⚡ Aktualnie:

Ile może kosztować osiem miesięcy za kratami i rok kariery zawodowego sportowca, gdy okazuje się, że oskarżenie było pomyłką? Michał Materla wycenia to na 22 mln zł — taką kwotę chce od Skarbu Państwa tytułem odszkodowania za niesłuszne aresztowanie.

Proces toczy się przed sądem w Szczecinie i zbliża się już do finału. Zawodnik domaga się rekompensaty nie tylko za samo zatrzymanie, ale też za osiem miesięcy spędzonych w areszcie i straty wynikające z utraconych walk oraz kontraktów reklamowych.

Wszystko zaczęło się w grudniu 2016 roku, kiedy Materlę zatrzymano w akcji Centralnego Biura Śledczego Policji. Poznańska prokuratura postawiła mu wtedy zarzut udziału w grupie przestępczej. W areszcie spędził prawie osiem miesięcy — wyszedł dopiero po wpłaceniu 150 tys. zł kaucji. Na umorzenie postępowania i pełne oczyszczenie z zarzutów musiał jednak czekać ponad sześć lat.

Kwota żądanego odszkodowania rosła razem z procesem. Na początku pełnomocnik zawodnika mówił o niespełna 8 mln zł — w pierwotnym wniosku było to 1,7 mln zł zadośćuczynienia i 6,1 mln zł odszkodowania. Potem doszły przesłuchania świadków, analiza dokumentów, przeliczenie dawnych strat na dzisiejsze realia. Suma urosła do 22 mln zł.

Kajdanki, film z zatrzymania i hejt wobec rodziny

Podczas procesu Materla opowiadał, jak w poznańskim areszcie uznano go za osobę szczególnie niebezpieczną. Przy każdym przemieszczaniu się zakładano mu kajdanki zespolone. To jednak nie było najgorsze — najbardziej dotkliwe okazały się konsekwencje medialne.

„Choć mój udział miał być marginalny, do stacji telewizyjnych trafił film właśnie z mojego zatrzymania” — mówił Materla przed szczecińskim sądem.

Jak twierdził zawodnik, publikacje przedstawiały go jako gangstera, a jego rodzina musiała potem mierzyć się z falą hejtu.

Straty sportowe i finansowe miały być równie wymierne. W 2017 roku Materla planował stoczyć trzy walki, w tym pojedynek z Mamedem Chalidowem na Stadionie Narodowym w Warszawie. Za samą walkę miał dostać 1 mln zł, a sponsorzy mieli dorzucić kolejne 500 tys. zł za promocję swoich marek. Prezesi federacji KSW zeznali, że po wyjściu zawodnika z aresztu stawki proponowane mu za kolejne walki wyraźnie spadły. Z kolei przedstawiciele firmy z branży chemii i myjni samochodowych przyznali, że środki, które wcześniej planowano dla Materli, ostatecznie trafiły do Krzysztofa Hołowczyca.

Prokuratura podważa jednak wysokość wyliczonych strat. To oznacza, że obrońca musi udokumentować każdy z kilkunastu elementów roszczenia z osobna. Interes Skarbu Państwa reprezentuje w procesie Prokuratoria Generalna. Sąd przesłuchał już świadków, a przed wydaniem wyroku ponownie wysłucha samego Materlę.

Co traci kierowca Formuły 1, który siedem razy olewa wezwanie własnego państwa? W przypadku Paula Arona odpowiedź jest prosta: prawo jazdy.

22-letni Estończyk to jedna z twarzy przyszłości Alpine. W sezonie 2024 jeździł w Formule 2, rok później awansował na kierowcę rezerwowego francuskiej stajni, do tego pełni funkcję kierowcy testowego zespołu, a podczas wybranych weekendów wyścigowych wspomaga Audi. W 2023 roku wywalczył wicemistrzostwo Formuły 3. Na torze więc wszystko gra. W rodzinnej Estonii — już niekoniecznie.

Jak podaje estońska gazeta Ohtuleht, Aron kilkukrotnie nie stawił się na obowiązkowych badaniach lekarskich, będących elementem procedury oceny zdolności do służby wojskowej. I nie był to jednorazowy wypadek przy pracy — kierowca zignorował łącznie siedem wezwań i upomnień w tej sprawie. Estonia utrzymuje obowiązkową służbę wojskową dla mężczyzn, a każdy objęty poborem musi przejść badania określające jego zdolność do jej odbycia. Za niestawienie się władze mogą nakładać kary administracyjne.

Konsekwencje przyszły szybko. Arona ukarano grzywną w wysokości 1940 euro. Na tym jednak się nie skończyło — estońskie Ministerstwo Obrony złożyło wniosek o tymczasowe zawieszenie jego prawa jazdy. Jak informuje Ohtuleht, wniosek przeszedł, a odwołanie złożone przez kierowcę nic nie dało.

Zegar tyka do 13 listopada

Teraz liczy się każdy dzień. Aron musi przejść wymagane badania lekarskie najpóźniej do 13 listopada. Jego prawnik przekazał, że kierowca zamierza zrobić to jeszcze przed wyznaczonym terminem. Warto dodać, że same badania mają dopiero rozstrzygnąć, czy Estończyk jest zdolny do służby — nie jest więc przesądzone, czy faktycznie będzie musiał ją odbyć.

Sprawa nabiera dodatkowego ciężaru w świetle zmian, jakie czekają estoński system poboru. Od 2027 roku podstawowa służba wojskowa w tym kraju potrwa 12 miesięcy, a władze planują powoływać rocznie około 4100 poborowych. Dla kogoś, kto buduje karierę w kalendarzu F1 rozpisanym z wyprzedzeniem na cały sezon, liczy się dosłownie każdy miesiąc.

Co zrobić, gdy w oktagonie naprzeciw siebie nagle staje ktoś, z kim jeszcze niedawno dzieliło się matę i sparingi? Na gali XTB KSW 123 tę zagadkę rozwiążą Mateusz Makarowski i Adam Soldajew. Ich pojedynek odbędzie się 10 października w Rzeszowie.

To starcie ma w sobie coś więcej niż zwykłą kartę walk. Makarowski i Soldajew trenowali kiedyś razem na macie, choć dziś barwy klubowe mają już inne. „Były kolega z maty. Lubiliśmy się, mocno sparowaliśmy, ale zawsze się szanowaliśmy” – mówi o rywalu Makarowski.

Pseudonim „Makaron” przylgnął do zawodnika na dobre. W rozmowie przed walką nie krył, że wspólna przeszłość treningowa na chwilę zejdzie na dalszy plan. „Na czas walki trzeba będzie zapomnieć o koleżeństwie i tyle” – zaznaczył. Jasno też powiedział, czego oczekuje po starciu w Rzeszowie. „Idealny scenariusz tej walki to piętnaście minut młócki i moje zwycięstwo po mega walce” – przyznał Makarowski.

Soldajew pamięta sparingi

Adam Soldajew zna styl Makarowskiego z pierwszej ręki – z czasów, gdy obaj ścierali się jeszcze na treningach, nie na gali. W programie „Klatka po klatce” wspominał: „Pamiętam, że to, co robi w walce, robił też na sparingach” – powiedział. Dorzucił też opis, który dziś brzmi jak ostrzeżenie przed 10 października. „Szedł do przodu. Miał to gdzieś, czy go trafiałeś, czy nie trafiałeś. Bił cię. Im więcej go trafiałeś, tym bardziej się rozkręcał” – opisywał Soldajew.

Mimo tej znajomości – a może właśnie dzięki niej – Soldajew długo się nie zastanawiał przed podpisaniem kontraktu. „Sama ta walka mnie zaczęła jarać, więc ją przyjąłem” – wyznał.

10 października w Rzeszowie dwaj byli partnerzy treningowi na piętnaście minut w klatce przestaną być kolegami.

Czy Hubert Hurkacz ma w ogóle czym zaskoczyć rozpędzonego Novaka Djokovicia? Bilans bezpośrednich starć mówi sam za siebie – 8-0 dla Serba. Do kolejnej odsłony tej rywalizacji dojdzie w drugiej rundzie turnieju ATP Masters 1000 w Szanghaju. Mecz zaplanowano na piątek 9 października, godzina 12:00 czasu polskiego, kort centralny.

Djoković przyjeżdża do Szanghaju w znakomitej formie. Tydzień wcześniej sięgnął po 102. tytuł w karierze, wygrywając turniej China Open w Pekinie – siódmy raz z rzędu w swojej karierze w tej imprezie. Po drodze do finału rozprawił się z najwyżej rozstawionym Alexandrem Zverevem, a wcześniej wyeliminował Daniła Miedwiediewa i Alexa de Minaura.

Do Szanghaju Serb trafił z wolnym losem w pierwszej rundzie – a to oznacza dodatkowy czas na regenerację po wyczerpującym tygodniu w Pekinie. Na konferencji prasowej nie krył zadowolenia. „To był dla mnie fenomenalny tydzień w Pekinie, bez wątpienia najlepszy w tym roku. Chcę wykorzystać ten rozpęd również tutaj, w Szanghaju, czerpać z pewności siebie i mam nadzieję, że ponownie zajdę daleko w tym turnieju, kolejnym w Chinach, gdzie w swojej karierze radziłem sobie bardzo dobrze” – powiedział.

39-letni Djoković od lat ma do Chin szczególny sentyment. Pierwszy raz zjawił się tam w 2007 roku, startując w Masters Cup – poprzedniku dzisiejszego ATP Finals – który wtedy odbywał się właśnie w Szanghaju. Miasto gościło turniej jeszcze w 2008 roku, kiedy Serb sięgnął po tytuł. Rok później ruszyła formuła Rolex Shanghai Masters, rozgrywana nieprzerwanie do dziś. W latach 2009-2013 sami zawodnicy uznawali ją zresztą za najlepszą imprezę rangi ATP Masters 1000.

Liczby mówią same za siebie: cztery tytuły w Szanghaju, aż siedem w Pekinie. „Lubię grać w Chinach. Mówiłem to wiele razy, kibice i ich wsparcie są niesamowite. W zeszłym tygodniu wydarzyło się coś naprawdę niezwykłego, bardzo wyjątkowego, jeśli chodzi o wsparcie i sympatię, które otrzymywałem od ludzi na stadionie i poza nim” – przyznał 24-krotny mistrz wielkoszlemowy.

Dla Hurkacza to kolejna szansa, by wreszcie przełamać fatalną passę w bezpośrednich pojedynkach z Serbem. Jak dotąd nie udało mu się wygrać z nim ani razu. Forma rywala przed piątkowym meczem każe zaś spodziewać się kolejnego ciężkiego popołudnia na korcie centralnym w Szanghaju.

Ile wyróżnień da się przywieźć z jednej gali? Piotr Zieliński pokazał, że da się dwa. Reprezentant Polski był jedną z gwiazd 31. edycji gali Premio Gentleman, która odbyła się w środę 7 października w Scuola Militare Teulié w Mediolanie.

Premio Gentleman od lat kojarzona jest z promowaniem zasad fair play w futbolu. Tym razem ceremonia miała jednak dodatkowy, smutny wymiar – uczczono pamięć Sandro Mazzoli, legendy Interu i włoskiego futbolu, który zmarł we wrześniu. Giuseppe Marotta, prezes i dyrektor generalny Interu, osobiście wręczył synowi zmarłego, noszącemu to samo imię Sandro, specjalną nagrodę Gentleman Uomo di Sport. Sam Marotta też nie wrócił do domu z pustymi rękami – otrzymał Premio Gentleman Internazionale AIPS, nagrodę przyznawaną we współpracy z Association Internationale de la Presse Sportive.

Dla Zielińskiego wieczór okazał się jednak wyjątkowy. 13-krotny reprezentant Polski odebrał tytuł Gentleman Inter, a do tego nagrodę za najlepszą bramkę klubu w sezonie 2025/26. Wyróżniony gol padł w wyjazdowym meczu z Hellasem Werona.

Odbierając trofea, pomocnik nie krył zadowolenia z formy drużyny. Zauważył jednak jeden powtarzający się schemat.

Jesteśmy świetnym zespołem i udowodniliśmy to. Nawet gdy przegrywamy dwiema bramkami, zawsze potrafimy wrócić do gry i osiągnąć korzystny wynik. To nasza siła, choć może lepiej byłoby strzelić pierwsi i wygrać 4:2

Dimarco i debiutant Mosconi też na podium

Zieliński nie był jedynym reprezentantem Interu docenionym tego wieczoru. Federico Dimarco, obrońca drużyny, otrzymał tytuł Gentleman Lega Serie A. Nagrodę dla najlepszego objawienia sezonu, Gentleman Rivelazione Inter, odebrał z kolei Mattia Mosconi, rocznik 2007 – w sezonie 2025/26 zadebiutował on w Serie A w barwach Interu.

Osiem pasów mistrzowskich w ośmiu różnych kategoriach wagowych, 150 milionów dolarów zarobione za jedną walkę — i mimo to kolejna przegrana wyborcza. Jak człowiek z takim CV trafia nagle do rządowej komisji ds. walki z ubóstwem? Odpowiedź w przypadku Manny’ego Pacquiao brzmi: długo, metodycznie i z kilkoma bolesnymi porażkami po drodze.

8 września filipiński bokser objął funkcję sekretarza i głównego koordynatora Narodowej Komisji ds. walki z ubóstwem, w skrócie NAPC. Nominacji dokonał prezydent kraju. To kolejny — choć nie pierwszy — rozdział politycznej kariery człowieka, który w 2015 roku stoczył najbardziej kasową walkę w historii boksu: pojedynek z Floydem Mayweatherem, za który Amerykanin zainkasował o 50 milionów dolarów więcej niż Filipińczyk.

Do polityki próbował wejść już w 2007 roku, startując do filipińskiej Izby Reprezentantów. Przegrał. Udało mu się dopiero w 2010 i 2013 roku, gdy dwukrotnie zdobywał mandat w parlamencie, reprezentując region Sarangani, skąd pochodzi. W 2016 roku poszedł o poziom wyżej: został senatorem na sześcioletnią kadencję, a w ogólnokrajowym głosowaniu zebrał ponad 16 milionów głosów, co dało mu 7. miejsce wśród wszystkich kandydatów.

Jako senator zgłosił 185 projektów ustaw. W życie weszło 36 — wynika z danych GMA News. Zarzucano mu przy tym niską frekwencję na obradach, co jednak nie powstrzymało go przed znacznie śmielszym krokiem.

Porażka w wyścigu o prezydenturę

W 2021 roku Pacquiao ogłosił start w wyborach prezydenckich. Ostatni przedwyborczy sondaż Pulse Asia dawał mu zaledwie 7 proc. poparcia — i sondaż się potwierdził. 9 maja 2022 roku zajął trzecie miejsce z wynikiem 6,81 proc., czyli 3 663 113 głosów. Wybory wygrał Ferdinand Marcos Jr. z wynikiem 58,77 proc. i ponad 31,6 milionami głosów — syn dyktatora, który rządził Filipinami w latach 1965-86. Drugie miejsce przypadło Leni Robredo, z wynikiem 27,94 proc., czyli ponad 15 milionów głosów. Na Filipinach nie ma drugiej tury głosowania prezydenckiego — zwycięzca od razu obejmuje urząd na sześć lat.

To nie był koniec porażek. W 2025 roku Pacquiao ponownie wystartował do Senatu, tym razem z ramienia ugrupowania związanego z prezydentem — i znów przegrał. W wyścigu o 12 z 24 miejsc w Senacie zajął dopiero 18. pozycję, choć kadencja senatora na Filipinach trwa sześć lat, a same wybory odbywają się co trzy.

W politycznym bagażu Pacquiao są też poglądy, które wywołały spore kontrowersje poza granicami kraju. Bokser opowiada się za przywróceniem kary śmierci i sprzeciwia się małżeństwom jednopłciowym. W 2016 roku porównał osoby żyjące w związkach jednopłciowych do zachowujących się „gorzej od zwierząt” — po tej wypowiedzi stracił kontrakt z Nike.

Mimo serii wyborczych niepowodzeń Pacquiao pozostał blisko władzy. Nowa funkcja w NAPC nie jest efektem wygranych wyborów, lecz prezydenckiej nominacji — i akurat ta droga okazała się dla byłego mistrza świata skuteczniejsza niż urna wyborcza.

76 minut – tyle wystarczyło dziś Stefanosowi Tsitsipasowi, by pokonać kwalifikanta w pierwszej rundzie turnieju Masters 1000. Grek, obecnie 43. w rankingu ATP, a jeszcze kilka lat temu trzecia rakieta świata, rozprawił się w czwartek z Belgiem Kimmerem Coppejansem 6:3, 7:5 w I rundzie Rolex Shanghai Masters.

Tsitsipas nie krył zadowolenia, że trafił na kort jako jeden z pierwszych zawodników tego dnia. „Mam wrażenie, że gram swój najlepszy tenis, gdy wychodzę na kort jako pierwszy. Kilka tygodni temu odniosłem bardzo cenne zwycięstwo w US Open, mierząc się właśnie z Arthurem Filsem. Był to pierwszy lub drugi mecz dnia, więc mogę z perspektywy czasu stwierdzić, że zaprezentowałem się tam z dobrej strony” – powiedział, cytowany przez ATP.

W sobotę w II rundzie czeka go starcie z Luciano Darderim. Argentyńczyk, rozstawiony w Szanghaju z numerem 18., miał w I rundzie wolny los. Grek zna już smak zwycięstwa nad tym rywalem – pokonał go w zeszłym roku na trawie w Halle.

Niespodzianki i odpadnięcia

Nie wszystkim graczom z czołówki udało się jednak przetrwać pierwszy dzień bez strat. Jaume Munar przegrał z Jensonem Brooksbym 5:7, 4:6 – a jeszcze w poniedziałek walczył w półfinale turnieju w Tokio z Carlosem Alcarazem. W piątek Brooksby zagra w II rundzie z Alejandro Davidovichem Fokiną.

Trudny dzień mieli też Argentyńczycy. Do kolejnej rundy awansowali Thiago Agustin Tirante, Camilo Ugo Carabelli i Sebastian Baez. Odpadli za to Facundo Diaz Acosta i Mariano Navone. Diaz Acosta uległ Portugalczykowi Nuno Borgesowi 6:7(5), 2:6, a Navone przegrał z Hiszpanem Pablo Carreno 6:4, 5:7, 3:6. Baez, który pokonał Marcosa Girona 1:6, 6:3, 6:4, w sobotę zmierzy się z broniącym tytułu Monakijczykiem Valentinem Vacherotem.

Swoje inauguracyjne mecze wygrali ponadto Rosjanin Paweł Kotow, Amerykanin Zachary Svajda, Włoch Matteo Arnaldi i Paragwajczyk Adolfo Daniel Vallejo. Kotow pokonał Tallona Griekspoora 6:4, 7:6(4) i w sobotę zagra z rozstawionym z ósemką Francuzem Arthurem Filsem. Tirante ograł Hamada Medjedovicia 6:4, 6:2, Svajda wyeliminował Fabiana Marozsana 6:3, 7:6(2), Carabelli odwrócił losy meczu z Ilią Simakinem, wygrywając 2:6, 6:2, 7:5, Arnaldi rozprawił się z Bernardem Tomiciem 6:3, 6:1, a Vallejo pokonał Valentina Royera 6:3, 6:1.

Zmagania w głównej drabince Rolex Shanghai Masters potrwają do 18 października. Turniej rozgrywany jest na kortach twardych w ramach kategorii ATP Masters 1000, a łączna pula nagród wynosi 9,415 mln dolarów. Zwycięzca gry pojedynczej zainkasuje czek na 1,151 mln dolarów i zgarnie 1000 punktów do rankingu ATP.

Ile ostatecznie kosztował Granita Xhakę fałszywy certyfikat covidowy kupiony trzy lata temu? Prokuratura w Lucernie dała odpowiedź w formie wyroku: 150 tys. franków szwajcarskich grzywny w zawieszeniu na dwa lata. W przeliczeniu to około 704 tys. złotych.

O decyzji prokuratury kapitan reprezentacji Szwajcarii poinformował sam, w mediach społecznościowych. Warto wiedzieć, że w Szwajcarii taki nakaz karny wydany przez prokuraturę ma moc prawomocnego wyroku skazującego — sąd nie musi się w ogóle w to angażować. Za posługiwanie się podrobionym dokumentem Xhaka dostał 50 stawek dziennych po 3 tys. franków każda.

Sprawa wyszła na jaw 18 września, kiedy dziennik „Blick” doniósł, że przeciwko piłkarzowi toczy się śledztwo. Xhaka nie czekał długo z reakcją. Trzy dni później otwarcie przyznał się do zakupu sfałszowanego Unijnego Certyfikatu COVID (UCC) w 2022 roku. W latach 2021-2022 taki dokument ułatwiał, a nierzadko wręcz warunkował wjazd do krajów Unii Europejskiej i strefy Schengen bez kwarantanny czy dodatkowych testów. Legalnie można go było zdobyć między innymi po przejściu pełnego cyklu szczepień przeciw COVID-19.

34-letni pomocnik Sunderlandu nie szukał wymówek ani nie próbował przeciągać sprawy w czasie. Złożył przed śledczymi wyczerpujące zeznania, pokrył w całości koszty postępowania i zrzekł się prawa do odwołania. „Kilka tygodni temu zadeklarowałem, że biorę odpowiedzialność za swoją decyzję. Podtrzymuję to stanowisko” — napisał po ogłoszeniu wyroku.

Kilka tygodni temu zadeklarowałem, że biorę odpowiedzialność za swoją decyzję. Podtrzymuję to stanowisko

Warunkowy charakter kary oznacza w praktyce, że grzywna może nigdy nie zostać ściągnięta. Jeśli w ciągu dwóch lat próby Xhaka nie popełni żadnego wykroczenia ani przestępstwa, kwota 150 tys. franków zostanie tylko na papierze.

Co dalej z kadrą?

Na koncie Xhaki jest już 152 występów w barwach reprezentacji Szwajcarii, a do tego opaska kapitańska. Portal rts.ch zauważa, że sprawa karna zamknęła się prawomocnie, ale sportowe konsekwencje to zupełnie inna sprawa, wciąż otwarta. Selekcjoner Murat Yakin nie ukrywa, że chciałby widzieć swojego kapitana w kadrze od zaraz. Inny ton słychać za to u prezesa szwajcarskiego związku piłkarskiego, Petera Knabla — ten podkreśla, że w kwestii dyscyplinarnej przyszłości zawodnika nic nie jest jeszcze przesądzone, łącznie z ewentualnymi sankcjami.

Jak zdobyć punkt w Lidze Mistrzów, przegrywając mecz? GKS Tychy znalazł na to sposób w środę w Mannheim – zremisował w regulaminowym czasie, a dwa oczka stracił dopiero w rzutach karnych. Tyszanie ulegli niemieckiemu Adlerowi Mannheim 4:5 po serii jedenastek, w spotkaniu Hokejowej Ligi Mistrzów. Mimo porażki właśnie ten wynik dał polskiej drużynie pierwszy punkt w obecnej edycji rozgrywek.

Początek należał zdecydowanie do gospodarzy. Drużyna prowadzona przez trenera Pekkę Tirkkonena w pierwszej tercji obejrzała aż trzy kary. Widać to było w statystykach strzałów – w pierwszych 20 minutach Adler oddał 28 prób trafienia w bramkę, Polacy zaledwie 7. Tyszanie zablokowali jednak 15 uderzeń rywali, a na swój pierwszy celny strzał czekali 11 minut. Mimo przewagi gospodarzy pierwsza odsłona zakończyła się wynikiem 2:1 dla Adlera.

Drugą tercję GKS rozegrał zupełnie innym tempem. Tyszanie doprowadzili do remisu 2:2, a później dwukrotnie odrabiali straty, co ostatecznie zaprowadziło spotkanie do dogrywki. „W dzisiejszym meczu byliśmy dobrzy w tym, że strzelaliśmy gole w dobrych, właściwych momentach” – ocenił po spotkaniu Tirkkonen. Fiński szkoleniowiec podkreślił też charakter swojej drużyny w końcówce regulaminowego czasu gry. „Na końcu, nawet mimo tego, że oni strzelili na 4:3, my nadal wierzyliśmy w naszą pracę i zdobyliśmy gola wyrównującego na 4:4″ – dodał.

O losach meczu zadecydowała dopiero seria rzutów karnych. Prowadzenie dla GKS-u dał trafiony strzał Alana Łyszczarczyka, ale niemal od razu odpowiedział mu Luke Esposito. Kropkę nad i postawił Nick Mattinen – najskuteczniejszy zawodnik drużyny z Mannheim w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów – który przesądził o zwycięstwie Adlera.

Tirkkonen nie krył, że to rywale byli bliżej kompletu punktów. „Jeden punkt tutaj… Oczywiście my zagraliśmy dobry mecz, ale ostatecznie oni byli trochę konkretniejsi w karnych i jeśli chodzi o strzelanie” – przyznał trener GKS-u. Dodał przy tym, że to gospodarze bardziej zasłużyli na zwycięstwo.

Eakins: byliśmy solidni

Adler Mannheim już dzień przed meczem z GKS-em zapewnił sobie awans do fazy pucharowej Ligi Mistrzów. Po spotkaniu głos zabrał trener gospodarzy, Dallas Eakins. „Myślę, że kluczowa była odporność. Uważam, że graliśmy dobrze w niektórych fragmentach meczu, ale też zrobiliśmy pewne dyskusyjne błędy” – ocenił szkoleniowiec niemieckiego zespołu.

Jak to możliwe, że klub ogłasza zamknięcie sektora dla kibiców gości, zanim w ogóle wystąpi o zgodę na taką zmianę? Dokładnie tak postąpiła Legia Warszawa. 28 września klub poinformował o wyłączeniu sektora gości do końca roku — a stosowny wniosek do władz miasta trafił dopiero osiem dni później.

Kolejność zdarzeń jest nietypowa jak na tego rodzaju decyzję administracyjną. Komenda Stołeczna Policji, zapytana o sprawę, odpowiedziała bez ogródek: decyzja o organizacji i udostępnieniu sektora dla kibiców gości leży wyłącznie po stronie klubu. Dopiero 6 października Legia złożyła formalny wniosek o zmianę zezwolenia na organizację imprez masowych. Dwa dni później, 8 października, miasto zmieniło zezwolenie, wpisując możliwość organizacji meczów do końca roku bez udziału kibiców drużyny przyjezdnej. W uzasadnieniu decyzji napisano wprost, że zmiana zezwolenia następuje na wniosek strony — czyli samej Legii. A wcześniejsze zezwolenie, wydane 29 lipca, dopuszczało udział kibiców przyjezdnych. Zmiana oznaczała więc realne ograniczenie względem stanu sprzed zaledwie kilku tygodni.

Ślady tej procedury sięgają jeszcze dalej wstecz. Już 24 września Legia pisała do policji w sprawie planowanych zmian przy wejściu D-1, a policja odpowiedziała na to pismo już następnego dnia, 25 września. Formalny wniosek o zmianę zezwolenia wpłynął 7 października — i tego samego dnia policja wydała opinię pozytywną. A przecież ustawa o imprezach masowych daje organowi 14 dni na wydanie takiej opinii od wpływu wniosku. Tu wystarczyło dosłownie kilka godzin.

Decyzję zmieniającą zezwolenie nr CB/5310/M/232/2026 podpisał, z upoważnienia prezydenta Warszawy, Ireneusz Rajski, zastępca dyrektora Stołecznego Centrum Bezpieczeństwa. Dokument dopuszcza organizację meczów z maksymalnie 29 269 miejscami udostępnionymi publiczności, bez udziału kibiców drużyny przyjezdnej, w związku z planowaną modernizacją obiektu, która ma potrwać do 31 grudnia 2026 roku. Cała formalność kosztowała klub 82 złote opłaty skarbowej.

Opinia Komendanta Rejonowego Policji Warszawa I z 7 października była pozytywna i dotyczyła meczów z udziałem do 29 269 osób, bez kibiców drużyny przyjezdnej. Komendant uwzględnił w niej, że sektory 121, 122, 221 i 222 oraz rejon wejścia D-1 są wyłączone z terenu imprezy masowej z powodu trwającego remontu. Samą informację o remoncie policja oparła wyłącznie na dokumentacji przedłożonej przez klub — własnej weryfikacji harmonogramu prac nie prowadziła. Jak podkreślono, harmonogram prac leży wyłącznie w gestii Legii Warszawa, a policja nie wyznaczała żadnych terminów realizacji modernizacji.

Krytyka ze strony piłkarskich instytucji

Taki tryb procedowania nie spodobał się ani Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej, ani Ekstraklasie. PZPN ocenił, że szczególne wątpliwości budzi moment podjęcia tej decyzji, przypadający bezpośrednio przed meczem z Wisłą Kraków. Ekstraklasa poszła dalej i wprost wyraziła dezaprobatę dla czasu oraz sposobu procedowania sprawy przez klub. Efekt będzie widoczny już 11 października — mecz Legii z Wisłą Kraków odbędzie się bez udziału kibiców gości. Ekstraklasa zapowiedziała też, że wystąpi do PZPN o objęcie Legii nadzorem infrastrukturalnym.

Ratusz broni się argumentem czysto formalnym. Rzeczniczka Urzędu m.st. Warszawy Monika Beuth napisała, że wniosek spółki był kompletny i niesprzeczny z prawem, więc organ nie miał podstaw, by wydać inną decyzję, i uwzględnił żądanie Legii Warszawa SA w całości.

Z uwagi na to, że wniosek spółki był kompletny i nie był sprzeczny z prawem, a zainteresowany uzasadnił go koniecznością wyłączenia z użytkowania sektora kibiców przyjezdnych, organ samorządu, jakim jest Prezydent m.st. Warszawy, działając na podstawie art. 155 Kodeksu postępowania administracyjnego, nie ma żadnych podstaw, aby w tym przypadku wydać inną decyzję i dlatego uwzględnił żądanie spółki Legia Warszawa SA w całości

Jedyna data w całej sprawie, która nie budzi żadnych wątpliwości co do kolejności zdarzeń, to pismo Zarządu Zieleni Warszawy z 7 października w sprawie dzierżawy działki — wniosek o tę dzierżawę klub złożył wcześniej, 29 września. Według samej Legii prace remontowe, mające uzasadniać wyłączenie sektora gości, potrwają do końca 2026 roku.

Instalacja aplikacji
Pobierz