„W szalonym trzecim secie nasza reprezentantka zmarnowała dwa meczbole” – tak po porażce opisano sytuację Magdy Linette w decydującej partii meczu I rundy turnieju WTA 250 w Seulu. Presja na kortach twardych okazała się za duża – Polka pożegnała się z turniejem już na starcie.
Linette przegrała z Rosjanką Darią Astachową 6:3, 1:6, 6:7(2). Mecz był jazdą bez trzymanki: pierwszy set dla Polki, drugi oddany rywalce, a w trzecim – mimo dwóch meczboli na swoim koncie – to Astachowa w końcu postawiła na swoim.
Po tym niepowodzeniu w Korei Południowej Linette nie zamierza zwalniać. Do Europy nie wraca – zostaje w Azji i rusza dalej, do Chin.
Pekin i Wuhan w planach
W kalendarzu Polki są dwa spore turnieje rangi WTA 1000 na chińskiej ziemi – w Pekinie i w Wuhanie. China Open 2026 w stolicy Chin potrwa od 30 września do 11 października. W drabince głównej stanie tam 96 zawodniczek, z czego 32 dostaną wolny los na start.
Tydzień później tenisistki przenoszą się do Wuhanu – tam turniej WTA 1000 rozegrany zostanie w dniach 12-18 października. W głównej drabince zagra 56 zawodniczek, ośmiu z nich przypadnie wolny los.
Kłopot w tym, że Linette na razie nie ma gwarancji gry w głównej drabince – ani w Pekinie, ani w Wuhanie. Najpewniej czekają ją eliminacje do obu turniejów.
Chiński blok to nie tylko te dwa turnieje – w październiku rozegrane zostaną jeszcze zawody WTA 500 w chińskim Ningbo oraz japońskim Tokio. To kolejne opcje, które mogą wejść w grę, jeśli plany startowe Polki się zmienią.
„Zawodnicy dali z siebie wszystko, a więc zrobili to, czego mogę od nich wymagać. Trudno mówić więc o rozczarowaniu. Ponownie odpadamy na tym samym etapie rozgrywek, i to frustrujące” – powiedział kapitan reprezentacji Polski Mariusz Fyrstenberg po porażce z Australią w Pucharze Davisa.
Mecz odbył się na wyjeździe, na Pat Rafter Arena w Brisbane. Gospodarzy prowadził Lleyton Hewitt, a rolę lidera drużyny pełnił Alex de Minaur, dziewiąty zawodnik rankingu ATP. To właśnie on zadecydował o losach rywalizacji – wygrał oba swoje mecze singlowe, a Australijczycy dopisali do bilansu jeszcze punkt deblowy.
Jedyny punkt dla Polski zdobył Kamil Majchrzak (WKT Mera Warszawa), pokonując Jamesa Duckwortha. Dzień wcześniej Maks Kaśnikowski (Tenis Kozerki) musiał uznać wyższość de Minaura, przegrywając 3:6, 0:6. „Dobrze serwowałem w pierwszym secie, co dało mi parę łatwych punktów. Alex w drugim przyspieszył jednak grę i przestał popełniać błędy. Zagrał na poziomie, który jest dla mnie zbyt wysoki” – relacjonował Kaśnikowski.
Majchrzak odpowiedział serią, która wyrównała rywalizację na koniec pierwszego dnia. Pokonał Duckwortha 2:6, 6:3, 6:3. „Drużyna mnie poniosła. Byli ze mną przez cały czas i przekazali świetne wskazówki. Właśnie dlatego uwielbiam Puchar Davisa, bo nie wiem, czy bez chłopaków byłbym w stanie zwyciężyć. Gramy razem od dłuższego czasu i wierzę, że wspólnie możemy dokonać fajnych rzeczy. Każdy jest świetnym zawodnikiem, a atmosfera, jaką mamy w zespole, może zrobić dodatkową różnicę” – mówił Polak po zwycięstwie.
Debel przegrany w tie-breaku
Nadzieje na przełamanie rozwiał debel. Jan Zieliński (Tenis Kozerki) i Karol Drzewiecki (WKS Grunwald Poznań) nie poradzili sobie z Rinkym Hijikatą i Maksem Purcellem, przegrywając 6:7(3), 3:6. To rywale nie z przypadku – Hijikata triumfował w Australian Open 2023, a Purcell ma na koncie tytuły deblowe na Wimbledonie w 2022 roku i na US Open w 2024 roku.
„Pierwszy set był bardzo bliski, bo oba zespoły dobrze serwowały, a o wszystkim rozstrzygnął tie-break. Drugi również był wyrównany, zdecydowało jedno przełamanie. Taki jest tenis, taki jest debel” – ocenił Drzewiecki. Zieliński dodał: „Zostawiliśmy serce na korcie i daliśmy z siebie wszystko. Przygotowywaliśmy się do tego mecz przez cały tydzień. Niełatwo było grać przeciwko takiej publiczności oraz tak utalentowanym zawodnikom, ale mieliśmy na ławce świetny zespół, który cały czas nas wspierał”.
Wszystko rozstrzygnęło się w ostatnim meczu singlowym. De Minaur ponownie okazał się lepszy od Majchrzaka, wygrywając 6:3, 6:3. „Nie serwowałem zbyt dobrze i to zrobiło dużą różnicę. Rywal zagrał świetnie taktycznie i robił, co powinien. Ja dałem z siebie wszystko, ale to było za mało. Tego dnia Alex był po prostu dla mnie zbyt mocny” – przyznał Polak.
Fyrstenberg, choć wynik go nie ucieszył, docenił postawę zespołu. „Tym bardziej dziękuję zawodnikom za to, że przyjechali i poświęcili ten czas, aby reprezentować kraj. Zrobili wszystko, aby wygrać. Niełatwo pokonać ten etap rozgrywek, zwłaszcza gdy nie jesteś rozstawiony, bo zawsze trafiasz wtedy na naprawdę silnego rywala. Mamy jednak dobry zespół, który stać na awans” – podsumował kapitan.
Co to oznacza dla dalszych losów reprezentacji? Polacy po raz szósty z rzędu zagrają w fazie play-off Grupy Światowej I Pucharu Davisa. Warto dodać, że trzy poprzednie mecze na tym etapie – z Uzbekistanem, Gruzją oraz Egiptem – zakończyły się zwycięstwami biało-czerwonych. W nadchodącej fazie play-off zmierzy się trzynaście przegranych zespołów z Grupy Światowej I oraz trzynaście zwycięskich drużyn Grupy Światowej II.
„Pozytywne wyniki badań lekarskich oraz testów w symulatorze” – tak serwis gpblog.com opisał stan zdrowia Isacka Hadjara przed jego powrotem do rywalizacji. Jak na razie nieoficjalnie, 21-letni kierowca Red Bull Racing ma wystąpić w Grand Prix Azerbejdżanu.
Hadjar wypadł z trzech ostatnich rund mistrzostw świata Formuły 1 – nie widzieliśmy go na starcie w Zandvoort, Monzy i Madrycie. Wszystko przez uraz nadgarstka, który złapał podczas treningu w przerwie wakacyjnej.
Przez ten czas miejsce Francuza u boku Maxa Verstappena zajmował Liam Lawson. Szef zespołu Laurent Mekies od początku podkreślał, że Hadjar wsiądzie do bolidu tylko wtedy, gdy będzie w pełni gotowy. Zanim padła decyzja o powrocie, Red Bull chciał jeszcze dodatkowo przetestować go w symulatorze.
Powrót Hadjara to jednocześnie koniec epizodu Lawsona w Visa Cash App RB – Nowozelandczyka podczas ostatnich trzech weekendów zastępował Yuki Tsunoda.
Solidny debiutancki sezon
Przed kontuzją Hadjar zdążył zbudować sobie mocną pozycję w barwach Red Bulla. W debiutanckim sezonie w zespole uzbierał osiem miejsc w czołowej dziesiątce. Stał na podium podczas GP Monako, a trzy razy w kwalifikacjach był szybszy od samego Verstappena.
Te wyniki mają teraz przełożyć się na nową umowę – Hadjar ma otrzymać kontrakt z Red Bull obowiązujący na rok 2027.
Na tor Francuz wróci podczas wyścigu na ulicznych torach Baku, zaplanowanego na 24-26 września. Ze względu na święto państwowe w Azerbejdżanie wyścig główny odbędzie się wyjątkowo w sobotę, nie w niedzielę.
„Ferrari nie było w stanie w tym roku osiągnąć poziomu Mercedesa pod względem mocy silnika” — te słowa Frederica Vasseura, wypowiedziane po Grand Prix Włoch, krążą teraz po padoku jak ostrzeżenie. I to one w gruncie rzeczy tłumaczą, czemu w Maranello ruszyła cicha, ale bardzo głęboka przebudowa działu silnikowego z myślą o sezonie 2027.
Za tę reorganizację odpowiada Enrico Gualtieri, dyrektor techniczny zajmujący się jednostkami napędowymi. Bieżąca praca nie idzie jednak w odstawkę — rozwój tegorocznego modelu SF-26 trwa równolegle. Ferrari próbuje więc robić dwie rzeczy naraz: gasić pożar dziś i budować silnik na przyszłość.
Najciekawszy element całej operacji? Planowane zatrudnienie specjalisty z Red Bull Powertrains. Włoski serwis Motorsport.com, który jako pierwszy opisał sprawę, nazwiska inżyniera na razie nie zdradza. Powód jest prozaiczny — mężczyzna odbywa obecnie roczny okres tzw. urlopu ogrodniczego, czyli zakazu konkurencji, standardowej klauzuli chroniącej byłego pracodawcę przed wyciekiem wiedzy. Padokowe spekulacje idą jeszcze dalej: inżynier miał trafić do Red Bull Powertrains wcześniej z fabryki silników Mercedesa w Brixworth. Jeśli te domysły się potwierdzą, Ferrari sięgnęłoby po kogoś, kto zna od wewnątrz zarówno rywala z Milton Keynes, jak i lidera tegorocznej rywalizacji mocy — Mercedesa.
Silnik, który wciąż nie dogania Mercedesa
Problem, który skłonił Maranello do tak drastycznych kroków, jest konkretny i mierzalny. W Monzy Ferrari wprowadziło już drugą w tym sezonie aktualizację silnika w ramach systemu ADUO. Efekt? Niewystarczający — zmiana nie pozwoliła całkowicie odrobić strat do Mercedesa. Innymi słowy: nawet świeża wersja jednostki napędowej nie wystarczyła, by zetrzeć przewagę rywala z Brackley.
Stąd wzrok całego projektu przesuwa się już na rok 2027. Motorsport.com informował wcześniej, że Ferrari pracuje nad kolejną generacją jednostki napędowej właśnie na ten sezon. Projekt ma obejmować zmiany w koncepcji samego silnika spalinowego, w układzie turbodoładowania oraz w systemach chłodzenia — a to obszary, które od lat decydują o różnicach mocy między producentami.
Reorganizacja nie kończy się na silniku. Nadzór nad strukturami odpowiedzialnymi za podwozie i aerodynamikę sprawuje Loic Serra, odpowiedzialny za stronę techniczną całego projektu samochodu. Do zespołu związanego z jednostką napędową ma z kolei dołączyć Francesco Morettini, wcześniej pracujący w Ferrari przy samochodach GT — jego zadaniem będzie reorganizacja biura technicznego. Morettini ma współpracować z Francesco Marino, odpowiedzialnym za jakość w Ferrari, oraz z Lucą Poggio, który kieruje obszarem hybrydowym i elektroniką.
Układanka, którą buduje Maranello, ma więc kilka poziomów: nowy człowiek z rywalizacji, nowa struktura zarządzania, nowa koncepcja silnika. Wszystko po to, by za dwa lata nie powtórzyć scenariusza z Monzy, gdzie kolejna aktualizacja znów okazała się za mała.
„Stroll pukał do wszystkich drzwi, ale nikt nie wyraził wyraźnego zainteresowania dostarczaniem silników dla Astona Martina” — pisze na łamach motorsport.com włoski dziennikarz Franco Nugnes, opisując kulisy napiętych relacji między Aston Martinem a Hondą.
Honda i Aston Martin ruszyli razem od sezonu 2026, gdy Japończycy wrócili do Formuły 1 jako pełnoprawny dostawca jednostek napędowych. Brytyjska ekipa jest jedynym partnerem Hondy w tym projekcie. Na torze efekty tego mariażu są, mówiąc oszczędnie, skromne — Aston Martin zajmuje dziesiąte miejsce w klasyfikacji konstruktorów z zaledwie trzema punktami.
Według Nugnesa istnieje realne ryzyko, że Lawrence Stroll zacznie rozglądać się za innym dostawcą silników. Nie chodzi jednak o nadchodzący sezon. Bolid na 2027 rok jest już rozwijany z myślą o jednostce Hondy, więc realnym horyzontem zmian byłby rok 2028. „O ile rozumiem, Honda zdała sobie sprawę, że musi znacząco poprawić jakość swojego układu napędowego. Istnieje ryzyko, że Lawrence Stroll zacznie szukać innego silnika – nie do 2027 roku, ponieważ samochód jest już w fazie rozwoju i wymiana silnika nie wchodzi w grę, ale z myślą o 2028 roku” — napisał Nugnes.
Problem w tym, że rynek nie odpowiada entuzjazmem. Nugnes ujawnił, że kanadyjski miliarder już sondował innych producentów, ale nikt nie wyraził wyraźnego zainteresowania dostarczaniem silników dla Astona Martina. Do tego dochodzą przepisy FIA — obowiązek dostarczenia jednostki napędowej zespołowi bez partnera może zostać nałożony na producenta mającego najmniejszą liczbę klientów. Jedną z wymienianych opcji jest Audi, które produkuje silniki wyłącznie dla własnej ekipy, choć Nugnes zaznacza, że i ta jednostka napędowa daleka jest od ideału.
Zmiana na szczycie programu silnikowego
W tle tych spekulacji Honda podjęła decyzję personalną. 14 września ogłosiła, że od 1 października 2026 roku Tetsushi Kakuda przestanie kierować programem rozwoju jednostki napędowej F1. Jego miejsce zajmie dotychczasowy zastępca, Yoichiro Fukao. Producent nazwał tę zmianę „planowaną transformacją” mającą przyspieszyć rozwój jednostki.
Nugnes nie kupuje tej narracji bez zastrzeżeń. „Jestem pewien, że to bardzo ważna wiadomość. Zazwyczaj nie zmieniają systemu przed końcem sezonu. Fakt, że usunęli osobę odpowiedzialną przed końcem mistrzostw, wskazuje na wyraźną zmianę strategii” — ocenił dziennikarz.
Fukao pracuje w Hondzie od 2002 roku i ma doświadczenie w programach Formuły 1 oraz MotoGP. Do tej pory odpowiadał m.in. za dział oprogramowania, pełniąc funkcję zastępcy lidera projektu F1. Nugnes zwraca uwagę, że jego poprzednik miał podobno obsesję na punkcie kontroli — nowy szef, jak sugeruje, może zapoczątkować nową falę pomysłów, które przyniosą korzyści Hondzie.
Na razie efektów widać niewiele. Honda wprowadziła zmodernizowaną specyfikację jednostki napędowej podczas GP Holandii, ale ta aktualizacja nie przełożyła się na przełom w wynikach Aston Martina.
Stawka tej rozgrywki jest wysoka dla obu stron. Jeśli Aston Martin zerwie współpracę z Hondą, producent zostanie bez klienta w F1, co w praktyce oznaczałoby opuszczenie stawki. Historia zna już podobny scenariusz. McLaren podpisał z Hondą kontrakt na dekadę, a współpraca przetrwała ostatecznie tylko trzy sezony, od 2015 do 2017 roku. McLaren zerwał wtedy kontrakt i przeniósł się na jednostki Renault, a Honda po tym rozstaniu pozostała w F1 jako partner silnikowy obecnego Visa Cash App RB, a następnie Red Bull Racing. To właśnie z silnikiem Hondy Max Verstappen zdobył swój pierwszy tytuł mistrzowski w 2021 roku — mimo że kilkanaście miesięcy wcześniej producent ogłosił opuszczenie F1, chcąc skupić się na elektryfikacji modeli drogowych. To wtedy Red Bull przekonał Hondę do dalszej produkcji silników, płacąc za to samodzielnie.
Obecne problemy mają swoje korzenie w reformie regulaminowej na sezon 2026, która zamroziła rozwój silników i skłoniła Hondę do zwolnienia sporej części inżynierów. Przy budowie tegorocznej jednostki napędowej producent zatrudnił osoby z mniejszym doświadczeniem — co, jak sugeruje Nugnes, może tłumaczyć trudności, z jakimi teraz boryka się Aston Martin.
Marzenia o Lidze Mistrzów rozwiały się w Samokowie. „Awansu ekipę Marco Legovicha pozbawiła Rasta Vechta wygrywając w finale 93:82” – tym wynikiem zakończyła się droga Dzików Warszawa do fazy grupowej Basketball Champions League, czyli koszykarskiej Ligi Mistrzów.
Decydujący mecz kwalifikacji rozegrano właśnie w bułgarskim Samokowie. Niemcy z Rasta Vechta okazali się po prostu lepsi i to oni zagrają w najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywkach klubowych – awansu nie wywalczył sobie nawet aktualny brązowy medalista mistrzostw Polski.
Porażka w finale nie zamyka jednak europejskich planów warszawskiego klubu. Dziki zagrają w sezonie 2026/2027 w FIBA Europe Cup, co będzie pierwszym w historii klubu występem w tych rozgrywkach. Za przygotowanie zespołu do sezonu, w którym czeka go debiut na trzecim najważniejszym poziomie europejskiej koszykówki klubowej, odpowiada trener Marco Legovich.
Warszawski zespół trafił do grupy E fazy pucharowej. Rywalami Dzików będą Petrolina AEK Larnaka z Cypru, niemiecki FIT/One Wurzburg Baskets, estoński Tartu Ulikool Maks & Moorits, grecki Iraklis Saloniki oraz macedoński MZT Skopje Aerodrom.
Pierwszy mecz na wyjeździe, start 6 października
Rozgrywki FIBA Europe Cup wystartują 6 października. Na pierwszy mecz Dziki nie zagrają jednak przed własną publicznością – inauguracyjne spotkanie rozegrają na wyjeździe, w estońskim Tartu, mierząc się od razu z jednym z rywali z grupy E.
Polska Liga Koszykówki będzie w tej edycji rozgrywek reprezentowana przez trzy kluby: Dziki Warszawa, Zastal Zielona Góra i King Szczecin. Tu jest jednak różnica – w przeciwieństwie do warszawskiej ekipy, Zastal i King miały zapewniony udział w fazie grupowej już wcześniej, niezależnie od wyniku kwalifikacji do Ligi Mistrzów.
„Wstrzymujemy sprzedaż pojedynczych biletów na mecze Knicks z powodu błędu w naszych cenach. Wracamy do cen z poprzedniego sezonu, powiększonych średnio o 12 procent. Wkrótce wznowimy sprzedaż z nowymi cenami, a każdemu, kto już kupił pojedyncze bilety, zwrócimy różnicę” – ogłosiło Madison Square Garden Sports.
New York Knicks wstrzymali sprzedaż pojedynczych biletów na mecze sezonu 2026/27. Powód? Błąd w cenniku. A błąd był poważny – najtańsze wejściówki na inaugurację sezonu kosztowały ponad 1000 dolarów. Zawyżone ceny dotyczyły między innymi meczu z Philadelphia 76ers, zaplanowanego na 20 października.
Klub postanowił wrócić do stawek z poprzedniego sezonu, tym razem powiększonych średnio o 12 procent. Kto zdążył kupić pojedyncze bilety po zawyżonej cenie, dostanie zwrot różnicy. Sprzedaż z poprawionym cennikiem ma wystartować już wkrótce.
Podwyżka uzasadniona tytułem
Knicks zwykle podnoszą ceny wejściówek po sezonach, które kończyli w play-offach. Właściciel klubu, James Dolan, do tej pory nie ryzykował podwyżek, gdy drużyna nie łapała się do fazy pucharowej. Tym razem argument za wyższymi cenami jest jednak mocniejszy niż zwykle – New York Knicks, z Jeremym Sochanem w składzie, wygrali sezon 2025/2026, pokonując w Finałach NBA San Antonio Spurs.
Mimo to Madison Square Garden Sports zapewniło w komunikacie, że pomyłka nie była próbą maksymalnego wyciśnięcia kibiców. „Nigdy nie zamierzaliśmy pobierać od naszych lojalnych kibiców zawyżonych opłat. Dziękujemy wszystkim za wspieranie Knicks i cierpliwość, gdy pracujemy nad naprawieniem tej sytuacji” – napisano w oświadczeniu klubu.
Głuchy odgłos uderzenia stopy o suspensor. Właśnie to słyszy się na nowym nagraniu z kulis KSW 121 – i to ono ucina wszelkie spekulacje wokół kontrowersyjnego zakończenia walki Muslima Tulshaeva z Kacprem Koziorzębskim.
Na gali KSW 121 w Libercu doszło do starcia w wadze półśredniej między Tulshaevem i Koziorzębskim. To nie był zwykły pojedynek – obaj zawodnicy przed walką zajmowali odpowiednio pierwsze i drugie miejsce w rankingu kategorii do 77 kg. W pierwszej rundzie inicjatywę przejął Tulshaev, wyraźnie dominując nad rywalem.
Kilka sekund przed jej końcem sytuację odwrócił jeden ruch. Koziorzębski wyprowadził kopnięcie obrotowe, które trafiło Tulshaeva w okolice krocza. Rosjanin osunął się na matę i długo nie mógł dojść do siebie. Do klatki natychmiast wbiegł lekarz, by ocenić jego stan. Tulshaev nie był w stanie kontynuować walki.
Sędzia prowadzący pojedynek uznał, że kopnięcie było przypadkowe. W efekcie walkę zakończono werdyktem no contest, czyli uznano ją za nieodbytą. Żaden z zawodników nie zapisał na koncie zwycięstwa, a starcie i tak nie wyłoniło pretendenta do pasa mistrzowskiego.
Wątroba czy krocze? Nagranie rozwiewa spór
Decyzja sędziego szybko rozpaliła dyskusję wśród kibiców. Część z nich, analizując powtórki z transmisji, zaczęła podawać w wątpliwość werdykt – ich zdaniem stopa Koziorzębskiego trafiła w wątrobę Tulshaeva, a nie w krocze, co czyniłoby uderzenie legalnym.
Sprawę wyjaśniło nagranie z kulis gali. Piotr Dejneko, odpowiedzialny za dokumentowanie zaplecza wydarzeń KSW, opublikował na platformie X materiał ukazujący reakcję narożnika Koziorzębskiego bezpośrednio po kopnięciu. Na nagraniu wyraźnie słychać, jak stopa zawodnika uderza prosto w suspensor Tulshaeva. Ten dźwięk nie pozostawia miejsca na interpretacje – cios trafił w krocze.
„To moja pierwsza zawodowa porażka, ale nie pierwsza w życiu” — napisał Iwo Baraniewski w mediach społecznościowych po przegranej z Alonzo Menifieldem. Na gali UFC 331, która odbyła się 19 września w Los Angeles, Polak przegrał na punkty. To pierwsza porażka w całej jego karierze MMA.
W tym samym poście zawodnik dodał, że potrzebuje teraz chwili wytchnienia. „Zrobię sobie chwilę przerwy i wrócę silniejszy. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierają i są przy mnie” — napisał.
Dzień po walce był już bardziej konkretny w rozmowie dla Fortuny. Przyznał, że długo nie mógł zasnąć po własnym pojedynku. „Trochę później poszedłem spać, bo oglądałem jeszcze tę waleczkę. Samopoczucie lepsze niż wczoraj, ale jeszcze średnie. Najbardziej mi szkoda, że była bliska walka. Do tego walka była rankingowa, fajna, mocna i niewiele zabrakło, ale tak musiało być” — powiedział.
Starcie z rankingowym rywalem
Menifield nie trafił się przypadkiem. Amerykanin zajmuje trzynaste miejsce w rankingu najlepszych zawodników kategorii półciężkiej UFC. Zwycięstwo dałoby Baraniewskiemu wejście do tego zestawienia.
Polak już raz się w nim znalazł. Trafił tam po przetasowaniach w kategorii i przez chwilę zajmował piętnaste miejsce. Później kolejne zmiany wśród zawodników wypchnęły go z listy.
Do niedawna bilans Baraniewskiego w organizacji wyglądał wyjątkowo mocno — cztery walki w klatce UFC, z czego trzy pierwsze wygrane nokautem, i to już w pierwszej rundzie. Starcie z Menifieldem przerwało tę serię. To ono przyniosło mu pierwszą porażkę w zawodowej karierze.
„Wicemistrzyni świata Aneta Rygielska odpadła z mistrzostw Europy w boksie w Sofii po porażce z Turczynką Gizem Ozer” – tak w kilku słowach zamknięto historię jednej z najbardziej wyczekiwanych walk polskiej reprezentacji.
Rygielska, walcząca w kategorii do 60 kg, jechała do Sofii z solidnym dorobkiem. Srebro mistrzostw świata z ubiegłego roku i dwa wicemistrzostwa Europy na koncie – to wystarczyło, by mówić o niej jako o jednej z faworytek turnieju. Organizatorzy zresztą to potwierdzili, rozstawiając ją z numerem dwa. Z tego wszystkiego nic nie zostało.
Pierwsza runda należała do Turczynki – sędziowie ocenili ją 4:1 na korzyść Ozer. W drugiej było jeszcze gorzej: jednogłośne 5:0 dla rywalki. Do tego Polka pogorszyła sobie sytuację dyscyplinarnie – dostała ostrzeżenie za uderzenie przeciwniczki w momencie, gdy ta stała odwrócona plecami.
Najgorsze wydarzyło się w końcówce trzeciej rundy. Gizem Ozer posłała Polkę na deski, a sędzia zaczął liczyć. Werdykt mógł być już tylko jeden – 4:1 dla Turczynki. Jedynie sędzia z Kirgistanu uznał, że pierwszą i trzecią rundę wygrała Rygielska.
„Nie mogło być inaczej”
31-letnia zawodniczka opuści ring w Sofii bez medalu – i dużo szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał przed turniejem. Komentujący walkę Piotr Jagiełło ujął to bez owijania w bawełnę:
„Nie mogło być inaczej”
W trakcie transmisji pojawiła się też informacja o problemach zdrowotnych, z jakimi Rygielska borykała się na finiszu przygotowań do mistrzostw Europy. To chyba tłumaczy, czemu forma wicemistrzyni świata rozjechała się tak bardzo z jej papierowymi szansami.
Na tle tej porażki resztę polskiej ekipy w tej sesji zawodów można ocenić zdecydowanie lepiej. Paweł Brach wywalczył awans do ćwierćfinału w kategorii do 60 kg, pokonując Niemca Denisa Brila jednogłośnie 5:0. Równie przekonująco wypadł Michał Pierzchała w wadze do 80 kg – wypunktował Mołdawianina Valeriu Rozmeritę, a wszyscy sędziowie oddali mu zwycięstwo, notując karty 30:27, 30:27, 30:27, 29:28 i 29:28.
Na kolejne występy Polaków w Sofii przyjdzie jeszcze poczekać. W drugiej sesji zawodów na ring wyjdą Julia Szeremeta w kategorii do 57 kg oraz Mateusz Urban w wadze do 75 kg.