⚡ Aktualnie:
Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Courmayeur: Martyna Kubka przegrywa w ćwierćfinale z Anną Blinkową Wiedeń: znamy półfinalistów. Alcaraz zagra z Miedwiediewem, Zverev z de Minaurem Dembek pracował z Chwalińską. Dziś przyznaje: zaskoczyła mnie bardzo Kvem: Nie otrzymałem pieniędzy od Passion UA za Budapest Major 2026 — to ok. 60–70 tys. dolarów Valve usuwa broń LAR z CS2, a Kvem oskarża Passion UA o niewypłacone 70 tysięcy dolarów F1: Gdzie obejrzeć kwalifikacje do GP Meksyku? Antonelli o krok od tytułu Koszmar Hamiltona i frustracja Verstappena. Działo się w F1 przed GP Meksyku Curry zwodem powalił Dončicia. Tak ruszył Puchar NBA Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Courmayeur: Martyna Kubka przegrywa w ćwierćfinale z Anną Blinkową Wiedeń: znamy półfinalistów. Alcaraz zagra z Miedwiediewem, Zverev z de Minaurem Dembek pracował z Chwalińską. Dziś przyznaje: zaskoczyła mnie bardzo Kvem: Nie otrzymałem pieniędzy od Passion UA za Budapest Major 2026 — to ok. 60–70 tys. dolarów Valve usuwa broń LAR z CS2, a Kvem oskarża Passion UA o niewypłacone 70 tysięcy dolarów F1: Gdzie obejrzeć kwalifikacje do GP Meksyku? Antonelli o krok od tytułu Koszmar Hamiltona i frustracja Verstappena. Działo się w F1 przed GP Meksyku Curry zwodem powalił Dončicia. Tak ruszył Puchar NBA

„W niedzielę nie wyłoniono triumfatorki zawodów WTA 250 na kortach twardych w Sao Paulo” — tak organizatorzy SP Open 2026 podsumowali dzień, który miał przynieść zakończenie turnieju. Zamiast triumfu na korcie kibice zobaczyli tylko mokrą nawierzchnię i puste trybuny.

Finał gry pojedynczej pomiędzy Nadią Podoroską a Kaitlin Quevedo przełożono na poniedziałek. Powód był banalny, choć nieubłagany — deszcz lał przez większą część niedzieli i po prostu nie dało się rozegrać meczu. Rozstawiona z numerem siódmym Podoroska i nierozstawiona Quevedo muszą więc uzbroić się w cierpliwość o jeden dzień dłużej.

Dla obu zawodniczek to spotkanie ma wyjątkowy ciężar. Zarówno Podoroska, jak i Quevedo po raz pierwszy w karierze awansowały do finału zawodów głównego cyklu WTA. Co ciekawe, będzie to w ogóle ich pierwszy zawodowy pojedynek. Kto by nie wygrał, sięgnie po pierwszy tytuł w touree WTA.

Deszcz pokrzyżował plany nie tylko singlistkom. Finał debla kobiet w SP Open 2026 też nie doszedł do skutku z powodu pogody. O tytuł walczą tam Gabriela Dabrowski i Luisa Stefani przeciwko duetowi Anna Rogers i Allura Zamarripa. Ich mecz przerwano przy stanie 4:3, a dokończenie — podobnie jak w singlu — przesunięto na poniedziałek.

Kiedy wznowienie gry?

Organizatorzy zapowiadają, że jeśli pogoda pozwoli, gry w poniedziałek ruszą o godzinie 16:00 czasu polskiego. To jednak spore „jeśli” — prognozy na poniedziałek w Sao Paulo nie napawają optymizmem, więc kolejne opóźnienie wcale nie jest wykluczone.

Stawka finału liczy się nie tylko w prestiżu. Triumfatorka SP Open 2026 zgarnie 250 punktów do rankingu WTA i czek na 37,3 tys. dolarów. Finalistka też nie wyjdzie z pustymi rękami — dostanie 163 punkty rankingowe oraz 22,1 tys. dolarów premii. Cała pula nagród turnieju wynosi 283,3 tys. dolarów — tyle przewidziano dla imprezy kategorii WTA 250 na kortach twardych w Sao Paulo.

Zacięte mecze, nerwy do samego końca i kilka niespodzianek – tak w skrócie wyglądał weekend baraży o awans do przyszłorocznych kwalifikacji Pucharu Davisa. Rywalizację zamknęła niedziela 20 września 2026 roku. Wśród przegranych znalazły się dwie reprezentacje, które liczyły na znacznie więcej – Polska i Grecja ze Stefanosem Tsitsipasem w składzie.

Spotkania rundy rozegrano od piątku do niedzieli, 18-20 września. Polska przegrała z Australią 1:3 i tym samym nie zagra w przyszłorocznych kwalifikacjach do Pucharu Davisa. To wynik, który na kolejny sezon zamyka biało-czerwonym drogę do turnieju finałowego.

Tsitsipas walczył do końca, ale to nie wystarczyło

Najwięcej emocji dostarczył pojedynek Słowacja – Grecja, zakończony wynikiem 2:3 na niekorzyść Greków. Stefanos Tsitsipas zdobył dla swojej drużyny dwa punkty – i tyle, na odwrócenie losów rywalizacji to nie starczyło. W pierwszej grze Alex Molcan rozbił Stefanosa Sakellaridisa 6:1, 6:1. Tsitsipas odpowiedział w czwartym meczu, pokonując Molcana 6:2, 3:6, 4:6. W deblu górą byli jednak Milos Karol i Lukas Pokorny, którzy okazali się lepsi od duetu Stefanos Tsitsipas/Petros Tsitsipas, wygrywając 7:6(4), 6:3. O losie całego starcia zadecydował dopiero piąty, decydujący mecz – Stefanos Sakellaridis przegrał w nim z Norbertem Gombosem 4:6, 6:7(4), co przypieczętowało porażkę Grecji.

Równie dramatyczny przebieg miało spotkanie Tajwan – Szwecja, zakończone zwycięstwem Tajwańczyków 3:2. Chun Hsin Tseng nie zostawił szwedzkim rywalom złudzeń, pokonując najpierw Karla Friberga 6:3, 6:0, a następnie Olle Wallina 6:1, 6:4. Ostateczne rozstrzygnięcie zapadło jednak dopiero w ostatnim pojedynku, gdy Tung-Lin Wu pokonał Maxa Dahlina 6:4, 6:4, dając Tajwanowi awans do kwalifikacji.

Serbia bez straty punktu, Japonia i Argentyna też awansują

W pozostałych trzech starciach emocji było już zdecydowanie mniej – rozstrzygnięcia zapadły jednoznacznie. Serbia rozgromiła Litwę 4:0, nie oddając rywalom ani jednego punktu. Japonia poradziła sobie z Nową Zelandią, wygrywając 3:1, a Argentyna pokonała Turcję również 3:1. Dzięki tym wynikom Japonia, Serbia oraz Argentyna dołączyły do Tajwanu w gronie zespołów, które zapewniły sobie miejsce w przyszłorocznych kwalifikacjach do Pucharu Davisa.

Dla Polski i Grecji weekend oznacza natomiast czekanie na kolejną szansę. Obie reprezentacje będą musiały odczekać co najmniej rok, by ponownie powalczyć o awans do najbardziej prestiżowych rozgrywek drużynowych w męskim tenisie.

Włosi od kilku sezonów po prostu rządzą w Pucharze Davisa, więc trudno się dziwić, że w składzie broniących tytułu Włoch po raz kolejny znajdziemy Jannika Sinnera. Jako obrońcy trofeum mieli oni zagwarantowane miejsce w turnieju finałowym 2026 bez konieczności przechodzenia przez kwalifikacje – impreza odbędzie się w Bolonii.

W sobotę 19 września do Włochów dołączyły cztery kolejne reprezentacje: Czechy, Korea Południowa, Austria i Kanada. Ostatnie spotkania kwalifikacyjne rozegrano w niedzielę 20 września. Jeszcze przed tym dniem dwa zespoły miały sprawę praktycznie załatwioną – Wielka Brytania i Hiszpania prowadziły w swoich meczach 2:0. Inaczej wyglądało starcie Niemiec z Chorwacją, gdzie po dwóch pojedynkach było 1:1.

Niemcy odrabiają straty i awansują

W pierwszym singlu Alexander Zverev pokonał Mateja Dodiga 6:4, 7:6(3). Chwilę później Daniel Altmaier przegrał z Dino Prizmiciem 4:6, 3:6 i na tablicy pojawił się remis. O przechyleniu szali zdecydował debel – Kevin Krawietz i Tim Puetz rozprawili się z parą Nikola Mektić / Mate Pavić 7:5, 6:2. W decydującym, czwartym meczu singlowym Zverev dopełnił dzieła, wygrywając z Prizmiciem 6:2, 6:4. Niemcy triumfowali 3:1 i awansowali do turnieju finałowego.

Wielka Brytania nie zostawiła Ekwadorowi żadnych złudzeń, wygrywając 4:0. Toby Samuel pokonał Andresa Andrade 4:6, 6:4, 6:1, a Arthur Fery był górą nad Alvaro Guillenem Mezą 7:5, 6:0. W deblu Henry Patten i Neal Skupski ograli Gonzalo Escobara i Diega Hidalgo 6:3, 6:4. Na koniec Harry Wendelken przypieczętował komplet zwycięstw, pokonując Angela Veliza 6:2, 6:3.

Równie pewnie zagrała Hiszpania, rozbijając Chile 4:0. Rafael Jodar nie dał szans Cristianowi Garinowi, triumfując 6:0, 6:2, a Martin Landaluce pokonał Matiasa Soto 6:2, 6:3. W deblu Pedro Martinez i Jaume Munar rozgromili parę Tomas Barrios Vera / Alejandro Tabilo 6:0, 6:3. Wcześniej Daniel Merida musiał uznać wyższość Tabilo, który wygrał pierwszego seta – ale to i tak Hiszpanie ostatecznie zdominowali tę rywalizację.

Zarówno w starciu Wielka Brytania – Ekwador, jak i Hiszpania – Chile o triumfie faworytów zdecydowali debliści. Dzięki temu w kolejnych meczach singlowych na kort mogli wyjść zawodnicy rezerwowi. Komplet zwycięstw i jedna zacięta rywalizacja z Niemcami – i obsada turnieju finałowego w Bolonii jest już znana. Włosi bronić będą tytułu na własnym terenie, a za rywali będą mieli między innymi Czechy, Koreę Południową, Austrię, Kanadę, Niemcy, Wielką Brytanię i Hiszpanię.

„F1 oficjalnie utrzymuje chęć organizacji GP Kataru i GP Abu Zabi zgodnie z planem” — brzmi oficjalne stanowisko Formuły 1. W padoku krąży jednak zupełnie inna wersja wydarzeń.

Nieoficjalnie zespoły miały już dostać sygnał, że sezon 2026 zakończy się nie w Zatoce Perskiej, a w Europie. Niepewność dotyczy dwóch ostatnich rund obecnego kalendarza — GP Kataru oraz GP Abu Zabi. Na Bliskim Wschodzie wciąż trwa napięcie związane z konfliktem zbrojnym, a zespoły F1 i firmy z nimi współpracujące mają obecnie wykluczać wysyłanie tam swoich ludzi. Problem to nie tylko spór Iranu z USA — dochodzą do tego coraz ostrzejsze ataki Huti na Arabię Saudyjską.

Wskazywanym rozwiązaniem jest Imola. Tor pod Bolonią, na którym w ostatnich latach organizowano GP Emilia Romagna, może wrócić do kalendarza Formuły 1. Jak podaje włoski oddział Motorsportu, zespoły zaczęły już rezerwować pokoje hotelowe tuż przy torze — a w świecie F1 to zwykle mówi więcej niż jakikolwiek oficjalny komunikat. Ekipy dostają informacje o zmianach w kalendarzu na długo przed ich potwierdzeniem właśnie po to, żeby zdążyć zabukować hotele i loty przed konkurencją. Plan zakłada, że finał sezonu 2026 odbędzie się w Imoli 6 grudnia — dokładnie w terminie, w którym pierwotnie miał gościć GP Abu Zabi.

Oficjalne potwierdzenie może pojawić się najwcześniej w październiku. Do tego czasu organizatorzy wyścigów w Katarze i Abu Zabi trzymają się swojej wersji: zapewniają o bezpieczeństwie imprez i na razie nie zamierzają ich odwoływać, a bilety na obie rundy wciąż są w sprzedaży. F1 ma zresztą powody, żeby nie spieszyć się z ogłoszeniami — jednostronne odwołanie GP Kataru i GP Abu Zabi może oznaczać wielomilionowe kary zapisane w umowach z organizatorami.

Dlaczego akurat Imola i dlaczego 6 grudnia

Wybór padł na Imolę nieprzypadkowo. Tor ma doświadczenie w organizacji zawodów F1 i jest traktowany jako główny wariant awaryjny. Wcześniej rozważano GP Portugalii i GP Turcji, ale Portimao i Stambuł przechodzą właśnie renowację przed planowanym powrotem do kalendarza F1 w 2027 roku — co eliminuje je z gry na sezon 2026.

Data 6 grudnia też nie jest przypadkowa — to najpóźniejszy moment, w którym europejski tor w ogóle może przyjąć Formułę 1. Na przełomie listopada i grudnia większość obiektów na Starym Kontynencie nie nadaje się do organizacji wyścigów ze względu na zbyt niskie temperatury. Rezygnacja z GP Kataru i GP Abu Zabi oznaczałaby skrócenie sezonu o jedną rundę — jeśli plany się potwierdzą, kalendarz 2026 zamknie się na 22 wyścigach.

Sprawę komplikuje logistyka. W pierwotnym kalendarzu sezonu 2026 GP Las Vegas zaplanowano na 21 listopada, GP Kataru na 29 listopada, a GP Abu Zabi na 6 grudnia. Na wyścigi bliskowschodnie zwykle wysyła się osobny fracht ze sprzętem — inaczej nie dotarłby on z Las Vegas do Zatoki Perskiej na czas. Ze względów logistycznych i finansowych nie da się dostarczyć sprzętu do Europy tak, by rozegrać tu dwa wyścigi na przełomie listopada i grudnia. Stąd mowa tylko o jednej, ostatniej rundzie w Imoli, a nie o przeniesieniu obu bliskowschodnich Grand Prix.

To nie pierwszy raz, kiedy wojna w regionie miesza plany F1. Z powodu konfliktu w Iranie wcześniej odwołano kwietniowe GP Bahrajnu i GP Arabii Saudyjskiej. Wyścig w Bahrajnie ostatecznie udało się uratować — w październiku odbędzie się gościnnie na torze w Malezji, choć sfinansuje go arabskie państwo. Czy podobny ratunek czeka Katar i Abu Zabi, czy oba wyścigi znikną z kalendarza na rzecz Imoli? Odpowiedź ma paść najwcześniej w październiku.

„Dziki Warszawa – Rasta Vechta 82:93 (19:16, 29:24, 17:27, 22:26)” – taki wynik zamknął finał 4. rundy turnieju kwalifikacyjnego do koszykarskiej Ligi Mistrzów, rozgrywanego w Bułgarii. Warszawianie do meczu o awans podeszli po kompletnie trzech zwycięstwach w turnieju. Na ostatniej przeszkodzie musieli jednak uznać wyższość drużyny z Niemiec.

O losach spotkania zadecydowała trzecia kwarta. Rasta Vechta wygrała tę odsłonę aż 27:17 i to właśnie wtedy odwróciła przebieg całej rywalizacji. Jeszcze przed jej zakończeniem prowadzili Niemcy, 64:60, a kluczowy moment nadszedł wraz z rzutem za trzy punkty Timo Lanmullera – po nim tablica wskazywała już 76:67 dla gości. Dziki tej straty nie zdołały odrobić, choć ostatnią kwartę wygrały w miarę wyrównanie, 22:26.

Statystyki rzutowe od razu pokazują, gdzie warszawska drużyna zgubiła mecz. Za trzy punkty Dziki trafiły zaledwie 8 na 30 prób – przy tak dużej liczbie oddanych rzutów słaba skuteczność musiała odbić się na całym ataku. Liderem strzelców gospodarzy był Joseph Girard, autor 19 punktów przy 7 z 21 z gry. Dziesięć punktów, po trafieniu 4 z 11 rzutów, dołożył Zane Waterman. Resztę ataku Dzików rozłożyli: Kamiński (10), Ashton (10), Kempa (9), Luke (8), Krasuski (6), Osunniyi (5), Frąckiewicz (5) oraz Adetukasi, który do kosza nie trafił w ogóle.

Weidemann rozstrzygnął mecz

Po stronie zwycięzców z Dolnej Saksonii błysnął 27-letni Nelson Weidemann – w zaledwie 24 minuty na parkiecie zdobył 25 punktów, trafiając 9 z 13 rzutów z gry. Blisko dwucyfrówki punktowej dorzucił też Justin Edler-Davis, kończąc mecz z 18 punktami na koncie. To właśnie skuteczność tego duetu, zestawiona z fatalną trzecią kwartą gospodarzy, przesądziła o triumfie Rasta Vechta.

Porażka w finale nie oznacza jednak końca europejskich pucharów dla Dzików Warszawa. W tym sezonie zespół zagra w rozgrywkach FIBA Europe Cup.

„Kacper Formela (21-6) po ciężkiej walce pokonał Leo Brichtę (14-8, 1 N/C) na gali XTB KSW 121 w Libercu” – taki wynik ogłoszono zaraz po werdykcie sędziów. Przed pojedynkiem bilans Polaka wynosił 21 zwycięstw i 6 porażek. Jego czeski rywal wchodził do klatki z dorobkiem 14 wygranych, 8 przegranych i jedną walką bez wyniku.

Pierwsza runda należała do Brichty. Czech wykorzystał przewagę zasięgu, narzucił kontrolę nad środkiem klatki i regularnie sięgał po lowkicki. Formela musiał zmienić plan – i to szybko.

Przełom w drugiej rundzie

Gdy Brichta zaczął trafiać mocnymi ciosami, Formela odpowiedział obaleniem. Utrzymanie przeciwnika na macie okazało się jednak zadaniem trudnym – Polak wyraźnie miał problem z kontrolą pozycji. W trakcie wymiany przyjął mocne kolano, ale mimo to zdołał obalić rywala po raz drugi. Próbował też zakończyć sprawę poddaniem. Bez skutku.

Rozstrzygnięcie przyszło w trzeciej rundzie. Niespełna pół minuty po jej rozpoczęciu Formela zaliczył kolejne, tym razem decydujące obalenie. Od tego momentu to on dyktował warunki na parterze, systematycznie atakując coraz bardziej zmęczonego Brichtę ciosami na głowę i tułów. W ostatnich sekundach walki dołożył jeszcze serię mocnych hammerfistów i zamknął rundę zdecydowanie na swoją korzyść.

Werdykt sędziów wyszedł niejednoznaczny, choć ostatecznie korzystny dla Polaka. Dwóch arbitrów wypunktowało walkę 29-28 i 30-27 na korzyść Formeli, trzeci widział remis 28-28. Ostatecznie Kacper Formela wygrał przez decyzję większościową.

Formela, znany w środowisku jako „Polski Machida”, to były tymczasowy mistrz FEN, który wcześniej walczył już o tymczasowy pas wagi piórkowej KSW. Reprezentuje klub Mighty Bulls Gdynia i obecnie rywalizuje w kategorii lekkiej organizacji KSW.

„Iwo Baraniewski stoczył czwarty pojedynek w organizacji UFC” – tak najprościej można opisać kolejny rozdział kariery Polaka. Tym razem jednak historia potoczyła się inaczej niż w trzech poprzednich odsłonach. Baraniewski wystąpił na gali UFC 331 w Los Angeles, rozegranej 19 września. Naprzeciw niego stanął Alonzo Menifield, a starcie – wbrew dotychczasowym przyzwyczajeniom kibiców Polaka – rozciągnęło się na wszystkie trzy rundy. Po ich zakończeniu sędziowie nie byli jednomyślni, ale ostatecznie zwycięstwo przypadło Amerykaninowi.

Przy okazji gali Kalifornijska Komisja Sportowa opublikowała listę oficjalnych zarobków zawodników walczących tego wieczoru. Wynika z niej, że Iwo Baraniewski za swoją walkę zainkasował 50 tysięcy dolarów. To jednak tylko kwota podstawowa – komisje sportowe ujawniają wyłącznie bazowe wypłaty za walki, bez dodatkowych bonusów, które przyznaje sama organizacja.

Bez premii, ale i bez wcześniejszych porażek

Tym razem Polak nie może już liczyć na dopłatę za efektowne starcie, czyli nagrodę Performance of the Night. Zgarniał ją po każdym z trzech poprzednich pojedynków w UFC. To realna strata w portfelu – bonus ten wynosi od tego roku aż 100 tysięcy dolarów, czyli dwa razy więcej niż podstawowa wypłata za samą walkę.

Powód jest prosty. Starcie z Menifieldem okazało się pierwszą porażką Iwo Baraniewskiego w całej karierze MMA. Polak rywalizuje zawodowo od 2023 roku i aż do tego pojedynku pozostawał niepokonany. To był też pierwszy pojedynek w jego karierze, który powędrował na pełny dystans trzech rund – wcześniej Baraniewski załatwiał sprawę znacznie szybciej.

Statystyki mówią same za siebie. Przed starciem z Amerykaninem Polak stoczył osiem pojedynków i każdy z nich wygrał już w pierwszej rundzie. Siedem razy kończył rywalizację nokautem, dwukrotnie zmuszał przeciwnika do poddania. Gala UFC 331 w Los Angeles przerwała więc nie tylko serię zwycięstw, ale i serię błyskawicznych rozstrzygnięć, które uczyniły z niego jedną z bardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego MMA za oceanem.

Już w pierwszej rundzie wszyscy sędziowie widzieli tylko jedną bokserkę na ringu. Elżbieta Wójcik rozprawiła się z Irlandką Clioną Darcy w ćwierćfinale mistrzostw Europy w boksie w Sofii, w kategorii +80 kg, i medal ma już w kieszeni.

Walka nie pozostawiła złudzeń. Sędziowie wystawili noty 30-27, 30-25, 30-26, 30-26 i 38-25 na korzyść Polki – werdykt zapadł jednogłośnie. Pod koniec trzeciej rundy arbiter liczył Darcy. To chyba najlepiej opisuje, jak wyglądał ten pojedynek.

30-letnia Wójcik wywalczyła miejsce w półfinale, a to gwarantuje jej co najmniej brąz mistrzostw Europy w Sofii. Dla Polski to pierwszy medal tegorocznego czempionatu.

Powrót po macierzyństwie

Droga do Sofii nie była łatwa. W kwietniu ubiegłego roku Wójcik urodziła córkę Polę i już kilka tygodni po porodzie wróciła do treningów. Dziś widać, że ten wysiłek się opłacił – medal kontynentalnego czempionatu to najlepszy dowód.

Wójcik nie jest jedynym powodem do zadowolenia w polskiej ekipie. W niedzielę do ćwierćfinału w kategorii +65 kg awansował też Bartłomiej Rośkowicz. Pokonał Hiszpana Oiera Ibarreche Conde niejednogłośnie na punkty, wynikami 27-30, 30-27, 30-27, 30-27, 28-29.

Gorzej wypadł Oskar Safaryan w kategorii +90 kg – przegrał niejednogłośną decyzją sędziów z Rosjaninem Davidem Surovem, wynikami 27-30, 29-28, 27-30, 27-30, 27-30.

Sobotni wieczór w Toruniu miał tylko jeden scenariusz: „KH Energa Toruń w meczu 3. kolejki TAURON Hokej Ligi pokonała na własnym terenie BS Polonię Bytom 4:1″. Gospodarze wywalczyli komplet punktów bez większych niespodzianek.

Przez długi czas pierwszej połowy meczu główną postacią był bramkarz gospodarzy Roman Kałmykow – Polonia po prostu nie potrafiła go pokonać. W 21. minucie Kazach obronił dwie kolejne próby Mroczkowskiego, a po drugiej stronie lodowiska równie skutecznie interweniował Tobiasz Jaworski, trzymając wynik na zero. Efekt? Po pierwszej tercji tablica wciąż pokazywała 0:0.

Druga odsłona wyglądała już zupełnie inaczej. W 29. minucie (zapis 28:08) Santeri Peltola wykorzystał grę w przewadze czterech na trzech i otworzył wynik – przy asystach Roberta Arraka i Chikary Hanzawy. Torunianie nie zwalniali. W 32. minucie (32:12) Robert Arrak huknął mocnym uderzeniem z ostrego kąta po podaniach Peltoli i Wiaczesława Kolesnikowa. Chwilę później, w 35. minucie (34:16), do głosu doszedł Daņiła Larionovs, który sprzed bulika wpakował krążek pod poprzeczkę po asyście Roberta Ossipova. Po 40 minutach gry Energa prowadziła już 3:0 – i z takim wynikiem zeszła na drugą przerwę.

Dublet Łotysza i obroniony gol na wideoweryfikacji

Trzecia tercja przyniosła kolejne trafienie Larionovsa. W 42. minucie (41:59), przy przewadze pięciu na czterech, Łotysz dołożył drugą bramkę – asystowali Chikara Hanzawa i Santeri Peltola. To dało torunianom komfortowe 4:0 i skompletowało dublet napastnika. Kałmykow wciąż stał na wysokości zadania: w 45. minucie obronił kolejną próbę Mroczkowskiego oraz uderzenie Bujalskiego. W 52. minucie sędziowie sięgnęli po wideoweryfikację, sprawdzając, czy krążek przekroczył linię bramkową – analiza gola jednak nie potwierdziła. Cztery minuty później, w 56. minucie (55:41), Polonia wreszcie przełamała Kałmykowa: Kamil Górny huknął zza bramki, krążek odbił się od pleców golkipera i wpadł do siatki, a przy tej akcji asystowali Ołeksij Worona i Jakub Kubeš. Był to jednak wyłącznie gol honorowy – trzecia tercja zakończyła się wynikiem 1:1, a cały mecz liczbą 4:1 dla gospodarzy.

Ekipa prowadzona przez Samiego Hirvonena miała wyraźną przewagę w liczbie oddanych strzałów – 33 wobec 24 zespołu Andrzeja Świstaka. W statystykach kar było z kolei 10 minut dla Torunia i 8 minut dla Bytomia. Nad przebiegiem spotkania czuwali sędziowie główni Patryk Kasprzyk i Rafał Noworyta, a w roli liniowych wystąpili Piotr Kot i Igor Dzięciołowski. Na trybunach zasiadło 1498 widzów.

Dzięki temu zwycięstwu KH Energa Toruń przynajmniej chwilowo wskoczyła na fotel lidera tabeli TAURON Hokej Ligi.

„36. miejsce w rankingu FIFA to najniższa pozycja Polski od listopada 2015 roku”. Ten jeden fakt mówi więcej niż niejedna taktyczna analiza przed zgrupowaniem, które rusza w poniedziałek. Reprezentacja Jana Urbana zbierze się przed czterema meczami w 15 dni: z Bośnią i Hercegowiną (25.09), Szwecją (28.09), Rumunią (02.10) i ponownie z Bośnią (05.10).

To już nie jest gra o marzenia. Polska spadła z Dywizji A Ligi Narodów do Dywizji B, nie zakwalifikowała się na mistrzostwa świata w 2026 roku i po raz pierwszy od MŚ 2014 obejrzy duży turniej wyłącznie w telewizji. Do Euro 2024 awansowała dopiero przez baraże. W eliminacjach ostatnich dwóch wielkich imprez komplet punktów wyrywała jedynie z Wyspami Owczymi, Litwą i Maltą — nawet z Mołdawią czy Finlandią nie potrafiła wygrać obu meczów.

Historia się powtarza, ale gorzej

Ostatnim selekcjonerem, który musiał podnosić kadrę po nieudanych eliminacjach do turnieju mistrzowskiego, był w 2013 roku Adam Nawałka. Miał wtedy komfort, o jakim Urban może dziś tylko pomarzyć: dziesięć miesięcy i pięć zgrupowań, w tym jedno ligowe, na budowę zespołu, siedem meczów kontrolnych przed pierwszym spotkaniem o stawkę i aż 55 sprawdzonych piłkarzy do starcia z Gibraltarem, które skończyło się wynikiem 7:0.

Urban takiego luksusu nie ma. Do startu eliminacji Euro 2028, które rozpoczną się w marcu — rok po przegranym finale baraży ze Szwecją — spotka się z zawodnikami zaledwie na trzech zgrupowaniach. Na przełomie maja i czerwca kadra rozegrała mecze kontrolne z Ukrainą i Nigerią, a teraz czeka ją sześć spotkań o punkty Ligi Narodów. Stawka jest brutalnie prosta: pierwsze miejsce w grupie to awans do Dywizji A, drugie baraż o awans, trzecie baraż o utrzymanie, a czwarte spadek do Dywizji C.

Za czasów Nawałki Robert Lewandowski miał 26 lat i właśnie przechodził jako król strzelców Bundesligi z Borussii Dortmund do Bayernu Monachium, a Grzegorz Krychowiak zapracowywał na transfer ze Stade Reims do Sevilli. Dziś Lewandowski ma 38 lat i gra w MLS, a Jan Bednarek, lat 30, występuje w FC Porto. Od odejścia Krychowiaka z kadry na pozycji defensywnego pomocnika przewinęło się przez „szóstkę” ośmiu różnych zawodników, a najlepiej radził sobie na niej 32-letni Piotr Zieliński.

Młodzież też nie daje wytchnienia. Jakub Kamiński jest dziś rezerwowym Benfiki — w niedzielnym klasyku ligi portugalskiej z FC Porto zagrał tylko z ławki. Oskar Pietuszewski wszedł na kilka minut w tym samym meczu, to był jego pierwszy występ po dwumiesięcznej przerwie spowodowanej urazem, ale na zgrupowaniu reprezentacji się nie pojawi.

Jan Urban powołał 26 piłkarzy. Tylko ośmiu z nich gra na co dzień w lidze TOP5, a dziewięciu pozostałych — nie licząc Lewandowskiego — reprezentuje kluby z lig saudyjskiej, portugalskiej, azerskiej, tureckiej lub polskiej. Do dyspozycji selekcjoner ma dwóch zdrowych bramkarzy: Marcina Bułkę z klubu w Arabii Saudyjskiej i Mateusza Kochalskiego z Wieczystej Kraków — Kamil Grabara, rezerwowy Juventusu, odpadł przez uraz kolana. Kontuzjowany jest też Adrian Benedyczak.

Urban przejął kadrę po Michale Probierzu w połowie eliminacji do mistrzostw świata i przegrał z drużyną finał baraży o MŚ 2026 ze Szwecją. Teraz, jak można usłyszeć w otoczeniu reprezentacji, Liga Narodów ma być prawdziwą weryfikacją jego pracy. Przy 36. miejscu w rankingu FIFA i kadrze złożonej w większości z piłkarzy spoza czołowych lig, ta weryfikacja zapowiada się surowo.

Instalacja aplikacji
Pobierz