tytułu deblowego w zawodowej karierze.

Droga Bains i Yamalapalli do trofeum była tym bardziej imponująca, że po drodze wyeliminowały dwie najwyżej rozstawione pary turnieju. Dla Naikthy Bains to już 29. trofeum deblowe w karierze, a w Le Neubourg nie triumfowała pierwszy raz – rok wcześniej wygrała ten sam turniej, grając wspólnie z Rutują Bhosale. Dla Sahaji Yamalapalli sobotni sukces był dopiero drugim tytułem mistrzowskim w grze podwójnej.

Turniej w Le Neubourg rozgrywano na korcie twardym, a pula nagród wynosiła 60 tysięcy dolarów.

Jeszcze niedawno grał w finale US Open. Tym razem Ben Shelton wrócił z kwalifikacji Grupy Światowej Pucharu Davisa z niczym – przegrał oba swoje single w meczu USA z Czechami, a Czesi dzięki wygranej 3:2 wywalczyli miejsce w turnieju finałowym.

Najpierw Amerykanin musiał uznać wyższość Jiriego Lehecki, przegrywając 4:6, 4:6. Potem przyszła kolej na Jakuba Menšíka i przez chwilę pachniało rewanżem – Shelton wziął pierwszego seta 7:5. Menšík się jednak nie poddał. Wygrał drugą partię 6:4, a w decydującej nie zostawił rywalowi złudzeń, zamykając mecz przy 6:3. Cała rywalizacja rozciągnęła się na trzy sety.

O awansie zdecydował ostatecznie pojedynek Lehecki z Learnerem Tienem. Czech był w nim wyraźnie lepszy – 6:3, 7:5 – i to właśnie ten wynik dał Czechom komplet punktów potrzebny do triumfu 3:2 nad Stanami Zjednoczonymi.

Kto jeszcze zagra w finałach

Obok Czech do turnieju finałowego Pucharu Davisa przebiły się też Korea Południowa, Austria i Kanada. Włosi mieli o wiele prostsze zadanie – jako obrońcy tytułu dostali się do stawki automatycznie, bez gry w kwalifikacjach.

Koreańczycy poradzili sobie z Indiami 3:1. Austriacy z takim samym bilansem 3:1 rozprawili się z Belgią, a Kanadyjczycy identycznym wynikiem pożegnali z rywalizacją Francję.

Nie wszystkie pary zdążyły już wyłonić zwycięzcę. Niemcy i Chorwacja remisowały 1:1 po dwóch rozegranych grach. Wielka Brytania prowadziła 2:0 z Ekwadorem, a taki sam rezultat, 2:0, mieli na koncie Hiszpanie grający z Chile. Cała runda kwalifikacyjna Grupy Światowej trwała od piątku do niedzieli, 18-20 września.

Instalacja aplikacji
Pobierz