Dwa sety, dwa tie-breaki, jedna rywalka, z którą wcześniej przegrywała za każdym razem. Jak dziewiętnastoletnia Mirra Andriejewa poradziła sobie z tym wyzwaniem? Odpowiedź przyszła w czwartek, 8 października, na kortach twardych China Open w Pekinie.
Andriejewa awansowała do półfinału turnieju WTA 1000, pokonując Jekaterinę Aleksandrową 7:6(4), 7:6(3). Pierwszego tie-breaka wygrała 7:4, drugiego 7:3. Oba sety poszły na przewagi w najważniejszym momencie — żadna z zawodniczek nie odpuściła rywalce ani gema ponad to, co konieczne.
To zwycięstwo miało swój ciężar gatunkowy. Wcześniejszy bilans bezpośrednich starć przemawiał na korzyść Aleksandrowej, która wygrała oba poprzednie pojedynki z Andriejewą — w Stuttgarcie w 2025 roku i w Bad Homburg tego samego sezonu. Czwartkowy triumf w Pekinie był więc pierwszym w karierze Andriejewej nad akurat tą rywalką.
W drabince China Open Andriejewa figurowała jako piątka rozstawiona, Aleksandrowa jako dziewiętnastka. Turniej rozgrywany jest na kortach twardych, a pula nagród sięga 9,415 mln dolarów. Dla Andriejewej to zresztą wynik bez precedensu w Pekinie — dotąd najdalej zaszła do ćwierćfinału, teraz półfinał ma już w kieszeni.
Rywalką będzie Bartunkova, pogromczyni Muchovej
O miejsce w finale Andriejewa zagra z Nikolą Bartunkovą. Czeszka dotarła do półfinału, rozprawiając się bezlitośnie z Karoliną Muchovą w ćwierćfinale — 6:3, 6:0. To starcie dwóch zawodniczek w zupełnie różnych momentach formy: Andriejewa wychodzi z wyczerpującego meczu na dwa tie-breaki, Bartunkova z jednostronnego pojedynku, w którym oddała rywalce zaledwie trzy gemy.
Ile kosztuje wejście NBA do Europy? Odpowiedź brzmi: około 10 miliardów dolarów rozłożonych na dekadę. Za te pieniądze amerykańska liga chce postawić na Starym Kontynencie coś zupełnie nowego — rozgrywki złożone z 16 zespołów.
Projekt nosi roboczą nazwę NBA Europe. Od miesięcy krąży wokół niego mnóstwo liczb, nazwisk i dat, które dopiero teraz zaczynają się układać w konkretny plan. Jeszcze niedawno mówiło się o starcie w 2027 roku, ale inauguracja została przesunięta o 12 miesięcy. Pierwszy sezon nowej ligi ma więc ruszyć w 2028 roku. Rok wcześniej, w 2027, NBA planuje rozegrać rozgrywki kwalifikacyjne, które wyłonią część uczestników premierowej edycji.
Kto dostanie stałe miejsce, a kto musi awansować
System przyjęty przez NBA nie rozdaje wszystkich 16 miejsc raz na zawsze. Tylko 12 z nich zostanie przyznanych na stałe, a o pozostałe cztery trzeba będzie powalczyć w kwalifikacjach — czyli w systemie awansu dobrze znanym kibicom europejskiej piłki nożnej. To próba pogodzenia dwóch światów: zamkniętej ligi franczyzowej, do jakiej przyzwyczajeni są kibice zza oceanu, z europejską tradycją sportowej rywalizacji o awans.
Według ustaleń „The Guardian” rozmowy w sprawie uczestnictwa w projekcie trwają już z przedstawicielami europejskich gigantów piłkarskich — Realu Madryt, FC Barcelony, Paris Saint-Germain, Bayernu Monachium i AC Milan. Te kluby mają rozpoznawalną markę i gotową infrastrukturę, więc naturalnie pretendują do stałych licencji. NBA potwierdza już konkretny postęp negocjacji — otrzymała oferty dotyczące 12 stałych franczyz w nowej lidze.
Najgłośniej robi się jednak wokół Londynu. Według „The Guardian” na stołeczną franczyzę wpłynęło już kilka ofert przekraczających 1 miliard dolarów. Wśród zainteresowanych inwestorów pojawiają się nazwiska dobrze znane kibicom piłki: Todd Boehly, kojarzony z Chelsea, były prezes Tottenhamu Daniel Levy działający wraz z grupą MSP Sports Capital, a także saudyjski Public Investment Fund — fundusz, który od lat przebudowuje mapę światowego sportu.
Mapa przyszłej ligi nabiera kształtu także poza Londynem. Wśród miast branych pod uwagę przez NBA znalazły się Manchester, Rzym, Ateny, Stambuł i Lyon. To mieszanka metropolii piłkarskich i miast o silnych tradycjach koszykarskich — jakby NBA Europe chciała połączyć kapitał jednych z popularnością drugich.
Dziesięć miliardów dolarów w dekadę to deklaracja, która stawia NBA Europe w zupełnie innej lidze finansowej niż dotychczasowe europejskie rozgrywki koszykarskie. Czy przesunięty o rok harmonogram i kwalifikacje startujące w 2027 roku wystarczą, by do 2028 roku poukładać wszystkie elementy tej układanki — licencje, miasta, inwestorów? To pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi.
Kto zasiądzie na ławce reprezentacji Bułgarii po zwolnieniu Aleksandara Dimitrowa? Jak donoszą tamtejsze media, głównym kandydatem jest Edward Iordanescu – i to zaledwie kilka dni po tym, jak rozstał się z Legią Warszawa.
Bułgarski portal filternews.bg twierdzi, że 48-letni Rumun spełnia najważniejsze kryteria stawiane przez tamtejszy związek piłki nożnej. Sprawa ma jednak dość prozaiczne podłoże: oczekiwania płacowe Iordanescu są niższe niż u konkurentów do tej posady. Drugim poważnym kandydatem pozostaje Sylvinho, ale jego wymagania kontraktowe mają być znacznie wyższe.
Bułgarzy szukają selekcjonera od momentu zwolnienia Aleksandara Dimitrowa, który stracił pracę po słabym otwarciu dywizji C Ligi Narodów. Najpierw przegrali 1:2 z Luksemburgiem, potem zremisowali 0:0 z Estonią. Tymczasowo stery przejął Atanas Ribarski – pod jego wodzą Bułgaria najpierw dostała lanie 0:3 od Islandii, żeby chwilę później odbić się zwycięstwem 2:0 nad Luksemburgiem. Do rozegrania zostały jeszcze dwa mecze: 13 listopada z Islandią i 16 listopada z Estonią.
Rumun, który zna już bułgarski futbol
Dla Iordanescu Bułgaria nie byłaby egzotyką. W 2016 roku prowadził przez kilka miesięcy CSKA Sofia. Znacznie głośniej zrobiło się jednak o nim jako o selekcjonerze reprezentacji Rumunii – w latach 2022-2024 doprowadził ją do Euro 2024, gdzie jego drużyna wygrała grupę i dotarła do 1/8 finału turnieju.
W czerwcu 2025 roku Iordanescu trafił do Legii Warszawa, podpisując dwuletni kontrakt. Z warszawskim klubem zdobył Superpuchar Polski i awansował do fazy ligowej Ligi Konferencji. Przy okazji mocno przebudował szatnię – z Legii odeszło około 13-14 zawodników, a sprowadzono 10 nowych. To jednak go nie uratowało: 31 października 2025 roku zakończył pracę w stolicy po serii rozczarowujących wyników w PKO Ekstraklasie i STS Pucharze Polski. Od tego dnia pozostaje bez klubu.
I paradoksalnie to właśnie brak angażu oraz niższe oczekiwania finansowe mogą teraz otworzyć mu drogę na ławkę reprezentacji Bułgarii.
Jak to się dzieje, że ktoś, kto 18 sezonów przetrwał w twardej, fizycznej hokejowej wojnie na lodzie, odchodzi podczas spokojnego, rodzinnego polowania? Eirik Skadsdammen, były reprezentant Norwegii i legenda klubu Storhamar, zmarł w wieku 45 lat. Do tragedii doszło w środę – u hokeisty nagle doszło do zatrzymania akcji serca. Próby ratunkowe nic nie dały.
Skadsdammen wybrał się na polowanie razem z bratem Trondem. To właśnie Trond i reszta grupy jako pierwsi rzucili się mu na pomoc, gdy serce przestało bić. Dla rodziny to był cios, z którym trudno się pogodzić. „To mój młodszy brat i najlepszy przyjaciel. To ogromny szok” – powiedział Trond Skadsdammen, cytowany przez norweskie media.
Kariera, która zapisała się w historii Storhamar
Do Storhamar trafił jako 18-latek w 1999 roku i został tam właściwie na całą karierę. Przez 18 sezonów w barwach klubu rozegrał ponad 900 spotkań, zdobywając 262 bramki i notując 291 asyst. Trzy razy wywalczył z drużyną mistrzostwo Norwegii, a w finale 2008 roku to on strzelił gola, który dał Storhamar tytuł. Gdy skończył grać, klub zastrzegł jego numer 8 – nikt inny już go nie założy.
Grał też w reprezentacji. W kadrze Norwegii rozegrał 27 meczów, a w 2008 roku pojechał na mistrzostwa świata elity. W sumie w turniejach międzynarodowych wystąpił 11 razy.
Jego droga hokejowa od początku biegła równolegle do kariery Patricka Thoresena – obaj zadebiutowali w seniorskim zespole Storhamar w tym samym 1999 roku. Thoresen, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci norweskiego hokeja, nie krył wzruszenia na wieść o śmierci kolegi. „To niewiarygodnie smutne, że go nie ma” – powiedział, wspominając Skadsdammena jako wyjątkowego człowieka i znakomitego kolegę z szatni.
Karierę zawodniczą Skadsdammen zakończył w 2018 roku – pożegnał się z nią kolejnym mistrzostwem w barwach Storhamar. Z hokejem jednak całkiem się nie rozstał: po oficjalnym zakończeniu kariery wciąż grywał na niższych poziomach rozgrywkowych.
Ile punktów zdobył Jeremy Sochan w swoim pierwszym występie w barwach Portland Trail Blazers? Dziesięć — w zaledwie dziewięć minut gry z ławki rezerwowych. Reprezentant Polski pokazał się w koszulce Blazers po raz pierwszy w przedsezonowym starciu z Golden State Warriors. Jego drużyna wygrała to spotkanie 123:118.
23-letni skrzydłowy wszedł na parkiet dopiero pod koniec trzeciej kwarty i zostawił na nim większość czwartej odsłony. W tym krótkim czasie trafił obie swoje próby za trzy punkty. To samo w sobie zwraca uwagę, zważywszy że w całym poprzednim sezonie zaliczył łącznie tylko 11 celnych trójek. Do tego doszło trafienie z półdystansu i efektowny wsad w kontrze.
Sochan wciąż gra na kontrakcie z klauzulą Exhibit 9, więc o stałe miejsce w rotacji Blazers musi dopiero walczyć. Mecz z Warriors pokazał, że ta walka jest jak najbardziej realna — więcej czasu na parkiecie od Polaka spędzili Vit Krejci i Micah Potter, czyli jego bezpośredni rywale o skład i rolę w zespole. To właśnie Potter okazał się zresztą najlepszym rezerwowym Portland tego wieczoru — 13 punktów, sześć zbiórek.
Koledzy chwalą pracę nad rzutem
Po meczu głos zabrał Sidy Cissoko, doceniając systematyczność Polaka w doskonaleniu rzutu z dystansu. „To jego rzecz. Ciężko pracuje każdego dnia i jest pierwszy na sali treningowej, żeby trenować nad rzutem” — powiedział Cissoko.
Mamy bardzo utalentowany zespół. Potrzebujemy trochę czasu, żeby nauczyć się ze sobą grać, komunikować i być w tym wszystkim sobą
— przyznał sam Sochan w pomeczowym wywiadzie dla klubowych mediów.
Portland ma przed sobą jeszcze trzy mecze przedsezonowe. Najbliższy zagra z London Lions — w poniedziałek, 12 października, o godz. 22:00 czasu polskiego.
Ile polskich debli zobaczymy w turnieju ATP Masters 1000 w Szanghaju? Odpowiedź jest krótka – jedna para, a w niej tylko jeden Polak.
W środę rozlosowano drabinkę debla prestiżowych zawodów ATP Masters 1000 w Szanghaju. Jedynym Polakiem w rywalizacji deblowej będzie Jan Zieliński, a jego partnerem po raz kolejny jest Australijczyk Marc Polmans.
Duet Zieliński-Polmans wciąż raczkuje. Para zadebiutowała w męskim turze ATP zaledwie tydzień temu, na kortach twardych w Tokio, gdzie rozgrywano turniej ATP 500. Polak z Australijczykiem zdążyli tam wygrać jedno spotkanie – w ćwierćfinale pokonali Włochów Simone Bolellego i Andreę Vavassoriego – po czym na tym etapie odpadli.
Teraz czeka ich chrzest bojowy przed publicznością rywali. W pierwszej rundzie w Szanghaju Zieliński i Polmans zagrają z Chińczykami Fuminem Jiangiem i Tianhui Zhangiem. Para gospodarzy dostała do turnieju dziką kartę.
Trudna ćwiartka drabinki
Awans niczego by nie ułatwił. W 1/8 finału na polsko-australijski duet czeka albo oznaczony piątym numerem brytyjski tandem Juliana Casha i Lloyda Glasspoola, albo włosko-argentyńska para Luciano Darderi i Tomas Martin Etcheverry. W tej samej, drugiej ćwiartce drabinki trafili też rozstawieni z czwartym numerem Włosi Bolelli i Vavassori – ci sami, z którymi Zieliński i Polmans mierzyli się już w Tokio.
Najwyżej rozstawioną parą całego turnieju są Amerykanin Christian Harrison i Brytyjczyk Neal Skupski. Numer drugi przypadł Salwadorczykowi Marcelo Arevalo i Chorwatowi Mate Paviciowi.
Ile trzeba, żeby polski mistrz postawił na nogi jeden z najmocniejszych klubów Niemiec? Odpowiedź przyniosła środowa rywalizacja w Champions Hockey League: dogrywka i seria rzutów karnych, w której Adler Mannheim pokonał GKS Tychy 5:4. Spotkanie rozegrano w Mannheim.
Początek nie wróżył tyszanom nic dobrego. Już w 5. minucie na ławkę kar trafił Dominik Paś, a gospodarze natychmiast wykorzystali przewagę liczebną. Brooks Macek strzałem w kierunku dalszego słupka pokonał bramkarza GKS-u Tomáša Fučíka, asystowali mu Marc Michaelis i Leon Gawanke. Chwilę później, w 7. minucie, Tom Kühnhackl podwyższył na 2:0 po podaniu Lennarda Nielecka, z asystą także Dana Renoufa. Mannheim prowadził więc dwoma golami, a mecz dopiero się rozkręcał.
Tychy odpowiedziały jednak szybko. W 14. minucie Bartłomiej Jeziorski zdobył kontaktową bramkę po podaniu Valtteriego Kakkonena, z asystą Olli Kaskinena, i było 2:1. Dziewięć minut później, w 23. minucie, Leevi Viitala wykorzystał podanie Mateusza Gościńskiego i pokonał Maximiliana Franzreba, doprowadzając do wyrównania 2:2.
Gospodarze znów odskoczyli. W 26. minucie Luke Esposito, grając w przewadze 5 na 4, trafił z bliskiej odległości po podaniach Matthiasa Plachty i Johna Gilmoura, ustawiając wynik na 3:2. GKS nie zamierzał się jednak poddawać – trzy minuty później Alan Łyszczarczyk huknął z dystansu w przewadze liczebnej, asystowali mu Valtteri Kakkonen i Dominik Paś, i na tablicy pojawiło się 3:3.
Trzecia tercja przyniosła kolejny zwrot akcji. W 53. minucie Nicolas Mattinen wykorzystał zasłonięte pole widzenia Tomáša Fučíka i dał Adlerowi prowadzenie 4:3, z asystami Luke’a Esposito i Matthiasa Plachty. Tychy odpowiedziały niemal natychmiast – w 56. minucie Mateusz Bryk, po podaniu Bartłomieja Jeziorskiego, wyrównał na 4:4. Do końca regulaminowego czasu gry nikomu nie udało się przechylić szali na swoją stronę.
Bohater w kasku i decydujący karny
W dogrywce role się odwróciły – to GKS musiał bronić się w osłabieniu. Tomáš Fučík obronił jednak rzut karny i popisał się jeszcze kilkoma trudnymi interwencjami, utrzymując remis. O zwycięzcy zadecydował więc konkurs rzutów karnych, w którym Adler Mannheim okazał się skuteczniejszy, wygrywając 2:1. Decydujący krążek w 65. minucie, w serii karnych, umieścił w siatce Nicolas Mattinen, ustalając ostateczny wynik na 5:4 dla gospodarzy.
Statystyki nie oszukują – Mannheim był stroną zdecydowanie bardziej aktywną w ofensywie, oddając 38 strzałów wobec 26 strzałów Tychów. Mistrzowie Polski za to spędzili więcej czasu na ławce kar – 10 minut wobec 4 minut Niemców.
Drużyną z Mannheim prowadzi Dallas Eakins, a ławką trenerską GKS Tychy od pewnego czasu zarządza Pekka Tirkkonen. Dla GKS, obecnego mistrza Polski, ten pojedynek był kolejnym starciem z europejską elitą w ramach Champions Hockey League. Między słupkami stanęli Tomáš Fučík u tyszan i Maximilian Franzreb u Adlera – i to właśnie ich interwencje w decydujących momentach zadecydowały o losach meczu.
Czy Alex Pereira jest w stanie rozbijać rywali o kilkadziesiąt kilogramów ciężyszych od siebie z taką samą łatwością, z jaką radził sobie w wadze półśredniej i średniej? Trener Ray Longo ma na to jedną odpowiedź – nie.
Pereira przegrał z mistrzem wagi ciężkiej UFC Cirylem Gane’em. Do starcia doszło w czerwcu, na gali UFC rozegranej w Białym Domu. Brazylijczyk celował wysoko – chciał jako pierwszy zawodnik w historii organizacji zdobyć mistrzowskie pasy w trzech różnych kategoriach wagowych. Wyszło inaczej. W drugiej rundzie walki wieczoru Francuz rozbił go ciosami.
Porażka nie zniechęciła go do dalszej gry w wadze ciężkiej. Następnym rywalem Pereiry będzie kolejny zawodnik znany z pioruniącej siły uderzenia – Sergei Pavlovich. Pojedynek odbędzie się 12 grudnia na gali UFC 335 w Las Vegas.
Longo: „Nie zobaczyłem niczego, co pozwoliłoby mi uwierzyć”
Ray Longo, trener od lat kojarzony ze środowiskiem MMA, nie wierzy, że Brazylijczyk podbije wagę ciężką – i ma na to konkretne argumenty. Mówił o tym w podcaście Anik & Florian Podcast. „Jeszcze przed nimi nie zobaczyłem niczego, co pozwoliłoby mi uwierzyć, że Alex mógłby pokonać Gane’a w rewanżu” – powiedział.
Alex jest trochę jak Bobby Green. Ma ogromną siłę, ale często trzyma ręce nisko.
To porównanie nie jest przypadkowe. Longo wskazuje na nawyk, który w niższych kategoriach wagowych niewiele Pereirze kosztował, ale wobec dużo masywniejszych rywali może się mścić. „W wadze do 185 funtów jest zupełnie inaczej. Przy 250 funtach? Nie wiem” – dodał, mając na myśli różnicę między limitem 185 funtów a pełną wagą ciężką.
Dorobku Pereiry jednak nikt mu nie odbierze. W karierze UFC nokautował między innymi Israela Adesanyę, Jana Błachowicza, Jiriego Prochazkę, Seana Stricklanda i Magomeda Ankalaeva. Czy ta sama moc w pięściach, która dawała mu przewagę w wadze półśredniej i średniej, przełoży się na starcia z gigantami wagi ciężkiej? To wciąż pytanie bez odpowiedzi. Grudniowy pojedynek z Pavlovichem powinien ją przynajmniej częściowo podsunąć.
Zwykła sala zapaśnicza w Olsztynie, a z niej dwóch mistrzów KSW, mistrzyni UFC i klub trzykrotnie nagrodzony Herkulesem. Jak to możliwe? Odpowiedź sięga początków XXI wieku, kiedy w stolicy Warmii powstał klub Arrachion MMA.
Założyli go Paweł Derlacz, Szymon Bońkowski i Tomasz Sobczyński. Derlacz i Bońkowski są przy klubie do dziś. Każdy z nich trafił do MMA inną drogą – Derlacz trenował wcześniej wu shu sanda, Bońkowski judo i jujitsu. Pierwsze zajęcia odbywały się w sali zapaśniczej „Budowlani Olsztyn”. Grupa trenujących rosła szybko, w końcu doszła do 30 osób, i to przekonało założycieli, by otworzyć klub oficjalnie pod nazwą Arrachion MMA Olsztyn.
Paweł Derlacz ma 4. dan Ji Ws Shu i uprawnienia trenera boksu II klasy – zawodników szkoli od ponad 20 lat. Szymon Bońkowski legitymuje się czarnym pasem BJJ i judo. Taki fundament szybko dał efekty. Już w pierwszych latach działalności zawodnicy klubu zdobywali pasy mistrzowskie KSW, a sekcja amatorska triumfowała na Mistrzostwach Polski Północnej w amatorskim MMA. Arrachion zorganizował też pierwszą zawodową galę MMA w Olsztynie, znaną jako Warmia Heroes.
Dziś klub działa pod nazwą Berkut Arrachion Olsztyn, z siedzibą przy ul. Gietkowskiej 9D. Na koncie ma trzy nagrody Heraklesa dla najlepszego klubu MMA w Polsce. Oferta od dawna wykracza poza samo MMA – są sekcje BJJ, judo, boksu i muay thai, w tym grupy amatorskie, dziecięce i kobiece.
Khalidov, Jędrzejczyk, Wikłacz – trio, które zbudowało markę
Arrachion to jeden z tylko dwóch polskich klubów – obok WCA Fight Team – z pasami zarówno KSW, jak i UFC na koncie. Zasługa trzech nazwisk, które na trwałe weszły do historii polskiego MMA.
Mamed Khalidov dwukrotnie sięgał po pas mistrzowski kategorii średniej KSW i raz zdobył tytuł w dywizji półciężkiej. Ma na koncie prawie 40 zawodowych zwycięstw, a tylko cztery z nich nie skończyły się przed czasem. Ta statystyka mówi sama za siebie.
Joanna Jędrzejczyk jako pierwsza Polka zdobyła pas UFC, a tytuł mistrzowski kategorii słomkowej obroniła pięciokrotnie. Dwa razy trafiła do Galerii Sław UFC. Przed MMA walczyła w formułach stójkowych – kickboxingu i muay thai. Z Arrachionu odeszła w 2016 roku, przenosząc się do American Top Team na Florydzie.
Jakub Wikłacz, były mistrz kategorii koguciej KSW, sięgnął po pas pod koniec 2022 roku, pokonując Sebastiana Przybysza, a potem obronił go trzykrotnie. Arrachion opuścił w połowie 2022 roku, w 2025 roku trafił do UFC, a obecnie walczy w barwach klubu Czerwony Smok Poznań. Wśród innych uznanych zawodników klubu wymienia się także Aslambeka Saidova, Dawida Kuczmarskiego, Adriana Zielińskiego, Aslambeka Arsamikova i Ibragima Chuzhigaeva.
Walki, które zapisały się w historii
Starcie Mamed Khalidov vs. Michał Materla o pas mistrzowski wagi średniej KSW odbyło się w listopadzie 2015 roku jako walka wieczoru gali KSW 33. Khalidov rozstrzygnął ją właściwie od razu – znokautował Materlę po 30 sekundach walki.
Marzec 2015 roku okazał się równie przełomowy. Joanna Jędrzejczyk, wchodząc do pojedynku z bilansem 8-0 i dwoma wygranymi w UFC, pokonała Carlę Esparzę na gali UFC 185 i zdobyła pas mistrzowski kategorii słomkowej. Zwycięstwo przyszło przez nokaut w drugiej rundzie, a do tego Jędrzejczyk zgarnęła bonus za najlepszą walkę wieczoru.
Kolejna karta legendy Khalidova to starcie z Mariuszem Pudzianowskim – walka wieczoru gali KSW 77. Pudzianowski przystępował do niej po wygranej z Michałem Materlą, ale z Khalidovem nie miał szans. Czeczen zasypał go ciosami w parterze.
Klub powstał na początku XXI wieku.
Od sali zapaśniczej „Budowlani” po pasy KSW i UFC – droga Arrachionu Olsztyn to w dużej mierze historia polskiego MMA zapisana jednym klubem.
Czy sama zmiana trenera wystarczy, by rozładować miesiące napięć w szatni giganta? W przypadku Realu Madryt odpowiedź wydaje się jedna: nie.
Hiszpańska rozgłośnia Cadena SER poinformowała, że relacje wewnątrz zespołu od miesięcy pozostają bardzo chłodne. Anton Meana w programie „El Larguero” nie szukał dyplomatycznych słów. „Jedyny problem polega na tym, że atmosfera w tej szatni jest nadal równie lodowata jak pięć miesięcy temu” – powiedział.
Problem nie zrodził się wraz z nowym trenerem – ma dłuższą historię. Według Cadena SER napięcia między zawodnikami istniały już za kadencji Xabiego Alonso i Alvaro Arbeloi. Punktem kulminacyjnym była bójka między Federico Valverde i Aurelienem Tchouamenim, do której doszło w maju w ośrodku treningowym w Valdebebas. Gazeta „AS” informowała, że w wyniku starcia Valverde doznał urazu głowy i potrzebował pomocy medycznej. „El Confidencial” donosił z kolei, że to nie był jedyny konflikt w szatni i że w sprawę musiały się zaangażować władze klubu.
Latem Real postawił na radykalne rozwiązanie – zatrudnił Jose Mourinho. Jednym z jego zadań miało być właśnie uporządkowanie relacji wewnątrz zespołu. Efekty? Mizerne. W sierpniu „AS” opisywał ponowne spotkanie Valverde i Tchouameniego w Valdebebas jako „ranę czekającą na zabliźnienie”. We wrześniu obaj ponownie znaleźli się razem w podstawowym składzie. Formalnie wszystko gra. Atmosfera jednak nie.
Mbappe pod lupą po nocnym wyjściu
Do napięć w szatni dołożyła się sprawa Kyliana Mbappe. Francuz pauzował po urazie odniesionym 25 września podczas meczu reprezentacji Francji z Turcją. W trakcie przerwy od gry został sfotografowany podczas wyjścia do paryskiego klubu nocnego, a później opublikował nagranie z jazdy na rowerze, co wywołało dodatkowe komentarze. Według hiszpańskich mediów Mourinho przeprowadził z nim rozmowę i zasugerował mu większą ostrożność w życiu poza boiskiem. Klub oficjalnie nie dopatruje się jednak problemu w zachowaniu napastnika i zamierza go publicznie wspierać.
Cadena SER przekazała, że stan fizyczny Mbappe jest „optymalny”, dzięki czemu może znaleźć się w podstawowym składzie w najbliższym spotkaniu. To będzie o tyle istotne, że Real przed przerwą przegrał z Atletico Madryt 1:2, a punkty są potrzebne już teraz – przed klubem seria starć z Villarrealem, Romą, Sevillą i Lipskiem. Na horyzoncie widać już 25 października – datę El Clasico z Barceloną. Ten mecz może pokazać, czy Mourinho zdołał cokolwiek naprawić, czy lodowata atmosfera z szatni przeniesie się także na boisko.