⚡ Aktualnie:

Ile punktów traci dziś Max Verstappen do podium mistrzostw świata F1? Po sprincie w Singapurze odpowiedź brzmi zaskakująco skromnie: już tylko jeden.

Holender wygrał sprint na ulicach Marina Bay i wskoczył na piąte miejsce klasyfikacji generalnej kierowców. To wynik, który daje mu realne szanse na czwartą pozycję, dziś należącą do Charlesa Leclerca – dzieli ich dosłownie jeden punkt.

Zupełnie inny dzień przeżył George Russell. Kierowca Mercedesa rozbił bolid już pod koniec pierwszego okrążenia sprintu. Do liderującego w klasyfikacji Andrei Kimiego Antonellego 28-letni Brytyjczyk traci teraz 89 punktów. Przepaść, którą w tym sezonie będzie trudno odrobić.

Starcie McLarenów i stracony wynik Piastriego

Nie mniej emocji dostarczyła walka o czwarte i piąte miejsce, gdzie ścigali się kierowcy McLarena – Oscar Piastri i Lando Norris. Norris zaatakował zespołowego kolegę, co skończyło się kolizją między obiema maszynami. Piastri nie dojechał do mety. Norris ostatecznie został sklasyfikowany na ósmej pozycji.

Po tym weekendzie klasyfikację generalną kierowców prowadzi Andrea Kimi Antonelli z Mercedesa z 325 punktami. Za nim plasuje się Russell z 236 punktami, a trzeci jest Lewis Hamilton z Ferrari z 221 punktami. Czwarte miejsce zajmuje Leclerc z 197 punktami, piąte – Verstappen z 196 punktami. Szósty jest Norris z 189 punktami, siódmy Piastri z 128 punktami.

W klasyfikacji konstruktorów prowadzi Mercedes – 561 punktów, przed Ferrari z 418 punktami. Trzecie miejsce zajmuje McLaren z 317 punktami, czwarte Red Bull Racing z 306 punktami.

Weekend, w którym jeden kierowca rządzi od pierwszej do ostatniej sesji, zdarza się rzadko. W Singapurze właśnie taki scenariusz zrealizował Max Verstappen, wygrywając Grand Prix. Był najszybszy w kwalifikacjach, w sobotnim sprincie i w niedzielnym wyścigu głównym. To pierwsze zwycięstwo Holendra na tym torze w całej karierze.

Przez dobre dwie trzecie wyścigu czołówka wyglądała niemal niezmiennie. Na czele jechał Verstappen, za nim obaj kierowcy Ferrari, dalej Andrea Kimi Antonelli oraz dwaj piloci McLarena. O emocje zadbały zdarzenia dalej w stawce. Już na drugim okrążeniu rozbił się George Russell, co uruchomiło serię wirtualnych neutralizacji – z walki wypadli też Gabriel Bortoleto, Franco Colapinto i Lance Stroll.

Russell z końca stawki, Hadjar w pościgu

Russell miał powody do złości jeszcze przed startem – za incydent dostał karę cofnięcia o 60 pól startowych. Mimo to przebił się przez całą stawkę i dojechał do 9. miejsca, zdobywając punkty. Podobne zadanie czekało Isacka Hadjara, który również startował z tyłu i walczył o punktowaną lokatę. Francuz z Red Bull Racing nie odpuszczał do ostatnich okrążeń i kilka kółek przed metą wyprzedził Pierre’a Gasly’ego, kończąc wyścig na 10. pozycji.

W końcówce zrobiło się gorąco także w walce o podium. Lewis Hamilton, jadący na trzeciej pozycji, zaczął tracić tempo przez zużyte opony. Na jego plecach zawisł Lando Norris – ich pojedynek przez kilka okrążeń trzymał w napięciu. Broniąc się przed Brytyjczykiem, Hamilton w pewnym momencie ściął zakręt. Skorzystał na tym Antonelli: najpierw bez trudu poradził sobie z Norrisem, a chwilę później równie łatwo wyprzedził Hamiltona, zajmując trzecie miejsce. Siedmiokrotnego mistrza świata wyprzedził później jeszcze Oscar Piastri. Charles Leclerc na drugiej pozycji miał za to spokojne popołudnie – nie zagrażał Verstappenowi, ale i jemu nikt nie zagrażał.

Sam wyścig zakończył się jeszcze jednym zgrzytem – na finiszu zahaczyli się o siebie obaj kierowcy McLarena. Więcej zwrotów akcji przyniósł jednak sobotni sprint, który wypadł bardziej widowiskowo niż niedzielny wyścig główny.

Ostateczna klasyfikacja TOP 10 w Singapurze: Max Verstappen (Red Bull Racing), Charles Leclerc (Ferrari), Andrea Kimi Antonelli (Mercedes), Lando Norris (McLaren), Oscar Piastri (McLaren), Lewis Hamilton (Ferrari), Liam Lawson (Racing Bulls), Nico Hulkenberg (Audi), George Russell (Mercedes) i Isack Hadjar (Red Bull Racing).

Klasyfikacja generalna mistrzostw

W klasyfikacji kierowców wciąż prowadzi Antonelli z 340 punktami. Za nim plasuje się Russell z 238 punktami, a trzecie miejsce zajmuje Hamilton z 229 punktami. Zwycięzca Singapuru, Verstappen, jest czwarty z 221 punktami, tuż przed Leclercem, który ma 215 punktów. Szóste miejsce zajmuje Norris z 201 punktami.

PKB na mieszkańca w Rwandzie wynosi zaledwie 1100 dolarów. Jak w takim razie kraj ten chce sfinansować jedną z najdroższych imprez sportowych na świecie? Formuła 1 i Rwanda już się dogadały — wyścig Grand Prix ma trafić do kalendarza w ciągu najbliższych kilku lat. Jean-Guy Afrika, dyrektor generalny Rwanda Development Board, mówi, że debiut może przypaść na lata 2029–30, może nieco później.

Dla szefa F1 Stefano Domenicaliego to spełnienie celu, który powtarza od lat — powrót do Afryki ma dla federacji być priorytetem. I trudno się dziwić. W 75-letniej historii Formuły 1 bolidy ścigały się na kontynencie afrykańskim tylko 24 razy, a w całej serii odbyło się ponad 1160 Grand Prix. Afryka jest w kalendarzu praktycznie nieobecna. Od ostatniego afrykańskiego mistrza świata minęło już 46 lat — tytuł w 1979 roku zdobył Jody Scheckter z RPA.

Projekt ma mocnego ambasadora. Siedmiokrotny mistrz świata Lewis Hamilton publicznie kibicuje wyścigowi w Rwandzie — apelował o przyznanie Grand Prix Afryce i mówił, że sam chciałby zamieszkać w tym kraju.

Infrastruktura już rośnie. Niedaleko Kigali kończy się budowa nowego, międzynarodowego lotniska, które może zostać oddane za rok, a planowany tor wyścigowy ma stanąć właśnie w jego pobliżu. Wokół obiektu ma powstać kompleks rekreacyjny — ekskluzywne hotele, muzea i centrum szkoleniowe dla młodych kierowców. Kluczowym partnerem finansowym całego przedsięwzięcia ma być Katar wraz z liniami Qatar Airways, oficjalnym sponsorem F1 — Katar jest też udziałowcem i inwestorem przy budowie nowego lotniska. Sama inwestycja w tor może sięgnąć pół miliarda dolarów.

Sportowa dyplomacja Kagame

Dla Kigali Formuła 1 byłaby kolejnym elementem strategii realizowanej od lat. Kampania promocyjna „Visit Rwanda” wystartowała w 2018 roku i od tego czasu rozrosła się w sieć umów sponsorskich — na rynku amerykańskim objęła kluby Los Angeles Clippers z NBA i Los Angeles Rams z NFL. Logo „Visit Rwanda” widać na rękawach koszulek piłkarzy Arsenalu, Paris Saint-Germain i Atletico Madryt, a wcześniej pojawiało się także na bandach reklamowych na stadionie Bayernu Monachium. W 2024 roku w Kigali odbyła się Gala FIA Awards, a rok później Rwanda zorganizowała pierwsze na kontynencie afrykańskim mistrzostwa świata w kolarstwie szosowym. Efekt widać w liczbach turystów — wzrost z 1,2 mln w 2017 roku do 1,6 mln w 2019, choć w 2025 roku liczba ta spadła do 1,49 mln.

Nie wszystkie te umowy przetrwały próbę czasu. Bayern Monachium pod presją kibiców i mediów wycofał się z komercyjnego promowania napisu „Visit Rwanda” na swoim stadionie, zamieniając umowę na partnerstwo skupione na rozbudowie akademii młodzieżowej klubu w Kigali. Arsenal z kolei ogłosił, że po sezonie 2025/26 nie przedłuży ośmioletniej współpracy z Rwanda Development Board — ponad 90 proc. ankietowanych kibiców klubu chciało zakończenia umowy, wskazując na ryzyko wizerunkowe.

Krytyka nie dotyczy tylko bilansu finansowego. Paul Kagame sprawuje władzę od 2000 roku, a ostatnie wybory prezydenckie wygrał wynikiem 99,15 proc. głosów. Human Rights Watch mówi o systematycznych represjach wobec przeciwników politycznych i przetrzymywaniu działaczy w więzieniach na podstawie fałszywych zarzutów. Dokumenty organizacji opisują m.in. śmierć byłego starszego oficera Sił Obronnych Rwandy po dekadzie w więzieniu, w trudnych warunkach. Raport HRW z 2025 roku dodaje, że osoby LGBT mogą trafić za kraty na podstawie artykułu 143 kodeksu karnego Rwandy, który sankcjonuje „nieprzyzwoitość w miejscu publicznym” karą od sześciu miesięcy do dwóch lat pozbawienia wolności.

lesbijki, geje, osoby biseksualne i transpłciowe (LGBT) mogą zostać aresztowane na podstawie artykułu 143 kodeksu karnego, który sankcjonuje nieprzyzwoitość w miejscu publicznym karą pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do dwóch lat

Do tego dochodzi polityka regionalna. ONZ, Unia Europejska i mocarstwa zachodnie wprost oskarżają Rwandę o wspieranie rebelianckiej grupy M23 we wschodniej Demokratycznej Republice Konga. Ta sama grupa, czasem wspierana przez siły rwandyjskie, przeprowadzała masowe egzekucje, zatrzymania, tortury i pracę przymusową — w tym dzieci — a przy tym nielegalnie eksploatowała zasoby naturalne wschodniego Konga. Ironia losu: to właśnie minister spraw zagranicznych Rwandy publicznie apelował do instytucji i klubów sportowych o zerwanie „poplamionych krwią” umów sponsorskich z jego własnym krajem — echo konfliktu w DRK, które kładzie się cieniem na wizerunkowej ofensywie Kigali.

W tle tej całej strategii pozostaje historia, której Rwanda nie może i nie chce wymazać. W ciągu 100 dni ludobójstwa w 1994 roku bojówki Hutu zamordowały około miliona osób, głównie Tutsi. Osoba z bliskiego otoczenia rządu przyznała agencji AFP, że władze celowo utrzymują szczegóły operacji F1 w tajemnicy — żeby nie sprowokować buntu młodzieży, która pyta, jak wyścig zmieni jej sytuację ekonomiczną.

Pomysł sprowadzenia F1 do Afryki nie jest nowy. Bernie Ecclestone, poprzedni szef serii, już w 2018 roku rozważał organizację wyścigu w Kapsztadzie w RPA.

Formule 1 brakuje Afryki. Mocno nad tym pracowałem, brałem pod uwagę Kapsztad w RPA. Jednak politykom, którzy muszą zapewniać obywatelom szpitale, szkoły i bieżącą wodę, trudno było uzasadnić wydawanie pieniędzy na wyścigi

Plan upadł, a tor Kyalami w RPA dziś nie spełnia wymogów Formuły 1. Rwanda, dzięki kapitałowi z Kataru i gotowości Kigali do inwestowania w prestiż, może więc dokończyć to, czego RPA nie zdołała nawet zacząć.

Powrót na stadion, który cię wychował, to jedno. Ale co, gdy rok wcześniej posłałeś w jego stronę całusy po golu? Kamil Jakubczyk dostał na to pytanie bolesną odpowiedź w niedzielę na stadionie im. Floriana Krygiera, gdzie Pogoń Szczecin pokonała Koronę Kielce w meczu dziesiątej kolejki Ekstraklasy.

Gospodarze wygrali 2:0. Strzelali Maciej Wojciechowski i Paul Mukairu. Valentin Cojocaru kilka razy ratował Pogoń przed stratą gola i nie dał Koronie wrócić do meczu.

Dla Jakubczyka to był powrót z bagażem. W poprzednim sezonie, grając wtedy w barwach Arki Gdynia, podbiegł po golu do kamery z gestem uciszania, a potem posłał całusy w stronę ławki Pogoni. Do tego dodał słowa, w których ocenił, że szczecinianie mają duże szanse na spadek z ligi.

Biegański: nie pozwoliłem mu rozwinąć skrzydeł

Po meczu do tamtych wydarzeń odniósł się Jan Biegański, cytowany przez Sebastiana Szczytkowskiego. „Podszedłem na poważnie i ambicjonalnie do walki z Jakubczykiem. Miałem w głowie jego słowa i zachowanie z poprzedniego sezonu. Zabolały mnie one. Nie wypada palić mostów, a on to zrobił. Nie pozwoliłem mu rozwinąć skrzydeł na boisku, nie zrobił w tym meczu dużo” – powiedział Biegański.

Podszedłem na poważnie i ambicjonalnie do walki z Jakubczykiem. Miałem w głowie jego słowa i zachowanie z poprzedniego sezonu. Zabolały mnie one. Nie wypada palić mostów, a on to zrobił. Nie pozwoliłem mu rozwinąć skrzydeł na boisku, nie zrobił w tym meczu dużo.

Jakubczyk to wychowanek Pogoni – szkolił się w niej do lata 2024 roku. Przeszedł przez drużyny młodzieżowe i trzecioligowe rezerwy szczecińskiego klubu, jednak w seniorskiej Pogoni nigdy nie zadebiutował. Po odejściu trafił do Arki Gdynia – z nią najpierw awansował do Ekstraklasy, a sezon później z niej spadł. Tego lata pozyskała go Korona Kielce, dla której rozegrał już jedenaście meczów i zanotował jedną asystę.

Wygrana w Szczecinie ma też wymiar tabelowy. Pogoń awansowała na czwarte miejsce z osiemnastoma punktami po dziewięciu meczach, Korona zaś zostaje na ósmej lokacie z piętnastoma punktami na koncie. W kolejnej kolejce Pogoń zagra na wyjeździe z GieKSą Katowice, a Korona pojedzie do Poznania na mecz z Lechem.

Co robi prezydent Polski, gdy podczas historycznej wizyty państwowej trafia do sali bokserskiej z legendą wagi lekkiej? Wkłada rękawice. Karol Nawrocki trenował boks z Mannym Pacquiao w Elorde Sports Center podczas swojej wizyty na Filipinach. Scena szybko obiegła polskie środowisko pięściarskie i stała się tematem numer jeden w bokserskich kuluarach.

Sam Pacquiao nie przeszedł obok tego spotkania bez słowa. Filipińczyk napisał, że jest wdzięczny za możliwość poznania polskiego prezydenta, a boks połączył ich w Elorde Sports Center, gdzie panowie wymienili się podarunkami i „pouderzali rękawicami”. Wpis byłego mistrza świata w ośmiu kategoriach wagowych rozszedł się po polskich mediach w kilka godzin.

Zbigniew Raubo, były pięściarz i czterokrotny indywidualny mistrz Polski, który dziś trenuje młodych zawodników, nie widzi w zachowaniu prezydenta żadnego problemu. W rozmowie z Interią ocenił, że trening z Pacquiao to po prostu dobra promocja Polski.

Co złego jest w tym, że pan prezydent na wyjeździe służbowym znalazł czas na to, żeby sobie potrenować? Ma do tego pełne prawo. A już poprzez trening z Mannym Pacquiao, obywatelem świata, czy przy okazji może być lepsza promocja kraju? Przecież to jest rewelacja

Głos z ringu: „wolę takiego prezydenta”

Inaczej, choć równie przychylnie, spojrzał na sprawę 29-letni pięściarz Rafał Wołczecki. Do bokserskiej aktywności Nawrockiego odniósł się w rozmowie opublikowanej na kanale YouTube „ringpolska”. Polityka go nie wciąga, przyznał – sport za to tak.

Ja ogólnie polityką mało się interesuję, ale szczerze mówiąc, wolę takiego prezydenta, który ma więcej wspólnego z boksem i jest w jakimś stopniu przykładem dla młodych osób, że warto iść w sport

Wołczecki nie kryje przy tym, że liczy na coś więcej niż jednorazowy gest na drugim końcu świata. Chciałby, żeby prezydent RP pojawiał się częściej na bokserskich wydarzeniach organizowanych w Polsce – i nie tylko na galach Tomasza Kaszyckiego.

Gdyby prezydent przyjeżdżał nie tylko na gale pana Każyszki, ale również inne, to na pewno by było ciekawiej. Myślę, że o tym boksie w Polsce mogłoby być troszkę głośniej i to byłby taki dobry ruch

Dla polskiego środowiska bokserskiego sprawa wydaje się jasna. Wymiana uderzeń rękawicami z Pacquiao to nie wizerunkowy wypadek, lecz szansa – może nawet pierwsza od dawna – na to, by sport rzadko goszczący na pierwszych stronach zyskał choć trochę więcej uwagi.

Czy Jasmina Zapotoczna ma szansę odebrać Gabrieli Fundorze wszystkie cztery pasy mistrzowskie w wadze muszej? Odpowiedzi poznamy 20 listopada w Indio w Kalifornii, gdzie obie zawodniczki staną w jednym ringu w walce o niekwestionowane mistrzostwo świata. Na szali nie tylko cztery pasy — w grze jest też prestiżowy tytuł „The Ring”.

Zapotoczna od marca 2025 roku nosi tytuł mistrzyni Europy. Zdobyła go, pokonując Chloe Watson. Osiem miesięcy później skutecznie obroniła pas w starciu z Justine Lallemand. Od tamtej walki Polka nie pojawiła się na ringu. Nie z własnej woli — po prostu nie mogła znaleźć przeciwniczki. Do rywalizacji wróci po roku i pięciu dniach przerwy.

To właśnie sama Zapotoczna, jeszcze pod koniec 2025 roku, wskazała Fundorę jako wymarzoną rywalkę. „Chciałabym zmierzyć się z Gabrielą Fundorą. Oczywiście, to czołowa i niekwestionowana zawodniczka. To byłoby dla mnie ogromne wyzwanie, ale chętnie sprawdziłabym swoje umiejętności w starciu z nią” — mówiła Polka.

Fundora, Amerykanka, wejdzie do ringu jako faworytka. Jej ostatnie cztery walki skończyły się nokautem — to najlepsza wizytówka siły jej uderzenia. Wcześniej pokonała inną Polkę, Alexas Kubicki, a także Vivianę Ruiz.

Znaczący test dla mistrzyni

Brytyjski portal fightpost.co.uk uważa, że starcie z Zapotoczną będzie dla Fundory zupełnie innym kalibrem wyzwania niż jej dotychczasowe pojedynki. „Zapotoczna to znaczący krok naprzód w porównaniu z niedawnymi rywalkami. Zwycięstwa nad Alexas Kubicki (również Polką – red.) i Vivianą Ruiz nie zagroziły jej nieskazitelnemu CV. Zapotoczna może być zupełnie innym wyzwaniem” — czytamy na portalu.

Droga Zapotocznej do czołówki wagi muszej zaczęła się daleko od amerykańskich ringów. Na Wyspy Brytyjskie trafiła w grudniu 2018 roku, mając 24 lata. Zanim ustabilizowała się w kategorii muszej, walczyła w wadze supermuszej.

Sama gala w Indio zapowiada się na wydarzenie z kilkoma głośnymi nazwiskami. W walce wieczoru zobaczymy Amari Jones i DeAundre Pettusa.

Siedemnaście kolejnych obron tytułu zakończonych nokautem w jednej kategorii wagowej – kto w historii boksu dokonał czegoś takiego? Wilfredo Gomez, Portorykańczyk, który zmarł w sobotę, 10 października, w wieku 69 lat. Właśnie ten rekord, ustanowiony według serwisu diariodesantiago.es, sprawia, że wielu uważa go za najwybitniejszego boksera w historii Portoryko.

Informację o śmierci potwierdził syn Gomeza. Przyczyny zgonu na razie nie podano. Wiadomo jednak, że bokser zmagał się z problemami układu oddechowego – w 2013 roku trafił do szpitala właśnie z tego powodu, a dwa tygodnie przed śmiercią znów znalazł się w placówce medycznej, tym razem z powikłaniami oddechowymi, jak podał diariodesantiago.es.

Gomez, znany w świecie boksu jako „Bazooka”, zbudował karierę, która stawia go w jednym rzędzie z największymi nazwiskami portorykańskiego sportu. W zawodowym ringu stoczył 48 walk. Wygrał 44, przegrał trzy, raz zremisował. Po drodze zdobył pasy mistrza świata w trzech różnych kategoriach wagowych: super koguciej, piórkowej i super piórkowej.

Od złota w Kubie do oferty Fidela Castro

Droga do zawodowego ringu zaczęła się w 1974 roku, gdy jako amator wywalczył złoty medal mistrzostw świata w wadze koguciej. Ten sukces zwrócił na niego uwagę samego Fidela Castro, który chciał zatrzymać Gomeza na Kubie i przekonać go, by został w amatorskim boksie. Gomez odmówił. „Zrobiłem duże wrażenie wśród Kubańczyków, ale postanowiłem odmówić, ponieważ moim celem było zostać profesjonalistą, który zdobędzie sławę, pieniądze i chwałę” – mówił po latach.

Ta decyzja otworzyła mu drogę do zawodowej kariery, którą zakończył w 1987 roku, odkładając rękawice na półkę. Z boksem jednak nie rozstał się na dobre – wrócił do sportu jako trener i menedżer.

Życie po karierze nie było usłane różami. Gomez uzależnił się od używek i trafił do więzienia za posiadanie kokainy.

Wiadomość o jego śmierci odbiła się echem w środowisku bokserskim. Paco Valcarcel, były prezydent Światowej Organizacji Bokserskiej (WBO), napisał na platformie X: „Odszedł kilka godzin temu, ten, któremu zawdzięczam dołączenie do wielkiej rodziny międzynarodowego boksu. Spoczywaj w pokoju, mój wieczny mistrzu Wilfredo 'Bazooka’ Gomez”.

Odszedł kilka godzin temu, ten, któremu zawdzięczam dołączenie do wielkiej rodziny międzynarodowego boksu. Spoczywaj w pokoju, mój wieczny mistrzu Wilfredo „Bazooka” Gomez.

Rekord 17 kolejnych obron tytułu przez nokaut do dziś pozostaje jednym z najtrwalszych osiągnięć w historii tej dyscypliny. A statystyka 44 wygranych w 48 walkach mówi sama za siebie.

Tomasz Grzegorczyk wraca do Arki Gdynia po raz drugi w karierze i od razu trafia na gorący termin – jego pierwszy mecz na ławce przypada na kolejkę przed derbami Trójmiasta. To jeden z dwóch nowych szkoleniowców, którzy zadebiutują w Betclic I lidze w ten weekend. Rozgrywki wracają po blisko trzytygodniowej przerwie reprezentacyjnej, tak samo jak PKO Ekstraklasa.

W Gdyni zmiana nastąpiła po porażce 1:2 z Pogonią Siedlce – to właśnie ten wynik kosztował pracę Marka Jarolima. Sezon Arki ma w sobie wyraźny paradoks: po spadku z Ekstraklasy zespół wygrał trzy z pierwszych czterech meczów, a potem, już pod wodzą Jarolima, nie zanotował w lidze ani jednego zwycięstwa. Czeski trener opuścił klub na 12. miejscu w tabeli.

Jego miejsce zajął Tomasz Grzegorczyk – twarz dobrze znana w Gdyni, bo Arkę prowadził już wcześniej. Ta poprzednia kadencja, z 2024 roku, wypadła pomiędzy pracą Wojciecha Łobodzińskiego i Dawida Szwargi. Wtedy bilans Grzegorczyka wyglądał tak: 11 zwycięstw, remis i dwie porażki. Stąd nadzieje kibiców, że nowy-stary trener szybko wyciągnie zespół z dołka. Pierwszy sprawdzian już w sobotę o 15:30 – Arka zagra z Polonią Warszawa.

Rywal też nie jest tu nowy. Polonię prowadzi Piotr Stokowiec, wcześniej szkoleniowiec Lechii Gdańsk, który do warszawskiego klubu wrócił, bo – podobnie jak Grzegorczyk w Gdyni – już kiedyś go prowadził. Pod jego wodzą Polonia zajmuje obecnie szóste miejsce w tabeli, więc Grzegorczyk startuje od razu z trudnym zadaniem.

Legnica stawia na Kroczka

Drugą zmianę trenerską odnotowano w Miedzi Legnica. Tam stery przejął Dawid Kroczek po Januszu Niedźwiedziu, który stracił pracę po przegranym 2:3 meczu ze Stalą Rzeszów. A przecież Miedź jeszcze niedawno zajmowała miejsce premiowane awansem – zanim seria słabszych wyników sprowadziła ją na ziemię. Tylko punkt w trzech kolejnych meczach mówi wszystko o tym spadku formy.

Kroczek nowicjuszem na ligowych ławkach nie jest. Cracovię objął w kwietniu 2024 roku, potem trafił do Rakowa Częstochowa – najpierw jako asystent Marka Papszuna, a w maju 2026 roku przejął pierwszy zespół po Łukaszu Tomczyku. Czasu w Częstochowie nie zapisał jednak europejskim sukcesem: Raków pod jego wodzą nie awansował do fazy ligowej Ligi Konferencji w tym sezonie. Debiut na ławce Miedzi zaliczy w niedzielę, na wyjeździe, na stadionie Odry Opole – mecz zaplanowano na 20:15.

Resztę kolejki też trudno nazwać bez znaczenia dla tabeli. W niedzielę o 14:30 ŁKS Łódź, ustawiony wyżej w klasyfikacji, przyjmie Ruch Chorzów. Łodzianie wygrali trzy z czterech wcześniejszych meczów na własnym stadionie, Ruch na wyjazdach triumfował od początku sezonu tylko raz – różnica w dyspozycji rzuca się w oczy. Kolejkę otworzy piątkowy mecz Podbeskidzia Bielsko-Biała z Pogonią Siedlce o 20:30, a zamknie poniedziałkowe starcie Stali Rzeszów z Lechią Gdańsk o 18:00.

Ujęcie trwa kilka sekund. Prezydent Karol Nawrocki stoi w ringu, naprzeciwko niego Manny Pacquiao – legenda światowego boksu. Scena z oficjalnej wizyty na Filipinach obiegła internet i w ciągu kilku godzin zrobiła się z niej polityczna awantura.

Krytyka nie kazała na siebie długo czekać. Poseł Lewicy Tomasz Trela nie przebierał w słowach, komentując wydarzenie w mediach społecznościowych. „To jest jednak kompromitacja, wstyd i dziadostwo. Prezydent Polski leci z oficjalną wizytą do Republiki Filipin i chętnie dałby komuś w mordę. Boże, widzisz i nie grzmisz!” – napisał Trela.

Zupełnie inaczej do sprawy podszedł syn prezydenta. Daniel Nawrocki, pytany o to w Kanale Sportowym, przyznał, że ucieszył się na widok ojca w ringu i był zaskoczony skalą krytycznych komentarzy internautów. „No jak ja to zobaczyłem, no to mega się uśmiechnąłem, bardzo pozytywny odbiór mój tej sytuacji był, ale zdziwiły mnie te komentarze ludzi w internecie, było to dla mnie szokujące” – mówił. Dodał porównanie z boiska: „Gdyby przyjechał prezydent jakiegoś państwa i Wojtek Szczęsny powiedział, że chce pobronić jego karne to raczej spotkałoby się to z uśmiechem na naszej twarzy, a nie jakąś krytyką tego prezydenta”.

Odpowiedź Pałacu Prezydenckiego

Gdy spór nabierał tempa, głos zabrał szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker, publikując w sieci obszerny komunikat. Jego zdaniem sedno sprawy leży zupełnie gdzie indziej niż w samym geście na ringu. „Niektórzy politycy naprawdę wciąż nie rozumieją świata poza własną bańką. I właśnie dlatego przegrali z Karolem Nawrockim” – napisał Szefernaker.

Szefernaker podkreślił, że trening z Pacquiao to nie przypadkowy eksces, a element wcześniej zaplanowanej wizyty. „Znalazł też chwilę, by potrenowac z Mannym Pacquiao – legendą światowego sportu i symbolem filipińskiej dumy. Dyplomacja to nie tylko protokół i zamknięte sale. Dyplomacja to także gesty, które widzą miliony ludzi. To obecność i relacje. To zrozumienie kultury gospodarzy” – argumentował.

Bo ring był tylko jednym punktem z gęsto wypełnionego programu. Nawrocki wygłosił wykład na Uniwersytecie św. Tomasza w Manili – uczelni opisywanej jako najstarsza istniejąca w Azji. Spotkał się też z prezydentem Filipin Ferdinandem Marcosem Jr., a do tego z lokalną Polonią i przedstawicielami biznesu.

Dla obozu prezydenckiego liczą się właśnie te punkty wizyty: wykład, rozmowy z głową państwa, spotkania gospodarcze. To one – a nie kilka sekund w ringu z Pacquiao, które żyły potem własnym życiem w sieci – powinny definiować jej wymiar.

W piątek, 9 października 2026 roku, lód w Oświęcimiu otworzy mecz 8. kolejki TAURON Hokej Ligi między KS Unią Oświęcim a JKH GKS Jastrzębie. Przy linii głównej staną Patryk Kasprzyk i Przemysław Gabryszak, a liniowymi będą Mateusz Kucharewicz i Igor Dzięciołowski. To jeden z pięciu pojedynków tej kolejki, do których Zarząd THL już wyznaczył komplet sędziowski.

W tym samym czasie w Tychach GKS Tychy zmierzy się z Comarch Cracovią. Nad spotkaniem czuwać będą Krzysztof Kozłowski i Rafał Noworyta jako sędziowie główni, a Zachariasz Kadela i Łukasz Sośnierz poprowadzą linię. Z kolei w Nowym Targu Podhale podejmie STS Sanok Sokół – na głównych pozycjach zobaczymy Marcina Polaka i Pawła Bajona, liniowymi będą Michał Żak i Michał Kret.

Kolejne starcie 8. kolejki to GKS Katowice – BS Polonia Bytom. Tu funkcję sędziów głównych powierzono Maciejowi Gąsienicy-Makowskiemu i Andrzejowi Nence, a liniowymi będą Maciej Byczkowski i Kamil Wiwatowski. Piątą parę sędziowską tej kolejki wyznaczono na mecz ECZD Zagłębie Sosnowiec – KH Energa Toruń. Poprowadzą go Marcin Majta i Mateusz Krzywda jako główni oraz Maciej Waluszek i Piotr Kot jako liniowi.

9. kolejka na horyzoncie

Na kolejną dawkę hokejowych emocji kibice nie poczekają długo – 9. kolejka TAURON Hokej Ligi rozegrana zostanie już 11 października 2026 roku. Tego dnia GKS Tychy zagra ze STS Sanok Sokół pod okiem sędziów głównych Marcina Polaka i Andrzeja Nenki, a liniowymi będą Michał Gerne i Kamil Wiwatowski.

Comarch Cracovia podejmie GKS Katowice w meczu, który poprowadzą Krzysztof Kozłowski i Paweł Kosidło jako sędziowie główni, wspierani przez liniowych Kacpra Rockiego i Oliwiera Kasperka. W Bytomiu miejscowa Polonia zmierzy się z ECZD Zagłębiem Sosnowiec – nad przebiegiem gry zapanują Rafał Noworyta i Michał Baca jako sędziowie główni, a Maciej Byczkowski i Wiktor Wenz jako liniowi.

KH Energa Toruń podejmie na własnym lodzie KS Unię Oświęcim. Obsadę sędziowską tworzą tu Paweł Breske i Wojciech Czech na głównych pozycjach oraz Mateusz Kucharewicz i Maciej Waluszek jako liniowi. Ostatni z zaplanowanych na razie pojedynków 9. kolejki, JKH GKS Jastrzębie – Podhale Nowy Targ, poprowadzą Patryk Sikora i Bartosz Kaczmarek jako sędziowie główni, a Dawid Pabisiak i Dariusz Pobożniak jako liniowi.

Instalacja aplikacji
Pobierz