„Julia Szeremeta (Polska) – Stanimira Petrowa (Bułgaria) 1:4” – taki werdykt zapisano po walce 1/8 finału mistrzostw Europy w boksie w Sofii w kategorii do 57 kg. Sędziowie punktowali starcie 29:28, 28:29, 27:30, 27:30 i 27:30, a w rundach było to 1:4, 2:3, 0:5 dla Bułgarki.
Rywalką Szeremety była Stanimira Petrowa, zawodniczka mająca niespełna 36 lat – i nie był to byle jaki przeciwnik. Petrowa to była mistrzyni świata, dwukrotna mistrzyni Europy i trzykrotna olimpijka. Wcześniej walczyła głównie w kategorii 54 kg, więc starcie z Polką w 57 kg było dla niej swego rodzaju eksperymentem wagowym.
Droga Bułgarki do tego pojedynku sama w sobie jest opowieścią o powrocie. Po ćwierćfinale olimpijskim w Paryżu Petrowa zniknęła ze sportowych aren na niemal dwa lata. W tym czasie urodziła dziecko, a do treningów wróciła na początku 2026 roku. W Sofii w pierwszej walce pokonała Słowaczkę Bibianę Lovasovą, doprowadzając ją do liczenia – dowód, że przerwa nie odebrała jej formy. Statystyka mówi jeszcze więcej: przed pojedynkiem z Szeremetą Petrowa zmierzyła się z Polkami sześciokrotnie i sześć razy wygrała.
Debiut w seniorskiej kadrze
Dla Szeremety, wicemistrzyni olimpijskiej z Paryża, to były pierwsze seniorskie mistrzostwa Europy w karierze. Rok wcześniej, na młodzieżowych mistrzostwach Europy w Budapeszcie, sięgnęła po złoto, więc oczekiwania rosły. Sezon 2026 nie układał się jednak po jej myśli. W kwietniu w Foz do Iguaçu przegrała pierwszą walkę na Pucharze Świata w Brazylii, gdzie triumfowała ostatecznie Vlagyiszlava Kukhta – zawodniczka urodzona w Kazachstanie, reprezentująca Węgry.
Po tamtej porażce trener Tomasz Dylak zdecydował o przerwie w walkach ringowych, zauważywszy u zawodniczki niepokojące tendencje. Nie zabrał jej nawet na Puchar Świata do Chin. Sama Szeremeta przyznała, że czekanie było trudne: „Kiedy widziałam, jak dziewczyny i chłopaki boksują, chciałam wejść do ringu. Trenerzy jednak mnie powstrzymywali, miałam zakaz na zasadzie 'jeszcze nie, nie robimy boksu’. Byłam w przygotowaniach, ale nie boksowałam”.
Do ringu wróciła dopiero pod koniec sierpnia, na Międzynarodowych Mistrzostwach Śląska w Gliwicach, gdzie wygrała trzy walki. Łatwo jednak nie było – była młodzieżowa mistrzyni Europy Niamh Fay mocno dała się jej we znaki. Ten turniej miał być testem przed Sofią. Sofia okazała się z kolei zderzeniem z zawodniczką o zupełnie innym bagażu doświadczenia.
Polskie barwy w Sofii reprezentowała też Aneta Rygielska, która w pierwszej walce mistrzostw trafiła na mocną Turczynkę Gizem Özer. Özer rok wcześniej nie mogła wystąpić w Liverpoolu, bo zabronił jej tego lekarz zawodów – w Sofii wróciła na ring i stanęła naprzeciw Polki.
„Pustki na trybunach” – tak najkrócej można opisać moment, w którym najmłodsi adepci Akademii Hokejowej Cracovia Canpack wyjechali na lód, by pokazać się kibicom podczas jubileuszu klubu. Zamiast owacji zobaczyli w większości opróżnioną halę.
Comarch Cracovia świętowała 120-lecie klubu podczas domowej inauguracji sezonu 2026/27. Na tę okazję przygotowano odnowioną taflę lodowiska i nowe, profesjonalne oświetlenie. Nagrodzono legendarnych zawodników klubu, a kibice mogli na własne oczy zobaczyć drużynę mistrza Polski sprzed dwudziestu lat. Hokeiści Cracovii zagrali w specjalnych bluzach stylizowanych na dawne lata klubu – sam ten gest w stronę historii wypadł zresztą całkiem nieźle.
Piosenkarka zamiast dzieci – i pusta hala
Problem zaczął się w harmonogramie wydarzeń po meczu. Bezpośrednio po zakończeniu spotkania na tafli zaplanowano występ zaproszonej piosenkarki Sylwii Przybysz. Po końcowej syrenie, jeszcze przed jej wejściem na lód, część tradycyjnych kibiców hokejowych po prostu wyszła. Zostali głównie fani artystki, czekający na rozrywkową część wieczoru.
A prezentację najmłodszych adeptów hokeja z Akademii Hokejowej Cracovia Canpack zaplanowano na sam koniec całego bloku. Gdy dzieci wyjechały na taflę, żeby się pokazać, hala była już w większości pusta. Kilkadziesiąt minut celebrowania klubowej historii, legend i mistrzowskiej drużyny z przed dwudziestu lat skończyło się tym, że najmłodsi wychowankowie zostali praktycznie sami – bez publiczności.
„Ten mecz był dobrą lekcją dla nas i jestem pewny, że zagramy dużo lepiej już w piątek z GieKSą” — powiedział Joel Olkkonen po porażce Zagłębia Sosnowiec z GKS-em Tychy. Fin miał do tego szczególny powód — to właśnie on strzelił jedynego gola swojej drużyny w tym meczu.
TAURON Hokej Liga dopiero się rozkręca, ale w niedzielę, w trzeciej serii gier sezonu 2026/2027, oczy kibiców zwrócone były w jedną stronę — na mecz medalistów poprzedniej edycji mistrzostw Polski. ECZD Zagłębie Sosnowiec podejmowało na Stadionie Zimowym w Sosnowcu aktualnego mistrza kraju, GKS Tychy. Nad przebiegiem spotkania czuwał sędzia Paweł Kosidło.
Pierwsza tercja minęła bez goli, 0:0. Lód przełamał w drugiej odsłonie Henri Knuutinen, fiński skrzydłowy GKS-u Tychy, wpisując się na listę strzelców jako pierwszy. Sezon zaczął mocno — po trzech kolejkach ligowych ma już siedem punktów w klasyfikacji kanadyjskiej, na co złożyły się cztery gole i trzy asysty.
Zagłębie nie zostało dłużne i odpowiedziało efektowną akcją. Jedynego gola dla gospodarzy strzelił Joel Olkkonen, pokonując bramkarza Tomáša Fučíka po pięknej solowej akcji. Dla 33-letniego Fina, byłego kapitana Ostersunds HK, był to pierwszy gol w rozgrywkach THL.
Na tablicy wyników ostatecznie zapisano 4:1 dla przyjezdnych z Tychów.
Cenna lekcja przed piątkowym starciem
Strzelec gola dla Zagłębia nie krył, że indywidualny sukces nie zastępuje wygranej całego zespołu. „Oczywiście, zawsze miło jest strzelić gola, ale zawsze dbam o to, żeby drużyna wychodziła zwycięsko z każdego meczu. Tego niestety nam wczoraj zabrakło” — przyznał Olkkonen.
Obrońca sosnowickiego zespołu ocenił cały mecz krytycznie, choć wynik na tablicy mógł sugerować wyrównaną walkę. „To był dla nas naprawdę ciężki mecz. Nawet przy wyniku 1:4 dla rywali. Myślę, że popełniliśmy sporo błędów, zarówno podczas gry z krążkiem, jak i bez krążka. Grając w ten sposób dawaliśmy Tychom dużo szans na gola” — mówił Fin.
My także kreowaliśmy swoje szanse w tym pojedynku, ale w tercji rywala brakowało skuteczności.
Olkkonen zapowiedział jednak poprawę już w najbliższym meczu. „Ten mecz był dobrą lekcją dla nas i jestem pewny, że zagramy dużo lepiej już w piątek z GieKSą” — podsumował. Kolejny mecz Zagłębia Sosnowiec zaplanowano na piątek, a rywalem będzie GKS Katowice.
„Masz lepszych piłkarzy, więc umiejętności są wysokie, więc co za tym idzie, że musisz szybciej myśleć, wszystko szybciej robić. To jest najcięższe” – tak Oskar Wójcik opisuje różnicę między Ekstraklasą a Bundesligą po swoich pierwszych tygodniach w Niemczech.
Środkowy obrońca zadebiutował w Bundeslidze w meczu Werderu Brema z Augsburgiem, który zakończył się wynikiem 3:2. Spotkanie rozegrano w 4. kolejce sezonu. Sam transfer był dopięty dużo wcześniej – Werder oficjalnie ogłosił sprowadzenie reprezentanta Polski 9 lipca.
Na debiut trzeba było jednak czekać dłużej, niż zakładano. Wójcik przyznał w rozmowie z „Gazetą Krakowską”, że w walce o miejsce w składzie przeszkodziły mu problemy zdrowotne. „Na debiut czekałem, bo miałem uraz, który wykluczył mnie na trzy tygodnie, ale już wszystko jest w porządku” – powiedział obrońca.
O powrocie do gry uprzedził go sam trener. „Trener powiedział mi, żebym był gotowy. No i mój pierwszy mecz w lidze w Werderze stał się faktem” – relacjonował Wójcik.
Intensywność i szybkość myślenia – to boli najbardziej
Były zawodnik Cracovii nie ma wątpliwości, gdzie leży główna różnica między polskim a niemieckim futbolem. Jak ocenił, różnica między treningami w Polsce i w Niemczech to przede wszystkim kwestia intensywności. „Myślę, że chodzi właśnie o tę intensywność” – podkreślił.
Wyższy poziom rywali wymusza inne tempo podejmowania decyzji. Jak mówi Wójcik, w Bundeslidze zawodnicy mają wyższe umiejętności, więc trzeba szybciej myśleć i szybciej wszystko robić – a to, jego zdaniem, najtrudniejszy element całej adaptacji.
Obrońca ma teraz sporo czasu, by przygotować się do kolejnych starć o miejsce w składzie. Werder zagra znów 9 października, a rywalem będzie Borussia Dortmund.
„Nie jest jeszcze w formie. To nie jest Vinicius, który wygrywa pojedynki jeden na jednego, który zabija rywala, ale bardzo dużo pracuje” – tak Jose Mourinho podsumował występ swojego skrzydłowego po meczu z Interem Mediolan. Słowa padły w momencie, gdy Vinicius Junior coraz częściej ogląda mecz z ławki, nie z pierwszego składu.
Portugalski trener zmienił Brazylijczyka już czwarty raz z rzędu. W derbach z Atletico Madryt zdjął go w 54. minucie – Real przegrał to spotkanie 1:2, a Kylian Mbappe, w przeciwieństwie do Viniciusa, grał całe 90 minut. To nie był odosobniony przypadek. W meczu z Interem Mediolan Vinicius zszedł w 87. minucie, przeciwko Rayo Vallecano w 89., a ze spotkania z Elche zdjęto go już w 68. minucie.
Różnica w minutach między Mbappe i Viniciusem robi się z tygodnia na tydzień wyraźniejsza. Francuz rozegrał siedem pełnych meczów, Brazylijczyk tylko trzy. Mbappe ma już 720 minut na koncie, Vinicius – 652. Jak zauważa hiszpańska „Marca”, cierpliwość Mourinho do 26-letniego skrzydłowego zaczyna się kończyć.
Statystyki nie pomagają
Liczby nie stają po stronie Viniciusa. Po ośmiu spotkaniach ma na koncie jedną bramkę i trzy asysty, a to jedyne trafienie to rzut karny, który sam sobie wywalczył w meczu z Betisem. Dla porównania Mbappe strzelił już osiem goli w ośmiu meczach i jest najskuteczniejszym zawodnikiem Realu w tym sezonie.
W klubowej klasyfikacji strzelców Vinicius zajmuje dopiero piąte miejsce – za Mbappe, Jude Bellinghamem, Ardą Gulerem i Carlosem Espinem. Ten ostatni przypadek boli najbardziej: Espin wyprzedził Brazylijczyka w tabeli, choć w pięciu występach spędził na boisku łącznie zaledwie 26 minut.
Dla zawodnika, który jeszcze niedawno był twarzą ataku Realu Madryt, taki spadek formy i minut brzmi jak sygnał alarmowy. Mourinho na razie tłumaczy to pracą i brakiem dyspozycji, ale liczby i decyzje na ławce mówią coś więcej – o cierpliwości, której zapasy w Madrycie systematycznie się kurczą.
„Coraz więcej wskazuje na to, że Marek Jarolim wkrótce przestanie być trenerem Arki Gdynia” — takie sygnały napływają z klubu, który jeszcze niedawno miał walczyć o szybki powrót do Ekstraklasy.
42-letni Czech prowadzi zespół od początku sezonu 2026/27. Cztery zwycięstwa, dwa remisy, trzy porażki — bilans, który jeszcze do niedawna dawał się obronić. Średnia 1,38 punktu na mecz w Betclic I lidze w Gdyni jednak przestała już satysfakcjonować kogokolwiek.
Ostatnie tygodnie tylko pogłębiły kryzys. Najpierw Arka przegrała na wyjeździe z Wartą Poznań 0:3. Potem, w niedzielę, przyszła kolejna wyjazdowa wpadka — tym razem z Pogonią Siedlce 1:2. Dwie kolejki, dwie porażki poza własnym stadionem, a pytania o przyszłość szkoleniowca robią się coraz głośniejsze.
Po meczu w Poznaniu głos zabrał prezes klubu Wojciech Pertkiewicz. Po Siedlcach zapadła cisza. Pertkiewicz nie skomentował tej porażki — a w sytuacji, gdy spekulacje narastają z dnia na dzień, samo milczenie mówi wystarczająco dużo.
„Po pierwsze: liga to maraton, a nie sprint. Przed tym meczem naszym celem było utrzymanie kontaktu z najlepszymi drużynami w tabeli. Nie zdobyliśmy nawet punktu, ale uważam, że zespół wniósł na boisko sporo energii – zwłaszcza w drugiej połowie zawodnicy pracowali bardzo dobrze. Jak dotąd przeplatamy dobre występy meczami przeciętnymi czy wręcz słabymi. Musimy złapać większą stabilność. Mamy nowy zespół i potrzeba więcej czasu, by drużyna nabrała właściwego kształtu i wypracowała odpowiednie automatyzmy w grze. Kluczem jest praca. Możemy odnieść sukces, ale musimy być bardziej efektywni i groźniejsi w ataku, jeśli myślimy o walce o czołowe pozycje” — tłumaczył Jarolim po starciu z Pogonią.
Klub już szuka następcy
Słowa o maratonie i potrzebie czasu władz klubu jednak nie przekonują. Arka Gdynia rozpoczęła już poszukiwania następcy dla Jarolima. To najmocniejszy jak dotąd sygnał, że dni czeskiego trenera na Kaszubskiej są policzone.
Trenerskie fotele płoną nie tylko w Gdyni. Po ostatniej porażce pracę w Miedzi Legnica stracił Janusz Niedźwiedź. Przypomnienie, że w I lidze cierpliwość zarządów wyczerpuje się szybko, kiedy wyniki nie przychodzą.
„Mecz Szwecja – Polska w Lidze Narodów odbędzie się już 28 września w Solnie”.
To jedno z najważniejszych spotkań wrześniowego zgrupowania obu kadr, a tuż przed nim selekcjonerzy mają pełne ręce roboty – kontuzje kładą się cieniem na przygotowaniach zarówno Polaków, jak i Szwedów. Reprezentacją Polski dowodzi Jan Urban, Szwedami zajmuje się Graham Potter.
Kadra Urbana pojedzie do Solny w osłabionym składzie. Zabraknie kontuzjowanych Kamila Grabary, Adriana Benedyczaka i Filipa Rózgi. Selekcjoner musiał więc szybko reagować i w ich miejsce dorzucił do kadry Bartłomieja Drągowskiego oraz Marcela Regułę.
Po drugiej stronie boiska sytuacja wygląda podobnie. Już w piątek pojawiła się informacja o urazie Mattiasa Svanberga, a w poniedziałek szwedzka federacja dodała kolejną złą wiadomość – na zgrupowanie nie przyjedzie także Gustaf Nilsson z Herthy BSC, również kontuzjowany. Potterowi nie pozostało nic innego, jak uzupełnić skład – powołał Williota Swedberga z Celty Vigo oraz Johna Mellberga z Red Bull Salzburg.
Nazwisko Mellberga akurat dla polskich kibiców brzmi znajomo z innego powodu. To klubowy kolega Bartosza Mazurka w Red Bull Salzburg. Sam Mazurek jednak na powołanie od Jana Urbana wciąż czeka.
Nowi w kadrze Szwecji bez pewności gry
Formy nowo powołanych trudno nazwać imponującą. Williot Swedberg w tym sezonie La Liga zaliczył sześć występów i nie zapisał na swoim koncie ani gola, ani asysty. John Mellberg wypada jeszcze skromniej – w barwach Red Bull Salzburg rozegrał w tej kampanii niespełna 90 minut.
Dla Szwedów wrzesień i początek października to prawdziwy maraton. Oprócz starcia z Polską 28 września czekają ich jeszcze dwa mecze z Rumunią – 25 września i 5 października – oraz spotkanie z Bośnią i Hercegowiną 2 października. Cztery pojedynki w Lidze Narodów w tak krótkim odstępie czasu to poważny test głębi kadrowej, a kontuzje sprawiają, że test ten zaczyna się już teraz, zanim piłka w ogóle poleci na boisko.
Buksa na razie ogląda mecze Mallorki głównie z ławki – trener sięga po niego dopiero w końcówkach spotkań. W 6. kolejce Segunda Division Polak wszedł na boisko w 73. minucie starcia z Realem Sociedad B. Osiem minut później jego drużyna strzeliła jedynego gola w tym meczu. W obecnej kampanii ma już na koncie jedną bramkę.
Segunda Division rozegrała sześć kolejek i już teraz widać wyraźnie, kto z zeszłorocznych spadkowiczów z La Ligi radzi sobie najlepiej. To Mallorca – trzecie miejsce w tabeli i Buksa wciąż czekający na swoją szansę od pierwszej minuty.
Na szczycie tabeli rządzi jednak Castellon. Rok temu drużyna ta dotarła do baraży o awans, ale odpadła w półfinale – teraz gra dużo pewniej. Pięć zwycięstw w sześciu meczach, jeden remis, i to w drugiej kolejce.
Eibar depcze liderowi po piętach, tracąc do Castellon zaledwie punkt. Porażkę zaliczył tylko raz, na inaugurację sezonu, po czym odpalił serię pięciu zwycięstw z rzędu. Castellon i Eibar – to oni na razie rozdają karty na szczycie tabeli.
Girona i Oviedo z dużym dystansem do czołówki
Pozostali beniaminkowie ze spadku radzą sobie wyraźnie gorzej. Girona zajmuje ósme miejsce z dorobkiem dziesięciu punktów. Real Oviedo jest jeszcze niżej – trzynasta pozycja i o dwa punkty mniej niż Girona. Dystans do prowadzącego Castellon robi się coraz bardziej odczuwalny.
Dla Buksy i Mallorki najbliższe tygodnie pokażą, czy trzecie miejsce w tabeli to solidna podstawa do gry o awans, czy tylko chwilowy błysk formy. Na razie Polak wciąż czeka na debiut w wyjściowym składzie, wchodząc z ławki w końcówkach spotkań.
Zawieszeń za kartki przed 10. kolejką PKO Ekstraklasy nie będzie — żaden piłkarz nie usiądzie na trybunach z tego powodu. Spokój jest jednak pozorny. Piętnastu zawodników ma na koncie po trzy żółte kartki w tym sezonie, a wystarczy jedno kolejne upomnienie, by w kolejnej kolejce zabrakło ich na boisku.
W 9. kolejce sędziowie nie pokazali żadnej czerwonej kartki nikomu z listy ostrzeżonych, więc grono zagrożonych rosło bez większych wstrząsów. Żółte kartki zebrali między innymi Krajewski z Widzewa, duet Piazon i Dermanović z Wieczystej oraz Giger i Youan z Wisły Kraków. Upomnienia dostali też zawodnicy Śląska — Shabani, Llinares i Marjanac — a także Jakubczyk i Fassbender z Korony. W Rakowie ukarano Pieńkę i Mirceticia, w GKS-ie Wędrychowskiego, w Cracovii Berte i Ltaiefa. Do listy doszli również Rodrigues i Bartos z Motoru, Janicki, Antiste i Dimi z Górnika oraz Sanca i Lewicki z Piasta. Rekordzistą kolejki okazało się Zagłębie — aż pięć nazwisk: Szymczak, Colina, Grzybek, Nalepa i Woźniak. Kartki obejrzeli też Silva i Kun z Wisły Płock, Adamski z Legii, Pereira z Lecha oraz Nunnely i Luquinhas z Radomiaka.
Kto najbliżej zawieszenia
Na granicy pauzy stoi piętnastu piłkarzy z trzema żółtymi kartkami w dorobku: Adamski z Legii, Baumgartner z Cracovii, Boisgard z Piasta, Dieguez z Radomiaka, Długosz z Korony, Dziczek z Pogoni, Jakubczyk z Korony, Klich z Cracovii, Krajewski z Widzewa, Liseth z Górnika, Maisonneuve z Wisły Kraków, Montoia z Jagiellonii, Piazon z Wieczystej, Shabani ze Śląska i Tapsoba z Radomiaka. Dla każdego z nich kolejny błąd dyscyplinarny oznacza realną groźbę przymusowej przerwy już w 11. kolejce.
Warto przy okazji spojrzeć na to, kto w tym sezonie zdążył już zobaczyć czerwień. Cracovia straciła Baumgartnera, Górnik Zabrze — Liseth. Czerwoną kartkę obejrzeli także Cuica z Pogoni Szczecin, Ba ze Śląska Wrocław, Wiśniewski z Widzewa Łódź i Maigaard z Wieczystej Kraków. Najgorzej wygląda to w Rakowie Częstochowa — czerwone kartki mają na koncie zarówno Diaby-Fadiga, jak i Tudor, przy czym ten drugi zdążył już uzbierać pięć żółtych kartek w rozgrywkach.
Przed 10. kolejką żaden klub nie traci więc zawodnika przez zawieszenie. Ale lista piętnastu nazwisk przypomina, jak cienka bywa w tej fazie sezonu granica między boiskiem a trybuną.
Poniedziałkowe notowanie WTA przyniosło Idze Świątek ubytek 500 punktów – to kara za brak obrony zeszłorocznego triumfu w Seulu. Sprawa jest czysto formalna: koreański turniej w tym sezonie gra w randze WTA 250, a rok wcześniej miał status WTA 500. Punktów nie dało się więc obronić, bo Polka w Seulu w ogóle się nie pojawiła. Zamiast tego postawiła na azjatycką trasę turniejów WTA 1000 w Pekinie i Wuhanie.
Po odliczeniu punktów za Seul Świątek ma na koncie 4119 „oczek” i wciąż zajmuje dziewiąte miejsce w rankingu. Pozycja mogła się jednak posypać – tuż za jej plecami czaiła się Ukrainka Marta Kostiuk, która w tym tygodniu miała realną szansę ją wyprzedzić. Ostatecznie nic się nie zmieniło. Kostiuk odpadła w ćwierćfinale turnieju WTA 500 w Guadalajarze i została na dziesiątej pozycji.
Szczyt tabeli wygląda tak samo jak tydzień temu. Jelena Rybakina z Kazachstanu zaczyna już drugi tydzień z rzędu jako liderka, z dorobkiem 9901 punktów. Za nią Białorusinka Aryna Sabalenka – 7875 punktów, a podium zamyka Amerykanka Jessica Pegula z 7265 „oczkami”. Czwarta jest jej rodaczka Coco Gauff (7244 punkty), piątkę najlepszych domyka Rosjanka Mirra Andriejewa z 5743 punktami.
Polskie tenisistki: awanse Chwalińskiej i Fręch
Wśród Polek najciekawiej zrobiło się wokół Mai Chwalińskiej. Nie grała w Guadalajarze, a mimo to awansowała z 26. na 25. miejsce. Na kolejną poprawę dorobku nie będzie musiała długo czekać – finalistka Rolanda Garrosa 2026 wystąpi już w tym tygodniu w turnieju WTA 500 w Singapurze.
Jeszcze mocniej w górę poszła Magdalena Fręch – z 57. na 45. lokatę. Łodzianka doszła w Meksyku do ćwierćfinału, gdzie zatrzymała ją Iva Jović. Amerykanka nie zwalniała – obroniła zeszłoroczny tytuł w tym turnieju i dzięki temu wskoczyła na najwyższą w karierze, 13. pozycję rankingu WTA.
Reszta Polek notuje wyniki bardziej mieszane. Magda Linette, która w minionym tygodniu nie grała, została na 74. miejscu. Katarzyna Kawa spadła na 131. pozycję, za to Martyna Kubka zameldowała się na najwyższej w karierze 165. lokacie. Bez zmian jest za to u Lindy Klimovicovej – Czeszka utrzymała 202. miejsce w rankingu WTA.