⚡ Aktualnie:

Ile da się wygrać, grając w Counter-Strike 2 w centrum handlowym? W Toruniu – nawet 1000 zł, a do tego przepustkę do wielkiego finału ogólnopolskiego cyklu. 17 października 2026 roku miasto stanie się jedną z aren turnieju ESGK 2026. W programie znalazły się zawody w dwóch tytułach – Counter-Strike 2 oraz EA Sports FC 27.

Harmonogram ułożono tak, by obie dyscypliny zmieściły się w jednym dniu. Pierwsze ruszą rozgrywki w EA Sports FC 27 – o 11:00. Counter-Strike 2 wystartuje później, o 14:00, w formule pojedynków 1 na 1.

Nagrody w obu turniejach różnią się wysokością. W Counter-Strike 2 zwycięzca zabierze 1000 zł, drugie miejsce 500 zł, trzecie 300 zł. W EA Sports FC 27 stawki są skromniejsze – triumfator otrzyma 500 zł, wicemistrz 300 zł, a trzecia lokata 200 zł. Na tym jednak nie koniec – najlepszy gracz CS2 z Torunia awansuje do wielkiego finału ESGK 2026, zaplanowanego na 28 listopada w CH Bonarka w Krakowie. Łączna pula nagród w całym cyklu przekracza 100 000 zł.

Finaliści mogą liczyć też na nagrodę pozaturniejową: abonament na światłowód za 0 zł na 24 miesiące, ufundowany przez Orange Polska.

Pojedynek z MICHU i strefy tematyczne w Galerii Copernicus

Uwagę fanów ma przyciągnąć zwłaszcza INFLUENCER CHALLENGE – pojedynek 1 na 1 z Michałem „MICHU” Müllerem. MICHU to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich zawodników Counter-Strike 2, a w swojej karierze reprezentował czołowe światowe organizacje e-sportowe.

Galeria Copernicus, gospodarz wydarzenia, przygotowała dla odwiedzających kilka stref tematycznych: Strefę PC, Retro Gaming Zone, Strefę Konsol, Strefę Kibica oraz Strefę Relaksu Orange. Nie zabraknie też Strefy Join the Game, działającej pod patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – tu będzie można zagrać w wybrane polskie produkcje i poznać historię polskiego gamingu. W Strefie SPOT uczestnicy bezpłatnie pobiorą aplikację na smartfona i skorzystają z dodatkowych atrakcji.

Wstęp na wydarzenie i do wszystkich stref jest bezpłatny.

Losowanie zapowiadało wyrównany pojedynek — „Kamil Majchrzak trafił na Yannicka Hanfmanna w I rundzie turnieju w Szanghaju”. Rzeczywistość przerosła jednak te oczekiwania. Na korcie rozegrano mecz, w którym żaden z trzech setów nie skończył się inaczej niż tie-breakiem.

Hanfmann wyprzedza Polaka w rankingu ATP o 13 pozycji. Historia wzajemnych starć sprzyjała jednak raczej Majchrzakowi. Grali tylko raz, w 2021 roku — Polak wygrał wtedy w dwóch setach w drodze do finału Challengera w Szczecinie. Tym razem rewanż skończył się inaczej: Niemiec triumfował 6:7 (4), 7:6 (3), 7:6 (7).

Jedna statystyka mówi o tym meczu więcej niż opis setu po secie. We wszystkich 36 gemach zwyciężał tenisista serwujący. Żadnego przełamania, żadnego momentu słabości returnu — tylko ciąg wyrównanych, nerwowych gemów rozstrzyganych przy piłce serwisowej.

W pierwszym secie Majchrzak był bliski szybkiego rozstrzygnięcia tie-breaka — prowadził już 5-0. Hanfmann odpowiedział serią czterech punktów z rzędu, ale Polak zdołał domknąć seta wynikiem 7-4.

Drugi set to był już prawdziwy test nerwów. Przy wyniku 4:3 dla Hanfmanna Majchrzak nie wykorzystał czterech break pointów. Chwilę później sam musiał ratować się przed utratą seta — obronił piłkę setową i doprowadził do 5:5, choć Niemiec miał w sumie aż cztery szanse na zamknięcie partii jeszcze przed tie-breakiem. W samym tie-breaku inicjatywę przejął już Hanfmann. Wygrał go 7-3 i wyrównał na seta.

Trzeci tie-break i trzecia piłka meczowa

O losie meczu musiał więc zdecydować trzeci set. Tam też żadna ze stron nie zanotowała ani jednego skutecznego break pointa — skuteczność po obu stronach wyniosła 0 procent. Set musiał więc trafić do kolejnego tie-breaka.

Tam Majchrzak przegrywał już 0-3. Zdołał jednak wyrównać na 3-3, a później nawet objął prowadzenie 5-4. To wciąż było za mało. Hanfmann przy trzeciej piłce meczowej dopiął swego — wygrał tie-breaka 9-7 i cały mecz.

Niemiec awansował do II rundy turnieju w Szanghaju, gdzie zmierzy się z Francesem Tiafoe. Majchrzakowi zostaje gorycz porażki w meczu, w którym przez trzy sety nie padło ani jedno przełamanie po żadnej ze stron siatki.

„Surowo zabronione” – tak VfL Bochum opisuje wspólne, rytmiczne i choreograficzne skakanie na wybranych sektorach trybuny wschodniej swojego stadionu. Klub wydał w tej sprawie oficjalny komunikat do kibiców.

Za decyzją stoją wspólnie VfL Bochum 1848 oraz miejska spółka Bochumer Sportstaetten Besitzgesellschaft. Zakaz dotyczy czterech konkretnych sektorów trybuny wschodniej – N2, O, P i Q – i zacznie obowiązywać już od najbliższego meczu Bochum z Arminią Bielefeld.

To nie kaprys urzędników, lecz wniosek z twardej ekspertyzy technicznej. Decyzję poprzedziła analiza konstrukcji schodów trybuny, wykonana w ramach przygotowań do modernizacji stadionu. Wyniki były jednoznaczne: zsynchronizowane ruchy wielu osób mogą wywoływać silne drgania trybuny. Inżynierowie nazwali to zjawisko „efektem trampoliny”.

Nośność zachowana, ale samopoczucie kibiców na szali

Klub zapewnia, że nośność trybuny wschodniej pozostaje bez zmian, nawet przy wibracjach. Rzecz w czymś innym – drgania mogą po prostu źle wpływać na samopoczucie części widzów, szczególnie tych, którzy rzadziej bywają na stadionach.

Nie oznacza to jednak końca spontanicznej radości po golu. Świętowanie trafienia przez kibiców, jeśli dzieje się żywiołowo, zakazem objęte nie jest. Problem stanowi wyłącznie zorganizowane, zsynchronizowane skakanie – to właśnie ono generuje niebezpieczne drgania.

Za złamanie nowych zasad kibice mają zapłacić szybko i surowo. Grożą im natychmiastowe i poważne konsekwencje, aż po całkowite zamknięcie trybuny.

Klub nie kryje, że decyzja nie była łatwa. „VfL ubolewa nad nieuniknionymi działaniami, ale z ulgą przyjmuje możliwość korzystania z trybuny wschodniej przy pełnym obłożeniu, jeśli zakaz skakania będzie przestrzegany” – czytamy w komunikacie.

VfL ubolewa nad nieuniknionymi działaniami, ale z ulgą przyjmuje możliwość korzystania z trybuny wschodniej przy pełnym obłożeniu, jeśli zakaz skakania będzie przestrzegany

Cała sprawa ma swój szerszy kontekst – planowany remont Ruhrstadion. Prace budowlane obejmą również trybunę wschodnią. Zakaz skakania ma zniknąć po zakończeniu modernizacji, przewidywanej na 2028 rok. Do tego czasu kibicom Bochum pozostaje szukać innych sposobów na dopingowanie zespołu.

„To największa pojedyncza darowizna w historii Szkoły Pracy Socjalnej tej uczelni” – takimi słowami opisano dar, jaki Michael Jordan przekazał Uniwersytetowi Karoliny Północnej. Legendarny koszykarz wpłacił 10 milionów dolarów. Decyzję ogłoszono podczas uroczystości na kampusie w Chapel Hill.

Pieniądze mają trafić do studentów, rodzin i dzieci. To nie jest przypadkowy gest. Darowizna ma uhonorować matkę Jordana, Deloris P. Jordan, która od wielu lat angażuje się w pomoc innym i przez dekady działała na rzecz dzieci oraz rodzin. Z Uniwersytetem Karoliny Północnej związana jest od ponad 40 lat.

Na co pójdą pieniądze

Część środków uczelnia zamierza przeznaczyć na wsparcie studentów przygotowujących się do pracy socjalnej. W ramach darowizny powstanie również program stypendialny – dziesięciu studentów studiów magisterskich otrzyma po 12,5 tys. dolarów każdy. Reszta funduszy zasili badania i projekty poszukujące nowych sposobów pomocy osobom w trudnej sytuacji.

Większość kariery w NBA Michael Jordan spędził w barwach Chicago Bulls, z którymi zdobył sześć mistrzostw ligi. Sześć razy wybierano go MVP finałów, pięć razy otrzymał nagrodę MVP sezonu zasadniczego. Zagrał w 14 Meczach Gwiazd, dziesięć razy był najlepszym strzelcem sezonu. Z reprezentacją USA zdobył dwa złote medale olimpijskie – jedno z nich w 1992 roku, w składzie legendarnego Dream Teamu.

Ta kariera nie była jednak linią prostą. W 1993 roku Jordan niespodziewanie ogłosił odejście z koszykówki i spróbował sił w baseballu. Do NBA wrócił w 1995 roku i ponownie poprowadził Chicago Bulls do mistrzostwa. Po drugim rozdaniu z Bulls założył jeszcze koszulkę Washington Wizards – karierę zakończył w 2003 roku.

„Chętnie stanę naprzeciwko w takim pojedynku” — mówi Michał Andryszak, weteran KSW, odpowiadając na otwartą deklarację Denisa Labrygi. Sam Labryga, w rozmowie z kanałem FanSportu.TV, nie owijał w bawełnę: jeśli nie dostanie walki na najbliższej gali FAME MMA, pójdzie szukać przeciwnika gdzie indziej. Gala, o której mowa, odbędzie się 17 października.

Te słowa odbiły się szerokim echem. Rafał Pustelnik, właściciel Kings Areny, w rozmowie z Kanałem Sportowym bez ogródek przyznał, że chciałby mieć Labrygę w swojej organizacji. „Będę się o to starał. Mogę o tym głośno mówić, że zależy nam na tym, żeby Denis Labryga walczył i reprezentował Kings Arenę w federacji sportowej” — przekazał Pustelnik.

Andryszak zgłasza się do walki

Na deklarację Labrygi zareagował też Michał Andryszak — zawodnik, którego fani KSW znają od lat. 34-latek stoczył w tej organizacji dziewięć walk. Był pretendentem do pasa mistrzowskiego KSW w wadze ciężkiej, a w Polsce to on pierwszy zmierzył się z Philem De Friesem. Dziś walczy w Fight Nation Championship — ostatnio przegrał tam z Martinem Baturem.

Labryga, związany z WCA Fight Team, w klatce pojawił się po raz ostatni w 2024 roku, na gali Babilon MMA 50. Zastopował tam Karola Frąckowiaka — debiutanta w MMA — już po dwóch minutach i dziesięciu sekundach. Samą organizację, prowadzoną przez Tomasza Babilońskiego, krytykowano za to starcie niemal od razu: zarzuty dotyczyły matchmakingu, czyli doboru przeciwnika.

W FAME MMA Labryga walczył też o tytuł — z Makhmudem Muradovem, byłym zawodnikiem UFC. Przegrał na punkty. Różnica wagi między obydwoma zawodnikami była wtedy znacząca i to właśnie ją wskazywano jako jeden z kluczowych czynników tamtej konfrontacji.

Co dalej z Labrygą? Scenariuszy jest kilka: zostanie w FAME MMA, przyjmie ofertę Kings Areny albo stanie w końcu naprzeciw Andryszaka. Odpowiedź przyniesie najbliższy czas — a konkretnie 17 października.

„Ogromnie miło było znów gościć Prezydenta RP Karola Nawrockiego! Panie Prezydencie, dziękuję za uświetnienie KAPEO Rocky Boxing Night swoją obecnością i wspólne przeżywanie sportowych emocji” – napisał Krystian Kazyszka, promotor i organizator gali boksu w Koszalinie. Tak brzmiała jego odpowiedź na krytykę, która spadła na prezydenta po jego obecności na wydarzeniu.

Obecność Karola Nawrockiego na gali boksu zawodowego w Koszalinie wywołała sporo emocji – i nie wszystkie były pozytywne. Politycy koalicji rządzącej skrytykowali prezydenta za udział w imprezie. Bartosz Arłukowicz we wpisie na platformie X zasugerował, że warto przyjrzeć się bliżej relacjom prezydenta z Krystianem Kazyszką.

Organizator nie pozostał dłużny. Kazyszka odpowiedział Arłukowiczowi, wyjaśniając okoliczności gali oraz wizyty prezydenta. Zapewnił przy tym, że na tego typu wydarzeniach sportowych goszczeni są przedstawiciele różnych opcji politycznych – także z partii bliskiej samemu Arłukowiczowi.

Owacja na stojąco i wspólny hymn

Na dowód swoich słów Kazyszka opublikował wideo zza kulis wieczoru, ukazujące reakcję publiczności na przyjazd Karola Nawrockiego. „Kibice przywitali Cię owacją na stojąco, to był wyjątkowy moment!” – napisał organizator. W materiale widać przyjazd prezydenta pod halę, jego zachowanie w środku, powitanie przez kibiców, a także wspólne śpiewanie „Mazurka Dąbrowskiego”.

Jest tam też serdeczny uścisk między prezydentem Nawrockim i Kacprem Meyną. To nie przypadek – obu łączy pasja do boksu i znajomość sprzed gali.

Sam Meyna miał w Koszalinie dobry wieczór. W walce wieczoru pokonał Victora Emilia Ramireza i zdobył pas WBA Continental w wadze ciężkiej. Gratulacje i medal odebrał z rąk Karola Nawrockiego.

Gala KAPEO Rocky Boxing Night odbyła się w Koszalinie z udziałem prezydenta. Jej echa – sportowe i polityczne w równej mierze – wciąż krążą w sieci.

„To już oficjalne: Arsenal FC przedłużył umowę z Mikelem Artetą” — tym komunikatem londyński klub otworzył wiadomość, na którą kibice czekali od miesięcy.

Nowy kontrakt hiszpańskiego szkoleniowca obowiązuje do czerwca 2030 roku. Sygnał jest jasny: władze klubu swoją długoterminową przyszłość wiążą właśnie z 44-letnim trenerem.

Arteta prowadzi Arsenal od 2019 roku i jest pierwszym menedżerem klubu w tym okresie. W tym czasie zbudował bilans, jakiego nie ma nikt inny w historii klubu — spośród wszystkich pełnoetatowych trenerów Arsenalu notuje najlepszą skuteczność wygranych meczów, 62,05 procent.

Emocji w oficjalnym komunikacie klub nie krył. „To była jak dotąd niesamowita podróż i jesteśmy podekscytowani tym, co przyniesie nam ta wyjątkowa relacja. Miniony sezon był niesamowitym momentem w historii Arsenalu, momentem, w którym stworzyliśmy wspomnienia, które pozostaną z nami na całe życie. Jesteśmy zdeterminowani, aby stworzyć ich jeszcze więcej w nadchodzących latach” — napisano w oświadczeniu.

Od zawodnika do trenera w trzy lata

Historia Artety z Arsenalem zaczęła się dużo wcześniej, niż usiadł na ławce trenerskiej. Ostatnie pięć lat kariery piłkarskiej spędził właśnie w klubie z północnego Londynu. Jako zawodnik rozegrał 150 meczów, strzelił 16 goli i zaliczył osiem asyst.

Wrócił szybko. Zaledwie trzy lata po tym, jak przestał grać dla Arsenalu, wrócił do klubu w nowej roli — trenera. Ta droga, od szatni do sztabu szkoleniowego, stała się częścią jego legendy na Emirates.

Dziś Arteta jest drugim najdłużej prowadzącym Arsenal trenerem całego XXI wieku. Wyżej w tej klasyfikacji jest tylko jedna osoba — Arsene Wenger, klubowa legenda, której rekordu do tej pory nikt nie pobił. Żeby dogonić Francuza, Arteta musiałby przepracować na stanowisku jeszcze ponad pięć tysięcy dni i rozegrać niemal tysiąc kolejnych meczów.

Nowy kontrakt sięgający 2030 roku daje mu właśnie na to czas — by krok po kroku zbliżać się do tego rekordu.

„To projekt na 20 lat. Właśnie w taki sposób do niego podchodzimy” — tak jeden z właścicieli klubu NBA opisał w rozmowie z ESPN skalę ambicji ligi wobec Europy. Słowa te nabierają teraz szczególnej wagi, bo kluby Euroligi właśnie odrzuciły formalną propozycję NBA dotyczącą połączenia rozgrywek i stworzenia wspólnego projektu NBA Europe.

Decyzję podjęto podczas spotkania przedstawicieli klubów nad jeziorem Como we Włoszech. To nie był pomysł rzucony na kolanie — NBA przedstawiła propozycję po ponad dwóch latach prac nad nowymi rozgrywkami. Mimo porażki na tym etapie liga i tak nie zamierza rezygnować z planów wejścia na europejski rynek.

Skala projektu NBA Europe robi wrażenie. Rozgrywki mają liczyć 16 zespołów, a start zaplanowano nawet na sezon 2027/28. Nowo powstałe kluby mogłyby rywalizować z Euroligą bezpośrednio — o kibiców, prawa medialne, sponsorów. I to właśnie tłumaczy, czemu temat wywołał tak ostrą reakcję po stronie europejskich klubów.

Co proponowała NBA?

Model rozważany przez amerykańską ligę zakładał, że zespoły w weekendy grałyby dalej w ligach krajowych, a w środku tygodnia występowałyby w NBA Europe. Kluby miałyby w tym układzie dysponować szerszymi składami, które pozwoliłyby łączyć kilka rozgrywek naraz. Teoretycznie takie rozwiązanie miało ograniczyć konflikt kalendarzowy — od lat jedną z największych bolączek europejskiej koszykówki.

Euroliga ma obecnie 13 stałych uczestników. I właśnie wśród nich temat podziałów okazał się realny, nie teoretyczny. Według wysoko postawionych przedstawicieli europejskiej koszykówki część z tych 13 klubów była zainteresowana dołączeniem do projektu NBA. Innymi słowy: odrzucenie propozycji nie było jednogłośnym, łatwym gestem, lecz wynikiem negocjacji wewnątrz grupy, która sama nie mówi jednym głosem.

Na razie kluby Euroligi trzymają się razem, choć rozmowy mają być kontynuowane. Jednocześnie Euroliga sama rozważa plan rozszerzenia własnej rywalizacji — co sugeruje, że europejska strona nie czeka bezczynnie na kolejny ruch NBA, lecz szykuje odpowiedź na te same potrzeby rynkowe.

Słowa o „projekcie na 20 lat” mówią same za siebie: dla NBA to nie jednorazowa oferta do przyjęcia albo odrzucenia, a długofalowa strategia. Odrzucenie propozycji nad jeziorem Como może być więc tylko pierwszym rozdziałem sporu, który rozstrzygnie się raczej w perspektywie lat niż tygodni.

„Niech podoba się to tym, którym ma się podobać, a tym, którym nie, niech się nie podoba” – tak Vincenzo Montella odpowiedział krytykom po jednym z ostatnich meczów reprezentacji Turcji. Słowa te obiegły media i jeszcze bardziej podgrzały atmosferę wokół włoskiego selekcjonera. Teraz, jak podają media, jego przygoda z turecką kadrą ma się dobiegać końca.

Turecka federacja piłkarska zdecydowała o zakończeniu współpracy z Montellą. Iskrą, która przelała czarę, była porażka z Włochami 1:3. Po niej bilans Turcji w Lidze Narodów UEFA wygląda wręcz żałośnie: cztery mecze, cztery przegrane.

To kolejny rozdział sezonu, który dla tureckiej piłki okazał się katastrofą. Reprezentacja odpadła już w fazie grupowej mistrzostw świata. Jedyne zwycięstwo w całym turnieju przyszło w meczu ze Stanami Zjednoczonymi – spotkaniu, które nie miało już żadnego znaczenia dla dalszych losów zespołu.

Kontrakt do 2028 roku i spore odszkodowanie

Paradoksalnie, jeszcze w ubiegłym roku Montella przedłużył umowę z turecką federacją. Kontrakt miał obowiązywać aż do końca mistrzostw Europy w 2028 roku. Roczne wynagrodzenie szkoleniowca wynosiło 2,2 mln euro, czyli ok. 183 tys. euro miesięcznie. Teraz federacja musi liczyć koszty rozstania – planuje wypłacić Montelli równowartość pensji za kolejnych pięć miesięcy, czyli niespełna 1 mln euro odszkodowania.

Same statystyki z okresu pracy Włocha na ławce Turcji nie wyglądają tak źle. W 40 rozegranych meczach jego zespół zanotował 21 zwycięstw, 14 porażek i pięć remisów. Problem leży gdzie indziej – w ostatniej formie. W siedmiu kolejnych spotkaniach Turcja wygrała tylko raz, a sześć razy schodziła z boiska pokonana. W czterech ostatnich meczach stracono łącznie 11 bramek – liczba, która sama mówi o skali defensywnego kryzysu.

Presja na trenera narastała już od pewnego czasu. Jak przypomina portal milliyet.com, trybuny podczas meczów kierowały pod adresem Montelli okrzyki nawołujące go do rezygnacji. Włoski szkoleniowiec długo odpowiadał na krytykę wymijająco, a jego słowa o tym, że „niech się nie podoba” tym, którym się nie podoba, tylko dolały oliwy do ognia. Teraz, jak wynika z medialnych doniesień, federacja postawiła na zmianę kursu.

„Poprosiłem o Marcina Tyburę jako mojego następnego przeciwnika. Jeśli będzie gotowy na grudzień, to chciałbym z nim zawalczyć” — tak Johnny Walker wskazał, kogo chciałby mieć po drugiej stronie klatki w swojej następnej walce.

Brazylijczyk trafił do UFC w 2018 roku dzięki Contender Series i szybko zrobił sobie nazwisko w wadze półciężkiej. Starcia, o którym fani marzyli najbardziej — pojedynku z Janem Błachowiczem — mimo wszystkich starań nigdy jednak nie udało się domknąć.

W kwietniu Walker przegrał z Dominickiem Reyesem po pełnym dystansie, na kartach sędziowskich decyzją podzieloną. Ta porażka, w wieku 34 lat, stała się dla niego punktem zwrotnym. Brazylijczyk postawił wszystko na jedną kartę i przeniósł się do wagi ciężkiej.

Nokaut kolanami w cztery minuty

Debiut w nowej kategorii odbył się na gali UFC 332 i trudno było wymyślić lepszy scenariusz. Walker rozłożył Brytyjczyka Micka Parkina po niecałych czterech minutach walki — seria kolan wystarczyła, żeby wysłać rywala na deski.

Taki powrót do formy od razu otworzył mu drogę do kolejnego, głośnego nazwiska. Marcin Tybura, mający 40 lat, przechodzi obecnie przez najtrudniejszy moment kariery — ma na koncie trzy przegrane walki z rzędu. W tym roku Polak wystąpił w UFC dwukrotnie. Najpierw przegrał jednogłośnie z Tyrellem Fortune po pełnym dystansie, a potem, również po pełnym dystansie, z Aleksandarem Rakiciem.

Dla Walkera starcie z Tyburą byłoby więc i sprawdzianem formy w nowej wadze, i okazją do zmierzenia się z doświadczonym, choć przeżywającym kryzys rywalem. Sam Brazylijczyk nie kryje, że chciałby wrócić do klatki jeszcze w grudniu — a to oznacza, że odpowiedź ze strony Tybury i UFC może przyjść szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.

Instalacja aplikacji
Pobierz