Tie-break w drugim secie, blisko dwie godziny na korcie i piąte miejsce w walce o Turyn, które z każdym gestem rakiety wygląda pewniej. Ben Shelton wygrał z Danielem Altmaierem 6:3, 7:6(6) w II rundzie turnieju ATP Masters 1000 w Szanghaju i jest o krok od awansu do ATP Finals 2026. Spotkanie trwało dwie godziny – Amerykanin nie wykorzystał przewagi przełamania w drugim secie, więc o losach meczu musiał zdecydować tie-break.
Rozstawiony z trzecim numerem Shelton przyleciał do Chin jako finalista US Open 2026. W Szanghaju na starcie turnieju dostał wolny los, więc mecz z Altmaierem był dla niego pierwszym prawdziwym testem na chińskich kortach. Teraz wystarczą mu dwa kolejne zwycięstwa – czyli awans do 1/8 finału – by już w najbliższych dniach zapewnić sobie miejsce w Turynie.
W następnej rundzie Sheltona czeka Arthur Gea, który poradził sobie z rozstawionym z numerem 30 Ugo Humbertem, wygrywając 6:4, 3:6, 6:1. To będzie pierwsze starcie tych dwóch zawodników w karierze na zawodowych kortach.
Cobolli wypada z gry o Turyn
Zupełnie inaczej zakończył się ten dzień dla Flavio Cobolliego. Rozstawiony z szóstym numerem Włoch przegrał w II rundzie z Adrianem Mannarino 6:1, 4:6, 6:3. Żeby zapewnić sobie kwalifikację do ATP Finals 2026 jeszcze w przyszłym tygodniu, musiałby sięgnąć po tytuł w Szanghaju. Po tej porażce taki scenariusz jest już nieaktualny. W kolejnej rundzie Mannarino zmierzy się z Arthurem Fery lub Karenem Chaczanowem.
W innych meczach dnia Alex de Minaur, rozstawiony z dziewiątym numerem, awansował do III rundy bez gry – z turnieju wycofał się Alex Molcan. W niedzielę Australijczyk zagra z Rei Sakamoto, który w II rundzie pokonał Andrieja Rublowa, rozstawionego z numerem 23, 6:4, 6:4.
Zmagania w głównej drabince Rolex Shanghai Masters potrwają do 18 października. Turniej rozgrywany jest na korcie twardym, a pula nagród wynosi 9,415 mln dolarów. Zwycięzca singla zarobi czek na 1,151 mln dolarów i otrzyma 1000 punktów do rankingu ATP.
W piątek, 9 października 2026 roku, Signal Iduna Park zapełni się kibicami – Borussia Dortmund podejmuje tam SV Werder Brema. Pierwszy gwizdek o 20:30. Kto nie wybierze się na stadion, może liczyć na transmisję telewizyjną i internetową.
Mecz pokaże kanał Eleven Sports 1 – sygnał włączy się o 20:20, dziesięć minut przed startem. Dla tych, którzy wolą ekran komputera czy telefonu, przewidziano transmisję online na kanale Eleven Sports 1 w Pilocie WP.
Dortmund bez wpadki, Brema w rozjazdach wyników
Borussia Dortmund wchodzi w ten mecz jako lider Bundesligi. Zespół z Zagłębia Ruhry wygrał wszystkie cztery dotychczasowe mecze ligowe i ma na koncie komplet 12 punktów. Bilans bramkowy 9:2 mówi sam za siebie – i w ataku, i w defensywie drużyna wygląda solidnie. To jedyny klub w lidze, który jeszcze nie zaznał porażki, czyli po prostu nie stracił dotąd punktu w tabeli.
Forma Dortmundu nie kończy się na Bundeslidze. We wszystkich rozgrywkach BVB wygrał pięć ostatnich meczów, strzelając 15 goli i tracąc tylko cztery. Kolejno: 5:0 z Hamburger SV, 3:2 z TSG Hoffenheim, 3:2 z Villarrealem, 3:0 z Paderborn i 1:0 z VfB Stuttgart.
Zupełnie inny obraz daje sezon Werderu Brema. Ósme miejsce w tabeli, siedem punktów po czterech kolejkach – dwa zwycięstwa, remis i porażka. Osiem strzelonych, osiem straconych goli. Drużyna nierówna, czasem potrafi zagrać dobrze, ale z defensywą wciąż ma problem.
Początek sezonu nie był dla Bremy łaskawy. Na inaugurację przegrała 1:4 ze SC Freiburg, po czym postawiła się i pokonała RB Lipsk 3:1. Dalej przyszedł remis 1:1 z 1. FC Köln i zwycięstwo 3:2 z FC Augsburg. A w przerwie reprezentacyjnej zespół rozegrał sparing z Twente – i boleśnie się sparzył, przegrywając 0:7.
Historia wzajemnych meczów sprzyja gospodarzom. Borussia Dortmund nie przegrała żadnej z pięciu poprzednich konfrontacji z Werderem – trzy wygrane, dwa remisy. W sezonie 2025/2026 doszło już do dwóch starć: Dortmund wygrał u siebie 3:0, a w Bremie 2:0, za każdym razem bez straty gola.
8 października 2026 roku Michał Oleksiejczuk sięgnął po telefon i na portalu X skomentował zaktualizowany ranking kategorii średniej MMA.PL. Napisał krótko, ale konkretnie: „Fajnie, ale już mnie to nie bawi. W następnym roku albo wejdę do światowego top 15, albo zajmę się pracą w gospodarstwie. Serio.”
Powód do satysfakcji miał — redakcja MMA.PL uznała go za najlepszego zawodnika kategorii średniej w Polsce. Za nim w klasyfikacji uplasowali się mistrz KSW Paweł Pawlak, jego brat Cezary Oleksiejczuk oraz Piotr Kuberski. On sam jednak nie zamierza się tym długo cieszyć. Wpis brzmiał jak zapowiedź czegoś większego — kolejnego, znacznie ambitniejszego etapu kariery.
Droga od trzech porażek do serii zwycięstw
Jeszcze w 2024 roku sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Trzy porażki z rzędu stawiały pod znakiem zapytania jego dalszą obecność w UFC. Przełom przyszedł w kwietniu 2025 roku na gali UFC 314, gdzie Polak pokonał Sedriquesa Dumasa, kończąc sprawę ciosami i łokciami już w pierwszej rundzie.
Kolejny nokaut przyszedł na gali UFC 319. Tym razem w pierwszej rundzie padł Gerald Meerschaert. W lutym 2026 roku Oleksiejczuk dopisał do serii trzecie zwycięstwo, pokonując Marc-André Barriaulta jednogłośną decyzją sędziów po trzech rundach. Tak powstała passa trzech wygranych walk z rzędu.
Pasmo sukcesów przerwało się w czerwcu 2026 roku na starciu z Abusem Magomedovem — niemieckim zawodnikiem rosyjskiego pochodzenia. Magomedov poddał Polaka duszeniem gilotynowym w pierwszej rundzie, w 3 minucie i 25 sekundzie walki.
Mimo tej porażki pozycja w krajowym rankingu pozostała niezagrożona. Zawodnik już jednak patrzy dalej. Oleksiejczuk, który na co dzień pomaga w prowadzeniu gospodarstwa, którym się opiekuje, postawił sprawę jasno: albo wejście do światowego TOP 15 w nadchodzącym roku, albo powrót do pracy na roli.
Nassourdine Imavov wchodzi do UFC Performance Institute w Las Vegas i widzi Seana Stricklanda. Ochrona reaguje natychmiast, bo napięcie między nimi rośnie w kilka sekund. „Nassourdine Imavov just ran into Sean Strickland in Las Vegas and it got HEATED” – tak całą sytuację opisano w relacji z miejsca zdarzenia.
Imavov nie czekał na żaden pretekst. Poszedł prosto do Stricklanda z pytaniem bez ogródek: „W czym problem? Nie podpisujesz kontraktu? Chodzi o pieniądze? Ja mam pieniądze. Dam ci”. Strickland nie odpowiedział ani słowem. Odwrócił się i wyszedł z budynku. Ochrona przez cały czas trzymała Francuza na dystans.
Na zewnątrz Imavov dalej nie dawał za wygraną. „Problem w tym, że on bez przerwy wygaduje bzdury w mediach społecznościowych. Ja tu jestem, a on sobie idzie. Idzie, bracie! Dokąd idziesz? Ja jestem tutaj” – krzyczał za oddalającym się Amerykaninem.
Walka, która miała się odbyć w grudniu
U źródeł całego spięcia leży pas wagi średniej UFC i walka, którą planowano jeszcze na grudzień – ostatecznie zabrakło jej na karcie UFC 335. Termin przesunięto. Powód jest prozaiczny: Strickland chce wyższej gaży za starcie z Imavovem, a rozmowy z promocją wciąż stoją w miejscu.
Imavov broni swojej pozycji w kolejce do pasa serią pięciu zwycięstw z rzędu. Ostatnią walkę stoczył we wrześniu 2025 roku, pokonując Caio Borralho. Jego bilans zawodowy wygląda na 17 wygranych, 4 porażki i 1 remis.
Strickland ma na koncie 31 wygranych i 7 porażek. To on pokonał Imavova w 2023 roku, a w ostatnim starciu zadał pierwszą porażkę w karierze Khamzatowi Chimaevowi. Mimo tej wygranej odmówił dania Chimaevowi natychmiastowego rewanżu – sam wskazał Imavova jako następnego rywala. Dziś, gdy walka wciąż nie jest podpisana, brzmi to niemal ironicznie.
Do tego dołożył się wypadek na buggy, w którym Amerykanin brał udział, choć bez złamań i poważnych urazów. Strickland zapowiedział też, że jeśli sprawy z UFC nie potoczą się po jego myśli, gotów jest oddać pas mistrzowski i przejść do wyższej kategorii wagowej. Nie kryje przy tym, że marzy mu się boks – i walka z Jakiem Paulem.
Po całym zajściu Strickland odpowiedział tam, gdzie czuje się najswobodniej – na Instagramie. „Co za żenada… Jego partner treningowy zna nasz grafik, bo trenuje razem z nami. We wtorki i czwartki o 10 rano w Xtreme, ale zamiast tego wolał pojechać na wyspę PI, do najmilszego, zapewne niedopłacanego personelu i pełnej ochrony, żeby nakręcić content… To po prostu obrzydliwe. Generalnie jest to trochę żenujące… Czterech gości z iPhone’ami i ochrona, ha ha, po prostu poczułem się niezręcznie” – napisał, komentując w ten sposób całe spotkanie.
Pas czeka na pretendenta. Kontrakt wciąż leży na biurku – bez podpisu którejkolwiek ze stron.
51:82 dla Oklahoma City Thunder – taki wynik widniał na tablicy, gdy Los Angeles Lakers schodzili do szatni na przerwę 2 kwietnia. Luka Doncić już w pierwszej połowie czuł ból lewego uda. Po przerwie wrócił na parkiet mimo to. Kilka minut później musiał przedwcześnie zakończyć występ. Diagnoza nie była łaskawa: uraz mięśnia dwugłowego lewego uda II stopnia – kontuzja, która wykluczyła go z reszty sezonu, w tym z całych play-offów.
Lakers przegrali tamten mecz w Oklahoma City 96:139. Po tak wysokiej porażce media i kibice zaczęli krytykować trenera JJ-a Redicka za to, że w praktycznie rozstrzygniętym meczu zdecydował się ryzykować zdrowiem gwiazdora. Doncić sam jednak nie zgadza się z tą narracją.
Słoweniec w rozmowie z Chrisem Mannixem z „Sports Illustrated” otwarcie przyznał, że to jego własna decyzja, a nie polecenie szkoleniowca, doprowadziła do kontuzji. „Jeśli chodzi o moją wolę walki i chęć zwycięstwa, bywam po prostu uparty. Już w pierwszej połowie poczułem, że powinienem był przerwać grę i zejść z boiska. Uważam, że mieliśmy zespół, który mógł walczyć o mistrzostwo. Zdecydowanie żałuję tej decyzji” – powiedział Doncić.
Gwiazdor Lakers odciął się od krytyki wymierzonej w trenera. Podkreślił, że to on sam zignorował wcześniejsze sygnały z ciała i nie przerwał gry, choć powinien. Boli to tym bardziej, gdy spojrzeć na moment sezonu, w którym doszło do urazu. Przed meczem z Thunder Lakers byli w fantastycznej formie – wygrali 16 z ostatnich 18 spotkań, pokonując w tej serii m.in. Denver Nuggets, Houston Rockets i Cleveland Cavaliers.
Play-offy bez Doncicia i osłabieni Lakers
Kontuzja Doncicia nie była jedynym problemem zdrowotnym ekipy z Los Angeles przed play-offami. Austin Reaves zmagał się wówczas z urazem mięśnia skośnego brzucha. Mimo tych strat Lakers poradzili sobie w pierwszej rundzie, eliminując Houston Rockets 4-2. Na więcej nie było ich już stać. W półfinale konferencji trafili na te same Oklahoma City Thunder, które pół roku wcześniej pokonały ich w regularnym sezonie – i przegrali serię 0-4.
Koniec sezonu oznaczał też koniec innego rozdziału. Wraz z eliminacją dobiegła końca niespełna dwuletnia współpraca Doncicia z LeBronem Jamesem w Lakers – latem James przeniósł się do Philadelphia 76ers.
27-letni Doncić wspominał grę z Jamesem w ciepłych słowach. „Po prostu pozwalał mi być sobą i naprawdę to szanuję. Sposób, w jaki podchodził do gry z nami, był niesamowity. Darzyłem go ogromnym szacunkiem. Świetnie się bawiłem, grając z nim. I tak jak mówiłem, myślę, że moglibyśmy sporo namieszać w play-offach, gdyby mnie i AR nie dopadły kontuzje. Uważam, że mieliśmy szansę” – ocenił Słoweniec.
Doliczony czas gry, wyjazdowy mecz z Lewskim Sofia w Lidze Europy, Red Bull Salzburg broni prowadzenia 1:0. I znowu przy akcji bramkowej kręci się Bartosz Mazurek. Kibice gości na trybunach w Sofii długo się nie zastanawiali – najlepszym zawodnikiem tego meczu okrzyknęli 19-letniego Polaka.
To był tylko jeden z kilku występów, które przesądziły o kolejnym wyróżnieniu. Kibice Red Bulla Salzburg wybrali Mazurka piłkarzem września. W głosowaniu zgromadził 52 procent głosów, wyprzedzając Dominika Schmida, Nikolasa Veratschniga oraz Harisa Tabakovicia.
Statystyki z minionego miesiąca mówią same za siebie. We wrześniu Polak zapisał na swoim koncie gola i trzy asysty. Trafił w meczu pucharowym z SKN Sankt Poelten, dwie asysty dołożył w wygranym 5:1 spotkaniu z Rapidem Wiedeń, kolejną zanotował przy zwycięstwie 3:0 ze Sturmem Graz. A na koniec jeszcze ten udział w akcji bramkowej w Sofii, który dał Salzburgowi komplet punktów w Europie.
Dwie bramki w debiucie w kadrze U-21
Forma klubowa poszła w parze z występami w reprezentacji. W debiucie w kadrze Polski U-21, podczas wygranego 3:0 meczu ze Szwecją, Mazurek strzelił dwie bramki.
Na seniorskie wezwanie trzeba będzie jeszcze poczekać. Selekcjoner Jan Urban nie uwzględnił Mazurka w kadrze na wrześniowo-październikowe zgrupowanie. Sam zawodnik nie robi z tego problemu – przyznał, że szanuje decyzję trenera i zamierza pracować jeszcze ciężej, by w przyszłości dostać szansę w pierwszej reprezentacji.
Pod koniec pierwszego seta meczu z 16-letnią Xinran Sun Coco Gauff nagle przerwała wymianę – migające bandy reklamowe wokół kortu zaczęły jej przeszkadzać. Sędzia przychylił się do jej prośby i powtórzył punkt, co część pekińskiej publiczności przyjęła z wyraźnym niezadowoleniem. Amerykanka mecz i tak wygrała, 7:5, 6:1, tyle że prawdziwe kłopoty zaczęły się dla niej dopiero po zejściu z kortu.
Chwilę po końcowym gwizdku na profile Gauff w mediach społecznościowych spadła lawina komentarzy. Spora część z nich miała charakter wprost rasistowski. Do zajścia doszło podczas turnieju WTA 1000 w Pekinie – jednego z najważniejszych punktów tenisowego kalendarza w Azji.
22-letnia Gauff nie zostawiła tego bez komentarza. Krytyka jej zachowania na korcie jest w porządku, zaznaczyła, ale nie może stać się pretekstem do rasistowskich wycieczek. Dodała, że przerwanie wymiany i prośba o powtórzenie punktu były zgodne z przepisami – nic niezwykłego. „To było dla mnie wyczerpujące” – przyznała, opisując emocje tamtych dni.
Rzecznik WTA w oświadczeniu przekazanym agencji AFP potępił rasistowskie ataki, jakie spadły na Coco Gauff.
WTA deklaruje wsparcie, ale problemy sportowe nie ustępują
Organizacja zapewniła, że jest w bieżącym kontakcie z zawodniczką i zaoferowała jej pełne wsparcie. Sprawa nabrała dodatkowego wymiaru, bo już w kolejnym meczu w Pekinie gra Gauff wyraźnie się posypała. Amerykanka przegrała z Elise Mertens 3:6, 3:6, notując aż 34 niewymuszone błędy, w tym osiem podwójnych błędów serwisowych. Ona sama nie szukała jednak wymówek – powiedziała wprost, że to przede wszystkim ona nie zagrała na odpowiednim poziomie.
Skutki całej sytuacji wykraczają poza sam turniej w Pekinie. Gauff nie wystąpi w zaczynającym się 12 października turnieju WTA 1000 w Wuhan, gdzie broniła tytułu z poprzedniego roku. Jak wyjaśniła, po długim sezonie jej organizm potrzebuje teraz odpoczynku i regeneracji.
Piątek, 9 października, godzina 13:00 czasu polskiego – wtedy Iga Świątek wyjdzie na kort w Pekinie, by powalczyć o awans do półfinału turnieju WTA 1000. Na przeciwległej stronie siatki stanie Elise Mertens, 30-letnia Belgijka.
Do tego etapu Polka dotarła w bardzo dobrym stylu – bez straty seta. W pierwszej rundzie rozprawiła się z Xinyu Gao 6:2, 6:3. Następny mecz wyglądał już inaczej: przeciwko Donnie Vekić musiała gonić wynik po przegranej pierwszej partii, by ostatecznie wygrać 4:6, 7:6, 6:2. W trzeciej rundzie wróciła do dominującej formy i nie dała szans Ivie Jović, triumfując 6:1, 6:3. To już trzecie zwycięstwo Świątek w tym turnieju.
Była liderka światowego rankingu WTA zagra teraz z zawodniczką, która rywalizację na najwyższym poziomie ma we krwi i potrafi niemiło zaskoczyć nawet najwyżej notowanych przeciwników.
Gdzie obejrzeć mecz Świątek – Mertens?
Transmisję z ćwierćfinału pokaże Canal+ Sport 2. Osoby, które wolą streaming, znajdą spotkanie w serwisie i aplikacji Canal+ Online – trzeba mieć jednak odpowiedni pakiet.
A jeśli nie macie dostępu do płatnej transmisji? WP SportoweFakty przygotowało darmową relację tekstową LIVE z przebiegu meczu Igi Świątek w Pekinie.
We wtorek Bogdans Hodass dostał wezwanie do sądu za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu. Już dwa dni później, w czwartek, Jukurit Mikkeli ogłosił, że 23-letni obrońca nie jest już zawodnikiem klubu.
Fiński klub rozwiązał kontrakt z łotewskim defensorem za porozumieniem stron. Powód był jeden – wezwanie do sądu w sprawie jazdy po alkoholu. Jukurit przekazał, że dowiedział się o incydencie i nie zamierzał przechodzić obok niego bez reakcji. Postępowanie sądowe wciąż trwa.
Serwis jatkoaika.com napisał, że Hodass padł ofiarą pozasportowego incydentu, który ostatecznie zakończył jego przygodę z klubem. Sam klub nie owijał w bawełnę, oceniając zachowanie zawodnika jako sprzeczne z wartościami, którymi kieruje się organizacja.
Słowa przeprosin od zawodnika
Hodass nie próbował bagatelizować sytuacji. „Zachowałem się nieodpowiedzialnie i głupio. Mój błąd doprowadził do postępowania sądowego, a we wtorek tego tygodnia otrzymałem wezwanie do sądu w związku z prowadzeniem pojazdu pod wpływem alkoholu” – przyznał obrońca.
Zawodnik potwierdził też, że rozstanie z klubem było wspólną decyzją. „Otwarcie omówiliśmy tę sytuację z klubem i doszliśmy do wspólnego rozwiązania, w którym mój kontrakt zostaje zakończony. Chcę przeprosić klub i całą społeczność za mój błąd oraz wziąć odpowiedzialność za swoje głupie i nieodpowiedzialne zachowanie” – dodał Hodass, przepraszając klub i całą jego społeczność za swój błąd.
Hodass grał w barwach Jukuritu od poprzedniego sezonu. W tej kampanii zdążył rozegrać 11 meczów, zapisując na swoim koncie cztery punkty – jedną bramkę i trzy asysty. Co dalej z jego karierą? Na razie nie wiadomo nic – sprawa sądowa czeka na rozstrzygnięcie.
Grudzień 2016 roku. Funkcjonariusze CBŚP zatrzymują Michała Materlę w związku z podejrzeniem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. W areszcie były mistrz KSW spędzi w sumie niemal osiem miesięcy. Dziś, kilka lat później, chce od Skarbu Państwa 22 milionów złotych rekompensaty.
Sprawę opisała Gazeta Wyborcza. Postępowanie przeciwko Materli umorzono po ponad sześciu latach od zatrzymania. Od tamtej pory zawodnik dochodzi odszkodowania za to, co aresztowanie zrobiło z jego karierą i finansami.
Na początku kwota była znacznie skromniejsza – 7,8 miliona złotych. Po ponownym przeliczeniu strat i analizie materiału zebranego podczas rozpraw roszczenie podskoczyło do 22 milionów złotych.
Niedoszły rewanż na Narodowym
W argumentacji strony Materli wraca sprawa walki rewanżowej z Mamedem Khalidovem, która miała odbyć się na Stadionie Narodowym w 2017 roku, a do której ostatecznie nie doszło. Sam udział w tym starciu miał przynieść zawodnikowi milion złotych. Do tego kolejne pół miliona złotych – ze strony sponsorów związanych z organizacją tej walki.
Przedstawiciele KSW przyznali przed sądem, że gdy Materla wyszedł z aresztu, proponowane mu kontrakty były już wyraźnie niższe finansowo.
Prokuratura jednak nie daje za wygrane. Podważa wyliczenia zawodnika i kwestionuje wysokość wskazanych przez niego szkód. Postępowanie dowodowe jest już na zaawansowanym etapie, ale na zamknięcie procesu trzeba jeszcze poczekać – sąd ma ponownie wysłuchać samego Materli.