Pięć pełnych rund. Klatka aż trzeszczała od napięcia. We wrześniu 2026 roku Michał Borowski stanął do rewanżu z Gracjanem Misiem – po raz drugi. Tym razem na szali leżało więcej niż tylko honor po wcześniejszej porażce: do zdobycia był tymczasowy pas mistrzowski FEN w kategorii piórkowej. Po pięciu rundach sprawa była jasna – górą Borowski, który sięgnął po tymczasowe mistrzostwo organizacji.
Michał Borowski to polski zawodnik MMA związany zawodowo z organizacją FEN. Urodził się w 2003 roku, a fach szlifuje w klubach Fight Club Łomża i Ankos MMA Poznań. Rywalizuje w kategorii piórkowej, czyli do 66 kilogramów, choć na co dzień waży około 74 kilogramy. Mierzy 176 centymetrów, a jego zasięg ramion to 178 centymetrów.
Od amatorskich klatek do zawodowego debiutu
Zanim jego nazwisko trafiło na zawodowe listy wyników, Borowski kilka lat spędził w amatorskich klatkach – ten etap zamknął w 2023 roku. Walczył na zawodach Amatorskiej Ligi MMA, a także na galach Octagon No Mercy, Contra MMA i FEN. W lutym 2023 roku pojawił się na amatorskich mistrzostwach świata IMMAF – wygrał tam trzy starcia, a porażkę zaliczył dopiero na pełnym dystansie, z Oleksandrem Guliaievem.
Zawodowy debiut przyszedł na gali FEN 47 w czerwcu 2023 roku, choć droga do klatki była naprawdę kręta. Najpierw z walki wycofał się Bartłomiej Skowyra. Potem, już w dniu gali, problemy zdrowotne wykluczyły Patryka Semeniuka. Ostatecznie naprzeciw Borowskiego stanął Michał Romaneczko z bilansem 1-0, a Polak wygrał na pełnym dystansie.
Passę podtrzymał w październiku 2023 roku na gali FEN 51, gdzie na pełnym dystansie pokonał Patryka Semeniuka – tego samego, który kilka miesięcy wcześniej musiał zejść z karty przed walką z nim. W marcu 2024 roku, na gali FEN 53 w Lubinie, zmierzył się z Pawłem Dominem, mającym na koncie identyczny bilans 2-0. Po trzech rundach sędziowie jednogłośnie wskazali na Borowskiego.
W październiku 2024 roku, na gali FEN 56, dopisał do CV kolejne zwycięstwo – jednogłośną decyzją na pełnym dystansie pokonał Bohdana Danylko. Bilans po tej walce: 4-0, a wszystkie cztery zwycięstwa zapadły po pełnych trzech rundach. Ta statystyka mówiła sama za siebie – styl oparty na wytrzymałości, nie na szybkich nokautach.
Pierwsza porażka i powrót po kontuzji
Seria zwycięstw urwała się w marcu 2025 roku. Piąta zawodowa walka Borowskiego, z Gracjanem Misiem, odbyła się jako druga walka wieczoru na karcie FEN 58. Polak przegrał w pierwszej rundzie przez przerwanie lekarskie – pierwsza porażka w jego zawodowej karierze.
Powrót do klatki rozciągnął się w czasie. Przed starciem z Filipem Szostakiem na gali FEN 61 w styczniu 2026 roku Borowski wracał po kontuzji, która wykluczyła go ze startów na ponad 10 miesięcy. I mimo tak długiej przerwy pokazał, że formy nie zgubił – poddał Szostaka w trzeciej rundzie, za co dostał bonus za najlepszy wieczór gali. To zwycięstwo otworzyło mu drzwi do walki o tytuł i ostatecznie doprowadziło do wrześniowego rewanżu z Misiem, w którym Borowski sięgnął po tymczasowy pas FEN w kategorii piórkowej.
Na konferencji przed galą UFC 333 Petr Yan i Alex Volkanovski stanęli razem do wspólnego zdjęcia. Obaj będą bronić pasów tego samego wieczoru w Abu Zabi, co nie jest zresztą dziełem przypadku – trenują w tej samej sali. I właśnie stamtąd bierze się pytanie, które pada w stronę Yana coraz częściej: kiedy w końcu spróbuje sił w wadze piórkowej?
Petr Yan (20-5) odzyskał pas mistrza wagi koguciej w grudniu 2025 roku, pokonując jednogłośnie na punkty Meraba Dvalishviliego. Na ten moment Rosjanin czekał latami – od czasu, gdy stracił tytuł w dość kontrowersyjnych okolicznościach. W 2021 roku zdyskwalifikowano go w walce z Aljamainem Sterlingiem za uderzenie kolanem w głowę leżącego rywala. Szybko jednak wrócił na właściwe tory, bijąc Coreya Sandhagena jednogłośną decyzją sędziów.
Potem nastała seria gorszych chwil. Trzy porażki z rzędu: rewanż ze Sterlingiem, starcie z Seanem O’Malleyem (obie niejednogłośną decyzją) i pierwsza konfrontacja z Dvalishvilim. Od tamtej pory Yan odbudował się jednak w iście spektakularnym stylu – cztery zwycięstwa z rzędu, nad Song Yadongiem, Deiveson Figueiredo, Marcusem McGhee i wreszcie Merabem Dvalishvilim w rewanżu, przywróciły mu status jednego z najgroźniejszych zawodników dywizji.
W drugim starciu z Dvalishvilim Yan pokazał kompletną wersję siebie. Przebił Gruzina w stójce, przełamał go w zapasach i przewyższył kondycyjnie przez pełne pięć rund. Dla Dvalishviliego ta porażka zabolała szczególnie – szedł po czwartą obronę tytułu w jednym roku kalendarzowym, gdy przegrał rewanż. Rywalizacja między nimi jedną walką się jednak nie skończy. 24 października na gali UFC 333 odbędzie się trzeci, decydujący pojedynek między Yanem i Dvalishvilim.
Volkanovski na horyzoncie, ale nie teraz
Pytaniem o wagę piórkową Yan zamierza zająć się dopiero po tym starciu. W wywiadzie dla Full Violence przyznał, że w przyszłości rozważa przejście do kategorii do 66 kilogramów. Zaraz jednak dodał warunek, który wszystko wyjaśnia.
Wiecie, jeśli ktoś chce awansować i rzucić mi wyzwanie, to raczej pytanie do niego, nie do mnie. Ale osobiście przejście wyżej też brzmi interesująco. Kiedyś w przyszłości – tak. Teraz mistrzem kategorii do 66 kg jest mój przyjaciel Alex Volkanovski, więc nie chcę go bić.
Ta deklaracja nie jest przypadkowa. Yan jasno zaznaczył, że nie chce walczyć ze swoim przyjacielem, obecnym mistrzem wagi piórkowej UFC. Skok wyżej zostaje więc odłożony na później. Najpierw liczy się trzecia wojna z Dvalishvilim – ta, która ostatecznie zdecyduje, kto naprawdę jest numerem jeden w wadze koguciej.
18:00, 9 października, Nowy Targ. Na lód wyjedą dwie ekipy, które w tym sezonie TAURON Hokej Ligi nie zdobyły jeszcze ani jednego punktu. W ramach 8. kolejki sezonu zasadniczego Podhale Nowy Targ zmierzy się z STS-em Sanok Sokół. Początek zaplanowano właśnie na godzinę 18:00.
Bilanse bramkowe obu klubów mówią same za siebie. Sanok po sześciu rozegranych meczach notuje różnicę -16 — i to jeszcze wygląda nieźle na tle Podhala, które po siedmiu kolejkach ma na koncie bilans -49. Nic dziwnego, że bukmacherzy nie widzą tu wyrównanej walki: kurs na wygraną gospodarzy wynosi 5,0, na remis 4,75, a na zwycięstwo Sokoła zaledwie 1,5.
Kibice, którzy nie wybierają się na trybuny, mają powód do zadowolenia. Od sezonu 2026/27 TAURON Hokej Liga wprowadziła nowość — jeden mecz każdej kolejki pokazywany jest w otwartej, darmowej transmisji. Tym razem wybór padł właśnie na spotkanie z Nowego Targu. Telewizja Polska pokaże je bezpłatnie w internecie, transmisja startuje o 17:40, a śledzić ją można na stronie sport.tvp.pl oraz w aplikacji TVP Sport. Prawa do transmisji ligi w Polsce dzielą między sobą TVP Sport i Polski Hokej TV, więc pozostałe spotkania 8. kolejki obejrzeć można już tylko na platformie polskihokej.tv w systemie pay-per-view.
Czołówka tabeli ucieka, ogon traci kontakt
Podczas gdy Podhale i Sanok walczą o pierwsze punkty, na szczycie tabeli dzieje się sporo. Liderem po dotychczasowych kolejkach jest KH Energa Toruń z 18 punktami i bilansem bramkowym 30:15, a drugie miejsce zajmuje BS Polonia Bytom. Oba zespoły jednak potknęły się w ostatniej kolejce. Toruń przegrał na własnym lodzie z GKS Katowice aż 0:7, a trzecia tercja (0:4) dobiła sprawę. Polonia z kolei uległa GKS Tychy 1:2, choć bezbramkowa pierwsza tercja dawała nadzieję na inny scenariusz.
Niżej w tabeli działo się równie dużo. JKH GKS Jastrzębie przegrał z ECZD Zagłębie Sosnowiec 2:4, a Comarch Cracovia pokonała właśnie STS Sanok Sokół 3:2 — wygrywając dwie pierwsze tercje jeden do zera, by w trzeciej odrobić stratę rywala do przyzwoitego wyniku. Dla Podhala ostatnia kolejka była wyjątkowo bolesna: KS Unia Oświęcim rozbiła nowotarżan 8:0, serwując im cztery gole już w pierwszej tercji.
Efekt tych wszystkich wyników jest jeden. Podhale Nowy Targ i STS Sanok Sokół zamykają tabelę TAURON Hokej Ligi, oba z zerowym kontem punktowym. Mecz 9 października to więc starcie o znacznie więcej niż dwa punkty — to szansa na zrzucenie etykiety najsłabszej ekipy sezonu.
Piątek, 9 października 2026 roku, godzina 12:00 – na to starcie czekają kibice tenisa śledzący zmagania w Szanghaju. Wtedy właśnie na kort wyjdą Novak Djoković i Hubert Hurkacz, by rozegrać pojedynek II rundy turnieju Rolex Shanghai Masters 2026.
Serbski mistrz kontra Polak – to jedno z ciekawszych starć w Szanghaju. Obaj zawodnicy zmierzą się w samo południe według polskiego czasu, więc kibice w kraju obejrzą mecz bez nocnego wyczekiwania pod kocem.
Gdzie obejrzeć mecz Djoković – Hurkacz?
Transmisję zaplanowano na kanałach Polsat Sport 1 i Polsat Sport Premium 1 – tam warto szukać meczu. Ci, którzy woleliby oglądanie na telefonie czy laptopie, mogą skorzystać z aplikacji Polsat Box Go, choć stream wymaga wykupienia odpowiedniego pakietu.
A co z osobami bez dostępu do telewizora albo ekranu smartfona w danej chwili? Nic straconego. Portal WP SportoweFakty poprowadzi darmową tekstową relację LIVE z całego meczu, dostępną dla wszystkich bez opłat.
Mecz Djoković – Hurkacz to kolejna odsłona rywalizacji na szanghajskich kortach. Jego wynik może zaważyć na dalszym przebiegu turnieju Rolex Shanghai Masters 2026.
Okrążenie formujące przed wyścigiem o GP Bahrajnu, rozgrywanym wyjątkowo na torze w Malezji. Max Verstappen melduje przez radio, że mimo wciśniętej do dechy przepustnicy bolid nie chce przyspieszać. Chwilę później na mokrej prostej startowej gaśnie samochód Lewisa Hamiltona — Brytyjczyk niemal wycofuje się z wyścigu, zanim ten zdążył się zacząć. Obok niego zatrzymują się kolejne bolidy, i wcale nie na swoich wyznaczonych polach startowych. Dyrekcja wyścigu nie ma wyboru. Wywiesza czerwoną flagę, bo FIA musi w trybie awaryjnym wgrać do jednostek napędowych ustawienia dostosowane do panujących warunków.
Tak w skrócie wyglądał chaos, który sparaliżował start wyścigu i obnażył słabości nowego regulaminu technicznego na sezon 2026, wprowadzonego przez Formułę 1 i FIA. Przepisy zatwierdzono w porozumieniu z zespołami i producentami jednostek napędowych, ale od początku wzbudzają kontrowersje — a ogień krytyki skupia się właśnie na silnikach. To one skłoniły Audi do wejścia do Formuły 1 jako nowego producenta jednostek napędowych. I to one są dziś źródłem największych problemów.
Rdzeń zmian to zupełnie inny podział mocy. Od 2026 roku jednostka napędowa generuje moc po połowie: 50 procent z silnika spalinowego i 50 procent z silnika elektrycznego. Wcześniej bateria odzyskująca energię z hamowania odpowiadała za jedynie około 20 procent całkowitej mocy. Po apelach kierowców ten podział już raz skorygowano względem pierwotnych planów na początek sezonu — obecnie silnik spalinowy generuje około 53 procent mocy, w przyszłym roku ma to być 57 procent, a w 2028 roku docelowe 60 procent, górny próg dla obecnych jednostek napędowych.
Problem w tym, że żeby skutecznie naładować baterię, kierowcy muszą wcześniej odpuszczać gaz przed hamowaniem. A kiedy poziom energii w baterii spada za nisko, silnik elektryczny zostaje odcięty i bolid gwałtownie zwalnia — moc dostarcza już tylko jednostka spalinowa. W suchych warunkach limit użycia i ładowania baterii na torze wynosi maksymalnie 350 kW, w deszczu tylko 250 kW. Deszcz okazał się właśnie tym czynnikiem, którego nikt dotąd realnie nie przetestował.
Dlaczego zabrakło testu na mokro
Od zimowych testów przedsezonowych do wyścigu w Malezji bolidy F1 ani razu nie przejechały sesji w mokrych warunkach. Rywalizacja o GP Bahrajnu, przeniesiona na tor w Malezji, była więc pierwszą okazją, by nowe jednostki napędowe zmierzyły się z mokrą nawierzchnią. Wynik tego testu widział każdy na starcie — gasnące silniki i czerwona flaga.
FIA w oświadczeniu przyznała, że pierwotne ustawienia silników były niewłaściwe, a bolidy miały trudności z odzyskiwaniem energii w poszczególnych sektorach toru. Po korektach wprowadzonych w trakcie przerwanej rywalizacji samochody mogły jechać już bez większych problemów, choć do tego czasu tor zdążył wyschnąć. Przedstawiciel FIA Nikolas Tombazis po wyścigu wyjaśnił mediom, co właściwie poszło nie tak. Według niego winne były zbyt niskie obroty generowane przez bolidy w deszczowych warunkach — samochody wcześniej hamują i później przyspieszają, co obniża efektywność jednostki spalinowej. Turbosprężarka miała przez to znacząco ograniczony potencjał, a jednostka elektryczna nie była w stanie pokryć powstałego deficytu mocy.
Jak podaje serwis „The Race”, FIA zamierza szybko zmienić oprogramowanie, by uniknąć powtórki sceny z Malezji. Pierwsza reakcja przyszła już na torze. W kilka minut przerwy FIA stworzyła nowe mapowanie silnika dostosowane do mokrych warunków i poinstruowała zespoły, co zmodyfikować. Te ustawienia z wyścigu w Malezji posłużą jako awaryjny plan na wypadek deszczu podczas GP Singapuru. Poważniejsza, bardziej przemyślana zmiana oprogramowania ma jednak przyjść później, podczas GP USA w Austin. To nie przypadek — między wyścigiem na torze Marina Bay w Singapurze a Austin jest dwutygodniowa przerwa, która daje czas na pracę. FIA zapowiada, że wspólnie z zespołami i producentami jednostek napędowych będzie dalej udoskonalać mapowanie silników na deszczowe warunki, wymieniając dane z dostawcami elektronicznych jednostek sterujących.
8 października 2026 roku PGL opublikowało na platformie X post, który dla fanów CS2 zamknął miesiące spekulacji[ref:fof:ref:fact-20]. Organizacja ujawniła listę czternastu drużyn zaproszonych na turniej PGL Bukareszt 2027. Wszystkie czternaście ekip zdążyło już zaakceptować propozycję udziału.
Zaproszenia trafiły do zespołów najwyżej sklasyfikowanych według październikowego rankingu Valve. Na liście znalazły się: Legacy, Team Spirit, MOUZ, Team Vitality, G2 Esports, Team Falcons, FURIA, FUT, Aurora, Astralis, MIBR, BETBOOM, B8 i Nemiga. Polski akcent? Tylko jeden — trener Astralis, Filip „NEO” Kubski.
Impreza odbędzie się w studiu PGL w Bukareszcie, stolicy Rumunii, w dniach 17-24 stycznia. Dwa miejsca w gronie uczestników wciąż czekają na obsadzenie — rozstrzygną o tym zamknięte kwalifikacje dla drużyn z Europy. Potrwają od 16 do 20 października, a zmierzy się w nich osiem zespołów. Dwaj zwycięzcy dołączą do zaproszonej czternastki, kompletując pełną listę szesnastu uczestników.
Kolizja terminów z BLAST Bounty
Harmonogram PGL Bukareszt 2027 nakłada się na inny istotny turniej — BLAST Bounty, zaplanowany na 11-24 stycznia i mający być inauguracją nowego sezonu. Lista drużyn zaproszonych na BLAST powstanie na podstawie listopadowego rankingu Valve, a więc zapadnie już po rozstrzygnięciu kwalifikacji do Bukaresztu. Zdaniem redakcji HLTV zaproszone ekipy uznały turniej PGL za ważniejszy od rozgrywek BLAST Bounty — stąd tak szybka, masowa akceptacja zaproszeń, jeszcze przed ogłoszeniem składu rywala. W przyszłym roku ma dojść też do redukcji liczby uczestników BLAST z 32 do 16 ekip, co dodatkowo zaostrza rywalizację o miejsca w kalendarzu największych organizacji.
Stawka sportowa jest wysoka. Szesnaście drużyn powalczy o łączną pulę nagród w wysokości miliona dolarów. Zwycięzca odbierze czek na 180 tysięcy dolarów, do którego dolicza się jeszcze 100 tysięcy dolarów w ramach club share. Faza play-off wystartuje od ćwierćfinałów — a żeby do niej awansować, trzeba będzie zaliczyć trzy zwycięstwa w fazie grupowej.
Jak to możliwe, że GKS Tychy strzelił dokładnie tyle samo goli co rok temu, a mimo to ma o cztery punkty więcej w tabeli? Odpowiedzi nie znajdziemy w ataku. Trzeba spojrzeć na zupełnie inną defensywę i na to, kto dziś właściwie trafia do siatki.
Liczby wyjściowe są niemal bliźniacze. Po siedmiu kolejkach sezonu 2025/26 Tychy mają na koncie 30 goli — dokładnie tyle samo, co po siedmiu meczach rok wcześniej. Oddali przy tym 255 strzałów wobec 258 rok temu, czyli średnio około 36,5 próby na mecz. Skuteczność strzelecka drgnęła nieznacznie w górę, z 11,63% do 11,76%. Kosmetyka, nic więcej. Tabela mówi już jednak coś zupełnie innego: 15 punktów na 21 możliwych wobec zaledwie 11 rok wcześniej. Pięć zwycięstw w regulaminowym czasie gry to też więcej niż rok temu, gdy zespół wygrywał w podstawowym czasie trzy razy, a raz dopiero po dogrywce.
Klucz tkwi w obronie. GKS stracił w tym sezonie 15 bramek, podczas gdy rok temu po tej samej liczbie kolejek było ich 21. Jeszcze wyraźniej widać to w statystykach gry 5 na 5: rok temu bilans wynosił 21:19, w tym sezonie 21:9. Drużyna strzela tyle samo co zawsze, tylko przestała tracić bramki w równej grze.
Spora część zasługi spada na bramkarza Tomáša Fučíka. W meczach z Katowicami, Sosnowcem, Jastrzębiem i Bytomiem notował skuteczność interwencji na poziomie 90-96%. W obronie wyróżniają się też Lukáš Kovář z najwyższym w zespole wskaźnikiem plus/minus +9 oraz Bartłomiej Pociecha z notą +8.
Polscy strzelcy przejmują inicjatywę
Jeszcze rok temu obcokrajowcy odpowiadali za 70% goli Tychów. Dziś proporcje się odwróciły — polscy zawodnicy zdobyli 60% wszystkich bramek zespołu w tym sezonie. Symbolem tej zmiany jest Alan Łyszczarczyk. Rok temu po siedmiu meczach nie miał na koncie ani jednego gola, dziś ma 4 trafienia i 7 asyst, prowadząc w klasyfikacji kanadyjskiej drużyny. Dominik Paś nie strzelił jeszcze gola, ale zanotował już 10 asyst. Nowy nabytek klubu, Szymon Kiełbicki, ma na koncie 3 gole i 3 asysty, w tym dwa trafienia decydujące o zwycięstwie. Najlepszym strzelcem zespołu pozostaje jednak Fin Henri Knuutinen z sześcioma golami w siedmiu meczach. Kapitan Filip Komorski nie rozegrał w tym sezonie jeszcze ani minuty.
Nie wszystko jednak idzie w dobrym kierunku. Gra w osłabieniu to wyraźny problem — GKS obronił zaledwie 61,5% takich sytuacji i stracił w nich 5 bramek, podczas gdy rok temu było to tylko 2 trafienia. Jedna trzecia wszystkich straconych w tym sezonie goli padła właśnie wtedy, gdy rywal grał w przewadze liczebnej.
Dwie porażki pokazują, jak to się przekłada na wynik. Z Energą Toruń Tychy przegrali u siebie 1:4, mimo że oddali 38 strzałów wobec 19 rywala — ale zaliczyli też 33 minuty kar, w tym karę meczu (5+20 minut) dla Kiełbickiego. Z Unią Oświęcim było podobnie: rok temu domowa porażka 3:4, w tym sezonie 3:5 mimo aż 40 strzałów na bramkę gości. W obu przypadkach przewaga w statystykach gry nie przełożyła się na punkty, bo zawiodło to samo: dyscyplina i gra w osłabieniu.
Kto w ten piątek powalczy o awans do półfinału ESL Pro League w katowickim Spodku? Faza grupowa 24. sezonu turnieju dobiegła końca i obsada ćwierćfinałów jest już znana. Wszystkie cztery starcia odbędą się tego samego dnia, na tej samej arenie — rywalizacja zacznie się rano i potrwa do wieczora: pierwszy mecz o 10:30, ostatni o 18:00.
Dzień otworzy 1win kontra Aurora, mecz w formacie BO3 o 10:30. Dwie i pół godziny później, o 13:00, na scenę wyjdą Team Vitality i PARIVISION — znów do dwóch wygranych map. To starcie ma już swoją historię w tym sezonie: Vitality zdążyło dwukrotnie pokonać rywali, 2:1 i 2:0, więc PARIVISION przyjedzie do Spodku z jasnym celem odwrócenia tego bilansu.
O 15:30 czeka nas chyba najciekawsze starcie dnia — FURIA przeciwko MOUZ, również BO3. W 2026 roku obie ekipy grały ze sobą już czterokrotnie, a bilans 3-1 przechyla się na korzyść Brazylijczyków. Co ciekawe, to właśnie w tym turnieju FURIA doznała pierwszej w tym roku porażki od MOUZ, oddając mapy do 4 i do 7. Niemcy wejdą więc na mecz z pewną przewagą psychologiczną świeżej formy.
Dzień zamknie o 18:00 pojedynek Team Falcons z Team Spirit, też w BO3. To już szósty mecz tych organizacji w bieżącym roku, a dotychczasowy bilans wyraźnie faworyzuje Rosjan — Team Spirit wygrał trzy z pięciu starć. Falcons jadą jednak do Spodku z czymś w zanadrzu: do play-offów awansowali z solidnym bilansem 3-1. Spirit miał pod górkę i o miejsce w ćwierćfinale walczył do ostatniego dnia fazy grupowej.
Milion dolarów do podziału w Spodku
24. sezon ESL Pro League toczy się w Katowicach od 3 do 11 października. W turnieju gra szesnaście drużyn, z czego połowa dotarła do fazy play-off, którą otwierają właśnie ćwierćfinały. Cała faza pucharowa — półfinały, wielki finał i mecz o trzecie miejsce — rozegra się w katowickim Spodku.
Stawka jest spora. Pula nagród to milion dolarów, a zwycięzca całego turnieju zgarnie 125 tysięcy dolarów nagrody plus dodatkowe 170 tysięcy dolarów z puli club share. Warto dodać, że w tegorocznej edycji zabrakło ekipy z polskim akcentem — kibice w Spodku będą więc dopingować czysto z sympatii do stylu gry, bez barw narodowych do trzymania kciuków.
Czy mistrz wagi średniej UFC naprawdę odda pas i ucieknie do boksu w środku sporu o pieniądze? Wszystko na to wskazuje. Sean Strickland, obecny posiadacz tytułu, w środę późnym wieczorem zasiał spory zamęt w mediach społecznościowych serią wpisów na platformie X. Powód jest banalny: kasa. Strickland jest wściekły na warunki płacowe proponowane mu przez organizację i bez ogródek wyrzucił z siebie kilka scenariuszy naraz — zrzeknięcie się tronu, przeprowadzkę do wagi półciężkiej albo zwykłe dociągnięcie kontraktu do końca i odejście.
„Zabawne, gdy piszą „ale twój kontrakt wskazuje…”” — napisał zawodnik, odnosząc się do argumentów, którymi internauci, a pewnie i sama organizacja, próbują go uspokoić. Że sprawa jest dla niego poważna, nie ma wątpliwości — choć nie obyło się bez ironii pod adresem własnej przyszłości poza klatką: „Myślę, że bycie nową, nieocenzurowaną twarzą Paramountu brzmi całkiem nieźle. Może to będzie moja nagroda pocieszenia? Jakieś życzenia?”.
Do rozmowy wskoczył gość, którego nikt się nie spodziewał. Jake Paul, od lat żyjący na granicy boksu i czystej kontrowersji, zapytał Stricklanda wprost na X, czy jego kontrakt z UFC już wygasł. Odpowiedź mistrza brzmiała równie bojowo, co wymijająco: „Nie zdecydowałem jeszcze, czy chcę zerwać kontrakt, ale muszę przyznać, że potraktowanie cię pięściami brzmi teraz o wiele lepiej niż UFC”.
Nie chodzi o miliony McGregora
Strickland od razu zastrzegł, że nie mierzy w gażę na poziomie Conora McGregora — ten za ostatnią walkę miał zainkasować 30 milionów dolarów. Mimo to nie zamierza godzić się na stawkę, którą oferuje mu obecnie organizacja, i deklaruje, że do oktagonu nie wróci, póki jego oczekiwania finansowe nie zostaną spełnione.
Pieniądze to jednak tylko połowa sprawy. Strickland przyznał, że po 21 latach treningów jego ciało jest w opłakanym stanie: „Po prostu nie mam już serca do MMA. Zerwane więzadło w pachwinie, zwichnięcie stawu barkowo-obojczykowego”. W kolejnym wpisie dodał, że sport, któremu poświęcił całą karierę, po prostu przestał go cieszyć: „Po prostu nie czuję już miłości do MMA. W boksie są większe pieniądze, a treningi są znacznie łatwiejsze”.
Najdłuższe wyznanie zostawił jednak na Instagramie. „Mam już chyba dość MMA… Moje ciało jest zdezelowane po 21 latach treningów… Boks jest po prostu prostszy i o wiele przyjemniejszy. Zawsze byłem bokserem, który po prostu robi MMA. Jestem po prostu gotowy na boks. Moje serce nie jest już w MMA” — napisał, dokładając do tego zdjęcia z ostatniego obozu przed walką z Khamzatem Chimaevem.
To właśnie starcie z Chimaevem w maju przypieczętowało status Stricklanda jako mistrza. Od tamtej pory o rewanż głośno dopomina się Nassourdine Imavov, który w środę poszedł o krok dalej niż słowa — próbował zaatakować Stricklanda przed kamerami w Instytucie Sportowym UFC. Na razie jednak nie starcie z Francuzem, a spór o kontrakt rozstrzygnie, czy mistrz w ogóle jeszcze założy rękawice MMA.
Jak to jest przesiąść się z amerykańskich torów prosto za kierownicę 600-konnego prototypu? Tymoteusz Kucharczyk przekona się o tym już w najbliższą niedzielę, 11 października, podczas testów debiutantów European Le Mans Series. Dwudziestoletni kierowca sprawdzi wtedy prototyp kategorii LMP2, zasiadając w aucie przygotowanym przez francuski zespół TDS Racing.
Testy odbędą się na torze w Portimao, dzień po finałowej rundzie sezonu European Le Mans Series. To będzie pierwszy w karierze Kucharczyka test samochodu LMP2. Polak poprowadzi model Oreca 07 o mocy blisko 600 KM, z zamkniętym dachem — czyli zupełnie inną maszynę niż otwarte bolidy, w których dotąd ścigał się w Stanach Zjednoczonych.
„Jeszcze kilka tygodni temu walczyłem o mistrzostwo Indy NXT, a teraz po raz pierwszy w życiu wsiądę do prototypu LMP2” — mówi sam zainteresowany. I rzeczywiście, Kucharczyk do niedawna rywalizował o tytuł w Indy NXT, a cztery z ostatnich pięciu sezonów, w których startował, zakończył na podium mistrzostw.
Ekipa, z którą zadebiutuje w LMP2, nie jest przypadkowa. TDS Racing ma na koncie mistrzostwo między innymi w European Le Mans Series i amerykańskiej serii IMSA, a w wyścigu 24h Le Mans wielokrotnie stawała na podium. To stawia test w Portimao w nieco innym świetle — Polak wsiądzie nie do byle jakiego auta, lecz do samochodu zespołu z bogatą historią sukcesów na najbardziej prestiżowych torach świata wytrzymałościowego.
A tegoroczny kontekst dla polskiego motorsportu jest naprawdę wyjątkowy. W 2025 roku Robert Kubica jako pierwszy Polak w historii wygrał wyścig 24h Le Mans w klasyfikacji generalnej. Polski zespół Inter Europol Competition triumfował w swojej klasie w 24h Le Mans w 2023 i 2025 roku, a w 2026 roku ekipa zajęła dwa pierwsze miejsca w klasie LMP2. Test Kucharczyka wpisuje się więc w szerszy trend — polscy kierowcy i zespoły coraz śmielej meldują się na szczycie wyścigów długodystansowych.
Wsparcie sponsora i niepewna przyszłość
Udział w teście stał się możliwy dzięki wsparciu porównywarki ubezpieczeń Mubi.pl, głównego partnera Kucharczyka. „Wspieramy Tymka od dwóch lat, na miarę naszych możliwości — skromnych w realiach światowego motorsportu” — mówi Michał Laskowski, prezes zarządu Mubi. Kucharczyk jest też członkiem Akademii Motorsportu Orlen.
Sezon w Stanach Zjednoczonych wyszedł mu naprawdę dobrze. Mimo to przyszłość kierowcy na rok 2027 wciąż stoi pod znakiem zapytania. Dlatego test w Portimao może okazać się czymś więcej niż jednorazową przejażdżką — to okazja, by pokazać się w kategorii, która coraz mocniej zaznacza swoją obecność w polskim motorsporcie.