Jak przegrać walkę, którą przed chwilą miało się w kieszeni? Marian Ziółkowski musiał sobie odpowiedzieć na to pytanie po gali XTB KSW 122 w Rzeszowie, gdzie uległ Wilsonowi Vareli w starciu czołowych zawodników wagi lekkiej KSW.
Na papierze faworytem był Polak. Ziółkowski wchodził do klatki z bilansem 26 wygranych, 12 porażek i 1 remisem, Varela – z bilansem 14 zwycięstw i 8 porażek. Przez pierwsze minuty wszystko szło zgodnie z tym scenariuszem.
Ziółkowski trafił rywala precyzyjnym lewym prostym w szczękę i posłał go na deski. Poczuł przewagę i ruszył za nim, próbując skończyć sprawę przed czasem. Wydawało się, że to już koniec starcia.
Varela miał na to inny pomysł. Leżąc na plecach, zaczął razić Ziółkowskiego krótkimi łokciami z parteru. Jedno z tych uderzeń rozcięło głowę Polaka na tyle głęboko, że walka nabrała zupełnie innego charakteru. Francuz, zamiast się bronić, przejął inicjatywę.
Dźwignia, która zmieniła wszystko
W kolejnej fazie starcia Varela wyizolował rękę Ziółkowskiego i z dołu ciasno zapiął dźwignię na staw łokciowy. Ból był tak silny, że Polak poddał walkę, odklepując tuż po zaaplikowaniu chwytu. Zawodnik z Marsylii dopełnił w ten sposób zwrotu akcji, którego chwilę wcześniej nikt się nie spodziewał.
Profil Canal+ Sport na platformie X skomentował to krótko: „Comeback roku w KSW?!”. Ciężko się z tą oceną nie zgodzić – Varela wygrał mecz, w którym jeszcze kilka chwil wcześniej leżał na deskach po trafieniu z lewej ręki.
To była już druga porażka Ziółkowskiego z Varelą. Pierwsze starcie tej dwójki odbyło się w kwietniu 2024 roku i również zakończyło się na niekorzyść Polaka – w drugiej rundzie doznał on kontuzji barku, co doprowadziło do przerwania walki przez techniczny nokaut. Dla byłego mistrza KSW to kolejny trudny wieczór w rywalizacji z Francuzem.
Kto wyjdzie na oktagon przeciwko Arturowi Szpilce na gali KSW 124 w Gliwicach? Odpowiedź padła 10 października – KSW potwierdziło, że rywalem byłego pięściarza będzie Stefan Vojcak, zawodnik, który dosłownie przed chwilą wywalczył tymczasowy pas mistrzowski organizacji w wadze ciężkiej.
Szpilka, 37-latek z bogatą przeszłością bokserską, zawalczy na gali XTB KSW 124 zaplanowanej na 19 grudnia w Gliwicach. To kolejny rozdział jego przygody z MMA – przygody, która zaczynała się od łatki „eksperyment”, a dziś ma na liczniku sześć wygranych w siedmiu pojedynkach. Na koncie zapisał zwycięstwa nad Mariuszem Pudzianowskim, Errolem Zimmermanem, Michalem Martinkiem i Augusto Sakaiem. Tego ostatniego pokonał na gali XTB KSW 120 w Gdyni, 18 lipca 2026 roku.
Jedyna czarna plama w jego oktagonowym CV to porażka z Arkadiuszem Wrzoskiem z 11 marca 2024 roku. Od tamtej pory Szpilka nie znał smaku przegranej – trzy walki, trzy wygrane. KSW nie kryło emocji, zapowiadając to starcie: „Cztery lata wspinał się na ten szczyt i w grudniu w końcu go zaatakuje!”
Cztery lata wspinał się na ten szczyt i w grudniu w końcu go zaatakuje!
Vojcak – nowy mistrz tymczasowy wagi ciężkiej
Stefan Vojcak to nie jest rywal z przypadku. Na koncie ma 13 walk MMA, z których wygrał 11. Pas tymczasowego mistrza wagi ciężkiej KSW zdobył, pokonując przed czasem Marcina Wójcika na gali 19 września w Libercu. Pełnoprawnym mistrzem kategorii wciąż jest Phil De Fries – Brytyjczyk leczy jednak poważną kontuzję, która na dłuższy czas wyklucza go z rywalizacji w klatce, stąd potrzeba wyłonienia tymczasowego lidera.
Starcie Szpilki z Vojcakiem nie będzie jednak główną atrakcją wieczoru. Walką wieczoru gali KSW 124 będzie pojedynek o pas mistrzowski w kategorii średniej między Pawłem Pawlakiem a Piotrem Kuberskim. Gliwice 19 grudnia zapowiadają się więc na jedną z cięższych kart tego roku. Dwa pasy w grze i były pięściarz, który wciąż ma coś do udowodnienia – trudno chcieć więcej.
Co skłania człowieka do usunięcia własnego wpisu niecałe kilka minut po publikacji? W przypadku Łukasza „Jurasa” Jurkowskiego sprawa jest prosta – emocje wzięły górę po słowach rywala.
Spór między Jurkowskim, twarzą organizacji Fight Mode, a Mariuszem Grabowskim, szefem federacji Gromda, przybiera na sile z tygodnia na tydzień. Obie organizacje walczą o ten sam kawałek rynku sportów walki, a to tylko dolewa oliwy do ognia.
Tym razem zapalnikiem okazały się wezwania przedsądowe, które Grabowski wysłał do Jurkowskiego. Ten się nie ugiął – w odpowiedzi zarzucił szefowi Gromdy, że brakuje mu charakteru.
Grabowski: mieszanie spraw karnych z cywilnymi jest nietrafione
Grabowski nie zostawił tego bez odzewu. W rozmowie z Fansportu TV stwierdził, że słowa Jurkowskiego o „charakterności” i „miękkiej grze” są nie na miejscu – a już zwłaszcza z jego ust.
Mieszanie spraw karnych ze sprawami cywilnymi i mówienie tutaj o „charakterności”, czy „jest miękka gra”, to jest zupełnie nietrafione. Zwłaszcza z ust Jurasa. Ja wiem, jakie są zachowania, zasady i jak należy się zachować w pewnych sytuacjach
Grabowski poszedł o krok dalej. Zapytał – celując wprost personalnie w przeciwnika – czy charakterne jest bicie swojej kobiety, która później wstawia zdjęcie z pobicia, a on sam składa przeciwko niej pozew.
Tworzenie teorii i mówienie takich słów przez tego gościa są nie na miejscu. Zadam krótkie pytanie: czy charakternym jest bicie swojej kobiety, która później wstawia zdjęcie z pobicia, a on składa przeciwko niej pozew? Czy to jest charakterne, czy może nie? Odpowiedzcie sobie sami
Jurkowski nie mógł tego zostawić bez odpowiedzi. Na X opublikował ostry wpis, w którym napisał, że Grabowski „chciał być gangsterem”, a „skończył z frajerskim pomówieniem”.
Chciałeś być „gangsterem”, skończyłeś z frajerskim pomówieniem. Znowu wystawiłeś mi do pustej. Resztę załatwimy już po cichu
Wpis nie przetrwał długo. Jurkowski szybko go skasował i wkleił nowy – w nim przyznał, że lepiej rozstrzygnąć spór „po cichu”, bo publicznej wymiany zdań właśnie oczekuje jego rywal.
Macie racje. Lepiej po cichu. Jemu o to chodzi. Over and out
Na razie nie wiadomo, czy spór trafi jeszcze dalej na drogę sądową, czy kolejne riposty znów posypią się w mediach społecznościowych.
Ile mieszkań trzeba mieć, żeby spać spokojnie do końca życia? Joanna Jędrzejczyk, była mistrzyni UFC, sama podała liczbę – kilkanaście.
Karierę sportową zakończyła 12 czerwca 2022 roku, po przegranej z Weili Zhang na gali UFC w Singapurze. Od tamtej pory Polka do oktagonu nie wróciła. Zamiast tego, jak sama przyznaje, zajęła się tym, żeby pieniądze zarobione w klatce nie leżały bezczynnie, a dalej na nią pracowały.
W rozmowie z Kozaczkiem Jędrzejczyk ujawniła, że posiada kilkanaście mieszkań – część w Polsce, część za granicą. „Rynek nieruchomości jest taką fajną pierwszą drogą inwestycji i tych nieruchomości mam paręnaście tu i za granicą” – powiedziała. Jej majątek szacuje się na co najmniej kilka milionów złotych.
Jednej rzeczy jednak nie zdradziła – ile najwięcej zarobiła za pojedynczą walkę w organizacji. Niewiele też mówi o szczegółach swojego portfela nieruchomości. Na tym rynku, jak sama twierdzi, działa incognito, choć teoretycznie każdy może wynająć od niej mieszkanie.
Dywersyfikacja, kursy i „zazębianie się” inwestycji
Jedna strategia jej nie wystarcza. Jędrzejczyk deklaruje, że rozkłada inwestycje na wiele frontów i stale się dokształca – kończy kursy, szkoły, korzysta z doradców biznesowych. Zaraz jednak zauważa, że dużo z tej wiedzy można znaleźć bezpłatnie w internecie. „Ja dywersyfikuję swoje inwestycje, dlatego kończę różne kursy, szkoły, również sama się edukuję, jeżeli chodzi o zatrudnienie jakichś osób, doradców biznesowych, czy też szkolenia” – mówiła.
Nie liczą się tylko same zyski. „Staram się lokować inwestycje w różnych miejscach, żeby przynosiły jak największe profity, nie tylko największe profity, ale żeby to fajnie się zazębiało” – wyjaśniła Jędrzejczyk. Wynajmowane mieszkania, projekty biznesowe i edukacja finansowa mają więc działać razem, nie osobno.
Dziś Jędrzejczyk świeci w innych reflektorach – tańczy w 19. sezonie programu „Taniec z gwiazdami”. Oktagon zamieniła na parkiet. Finansowy fundament, który budowała przez lata w UFC, zostanie z nią jednak dłużej niż jeden taneczny sezon.
Jeszcze niedawno traktował MMA jako przygodę. Teraz Artur Szpilka stoi przed szansą, o jakiej mało kto by pomyślał – zdobyciem pasa mistrzowskiego KSW. 19 grudnia w Gliwicach wejdzie do klatki, by zmierzyć się ze Stefanem Vojcakiem, tymczasowym mistrzem wagi ciężkiej. Vojcak broni właśnie tego tytułu, a Szpilka, dobrze znany kibicom z ringu bokserskiego, ma okazję dopisać kolejny rozdział do swojej drugiej kariery.
Stawka tego starcia sięga dalej niż samo trofeum tymczasowego pasa. Zwycięzca pojedynku Szpilka-Vojcak zostanie pretendentem do pełnoprawnego tytułu wagi ciężkiej KSW, który wciąż należy do Philipa De Friesa. De Fries pasa jednak nie broni – zmaga się z kontuzją, a to właśnie pod jego nieobecność Vojcak wywalczył tymczasowe mistrzostwo. Organizacja zapowiada już powrót Brytyjczyka do klatki w przyszłym roku. Wtedy ma dojść do unifikacji tytułów.
Dla Szpilki to chwila, którą kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić. „Mamy największe wyzwanie w karierze MMA” – napisał na Instagramie po ogłoszeniu walki. Nie kryjąc zdumienia własną sytuacją, dodał: „Stefan Vojcak czy Artur Szpilka? Kto by kiedyś pomyślał, że będę walczył o pas. Co prawda tymczasowy, ale pas to pas”.
Dziś mam zupełnie inne ambicje i mierzę najwyżej, także bardzo się z tego cieszę. Widzimy się w Gliwicach.
Te słowa dobrze pokazują, jak zmienił się „Szpila” od debiutu w MMA. Pierwsze starty w nowym sporcie traktował jako przygodę. Dziś mówi już o pełnoprawnej karierze, w której mierzy coraz wyżej.
Gliwicka gala i walka wieczoru
Pojedynek Szpilka-Vojcak odbędzie się na gali XTB KSW 124 w PreZero Arenie w Gliwicach. Główną atrakcją wieczoru będzie jednak inne starcie – w kategorii średniej zmierzą się Paweł Pawlak i Piotr Kuberski. Pawlak broni pełnoprawnego pasa mistrzowskiego tej dywizji, Kuberski zaś przystąpi do walki jako tymczasowy czempion. Sytuacja do złudzenia przypomina tę, w jakiej znajdzie się Szpilka naprzeciw Vojcaka.
Jak w praktyce wygląda nowy duet gwiazd Boston Celtics tuż przed startem sezonu NBA 2026/2027? Pierwszą odpowiedź dał sparing z Philadelphia 76ers. Boston wygrał go bez większych problemów, 144:106.
Paul George dołączył do Celtics, zajmując w składzie miejsce Jaylena Browna. Transfer był częścią większej wymiany z Philadelphia 76ers – klubem, w którym George spędził wcześniej fragment kariery. Ten mecz był więc czymś więcej niż zwykłym sparingiem – to był pierwszy powrót skrzydłowego do miasta, które niedawno opuścił.
Dla Jaysona Tatuma i Paula George’a to był pierwszy wspólny występ w barwach Celtics. Tatum zagrał 27 minut i zdobył 23 punkty, dorzucając pięć zbiórek i cztery asysty. Z 19 rzutów z pola trafił 9, w tym 4 z 10 za trzy punkty. Liczba punktów solidna, ale ta statystyka za łukiem zdradza, że lider Celtics wciąż szuka swojego rytmu.
George w 25 minutach na parkiecie zapisał 13 punktów, do tego pięć zbiórek, cztery asysty i pięć przechwytów. Z gry szło mu słabo – tylko 3 z 10 rzutów – za to z linii osobistych był bezbłędny, kiedy liczyło się to najbardziej: 5 z 6 wolnych. Nawet bez wysokiej skuteczności widać było, czego Boston może oczekiwać od nowego skrzydłowego poza samym punktowaniem.
Sixers bez gwiazd, ale nie bez bólu
Philadelphia zagrała ten mecz bez LeBrona Jamesa i Joela Embiida, co gościom znacznie ułatwiło zadanie. Jedynym światłem w obozie gospodarzy był VJ Edgecombe – 19 punktów, najwięcej w zespole.
Po końcowej syrenie doszło do małej, symbolicznej scenki. Paul George i Tyrese Maxey wymienili kilka słów na parkiecie i uściskali się. Trudno się temu dziwić – to właśnie w Filadelfii George budował ostatnio swoją pozycję w lidze.
Prawdziwy test duetu Tatum – George dopiero nadejdzie. Sezon zasadniczy NBA startuje 20 października, a do tego czasu Boston ma jeszcze chwilę, by dopracować chemię między dwoma gwiazdami. Na razie w pierwszym wspólnym występie dały kibicom solidną zapowiedź tego, co może nadejść.
Jedna akcja tuż przed przerwą, a różnica punktowa robi się nie do ogarnięcia. Tak właśnie wyglądał mecz w hali Koło w Warszawie, gdzie miejscowy zespół rozbił PGE Start Lublin 97:77 w spotkaniu PGE Basket Ligi.
Dziki wystartowały w tym meczu tak, jak wystartowały w cały sezon. W pierwszym spotkaniu rozgromiły Energę Trefla Sopot 102:63. Przeciwko Lublinowi powtórzyły numer – w pewnym momencie różnica sięgała aż 31 punktów. Przewaga warszawian rosła kwarta po kwarcie: najpierw 23:10, potem 31:13. Zespół Marco Legovicha trzymał mecz pod kontrolą od pierwszych minut.
Akcja, która obiegła koszykarski internet
Tę sekwencję z końcówki pierwszej połowy powtarzano później w każdym podsumowaniu kolejki. Quan Jackson przechwycił piłkę Courtney’owi Rameyowi i – leżąc na parkiecie – zdołał dograć ją do Makaia Ashtona. Ten trafił za trzy punkty równo z końcową syreną. Po tej akcji tablica pokazywała 54:23 dla Dzików.
Jackson zamknął mecz z dorobkiem 20 punktów, czterech zbiórek, czterech asyst i trzech przechwytów, a zrobił to w niespełna 20 minut na parkiecie. Najwięcej punktów dla gospodarzy zapisał na swoim koncie Łukasz Frąckiewicz – 8 z 9 rzutów z gry, 7 z 11 wolnych i w sumie 23 punkty. Austin Luke dorzucił do tego aż 14 asyst, a wszystko to Dziki zrobiły bez Zane’a Watermana w składzie.
Nie każdemu jednak ten wieczór się ułożył. Joseph Girard trafił tylko 1 z 8 rzutów z gry – choć na końcowy wynik to już nie miało wpływu.
PGE Start Lublin próbował ratować twarz w drugiej połowie i zdobył w niej 54 punkty, znacznie więcej niż przed przerwą. Trzecia i czwarta kwarta należały do gości – 22:26, potem 21:28 – ale strata z pierwszej odsłony meczu była już za duża, by ją odrobić. Najlepszym strzelcem lublinian był Lucas Williamson z 19 punktami. To druga porażka Startu w tym sezonie.
Punkty Dzików rozłożyły się szeroko. Po Frąckiewiczu i Jacksonie najwięcej dał Makai Ashton – 14. Dalej Krzysztof Kempa i Osun Osunniyi po 7, Michał Aleksandrowicz i Grzegorz Kamiński po 6, Michał Krasuski 5, a Joseph Girard, Austin Luke i Timy Adetukasi po 3. U gości za Williamsonem uplasowali się Courtney Ramey z 14 punktami, Jaizec Lottie i Matthias Tass po 12, Anrijs Miśka z 9, Janari Joesaar z 8 oraz Bartłomiej Pelczar z 3. Filip Put, Bartosz Ciechociński, Cezary Siergiej i Patryk Kowalski punktów nie zdobyli.
Ile czasu trzeba Nikoli Jokiciowi na triple-double? Nawet w meczu sparingowym – jak się okazuje – niewiele. Odpowiedź: 26 minut.
Serbski center Denver Nuggets zaliczył potrójną zdobycz w niedzielnym, przedsezonowym starciu z Chicago Bulls. Na koncie zapisał 22 punkty przy 8 z 12 z gry i 5 z 7 z linii rzutów wolnych. Do tego 11 zbiórek, 10 asyst – i cała ta robota zajęła mu tylko 26 minut na parkiecie.
Denver wygrało 133:128. Mecz nie był jednostronny – w drugiej kwarcie Nuggets oddali pole 30:41, żeby chwilę później odrobić straty i wygrać trzecią partię 40:26. Ostateczny rozkład punktów po kwartach wyglądał tak: 29:27, 30:41, 40:26, 34:34. To drugie zwycięstwo Denver w trzecim jak dotąd sparingu tego zespołu.
Jokić nie grał w tym meczu solo. Aaron Gordon dopisał do wspólnego konta 25 punktów.
Caleb Wilson zaimponował w przegranym zespole
Po stronie Bulls wszyscy mówili o 20-letnim Calebie Wilsonie, wybranym z numerem czwartym w drafcie NBA 2026. Młody skrzydłowy zdobył 17 punktów w 25 minut, trafiając 6 z 10 rzutów z pola, a do tego dopisał cztery zbiórki i pięć asyst. Miał również pięć z osiemnastu strat, jakie zanotowało całe Chicago. Najwięcej punktów dla Bulls dał jednak kto inny – Leonard Miller zdobył 26.
Ile trzeba czekać, żeby znów zobaczyć na parkiecie zawodnika po zerwaniu więzadła krzyżowego przedniego? Kyrie Irving ma na to konkretną odpowiedź: 586 dni. Gwiazdor Dallas Mavericks wrócił do gry w przedsezonowym meczu NBA w Makau, gdzie jego zespół rozbił Houston Rockets 132:115.
Irving nie zagrał ani minuty od 3 marca 2025 roku – tego dnia zerwał więzadło krzyżowe przednie w lewym kolanie. Uraz przekreślił mu cały poprzedni sezon NBA. Jakby tego było mało, rehabilitację skomplikowało grudniowe naderwanie mięśnia łydki. Efekt? 34-letni rozgrywający wrócił do gry później, niż sam początkowo zakładał.
Gdy już wrócił, zrobił to z przytupem. Trener dał mu 22 minuty na start, a Irving odpowiedział najlepszym wynikiem punktowym w zespole – 17 oczek. Sześć trafień z 13 rzutów z gry, plus trzy asysty.
Pierwsza akcja meczu miała dla niego szczególny wymiar. „Towarzyszyło mi mnóstwo emocji. Jestem wdzięczny trenerowi, że pierwszą akcję przygotował właśnie dla mnie. Od razu wiedziałem, że chcę zaatakować kosz” – powiedział Irving.
Wyobrażałem sobie ten powrót, marzyłem o nim. Cieszę się, że mam już ten pierwszy mecz za sobą.
Debiut u boku Flagga
Mecz w Makau był też pierwszym wspólnym występem Irvinga z Cooperem Flaggiem, najlepszym debiutantem minionego sezonu NBA. To właśnie Flagg posłał podanie przez całe boisko, które Irving wykończył punktami w kontratakuj.
Trener Dallas Dusty May nie krył zaskoczenia poziomem gry swojej gwiazdy. „Nie spodziewałem się, że po tak długiej przerwie zagra aż tak dobrze. Powrót do meczowego rytmu nie jest łatwy. To pokazuje, ile pracy wykonał” – ocenił May.
Pochwały popłynęły też z drugiej strony boiska. Trener Houston Rockets Ime Udoka stwierdził krótko: „Znów jest sobą. Będzie jeszcze lepszy, gdy odzyska pełny rytm w meczach NBA”.
Przez cały mecz inicjatywa należała do Mavericks – wygrali wszystkie cztery kwarty: 28:27, 30:24, 37:34 i 37:30, co dało ostatecznie 132:115. Oprócz Irvinga w ekipie z Dallas błysnął Risacher z 16 punktami, a Marshall, Flagg i Christie dodali po 14. Po stronie Houston najlepsi byli Smart (20 punktów), Sheppard (17) i Thompson (14).
Linia mety w Singapurze, a potem zamiast strefy wywiadów – centrum medyczne na Marina Bay Circuit. Dlaczego? Lewis Hamilton, który w niedzielnym wyścigu startował z trzeciego pola startowego, ostatecznie ukończył rywalizację na szóstej pozycji. Chwilę po opuszczeniu bolidu, jak podał brytyjski Express, znalazł się pod opieką medyczną FIA.
Gładko ten wyścig dla kierowcy Ferrari nie przebiegał. W końcówce zmagał się z problemami z ogumieniem, które wyraźnie zbiły jego tempo. Jak relacjonował po wyścigu szef Ferrari Frederic Vasseur w rozmowie ze Sky Sports, zespół w pewnym momencie zaprosił Hamiltona do boksu na zmianę opon – kierowca jednak zdecydował się pozostać na torze. Ta decyzja kosztowała go sporo pozycji: pozostanie na starszej gumie sprawiło, że uległ Kimiemu Antonellemu oraz obu kierowcom McLarena, Lando Norrisowi i Oscarowi Piastriemu. W efekcie Brytyjczyk spadł z trzeciego na szóste miejsce. Po zakończeniu wyścigu przeprosił zespół za przyjętą strategię.
Krótko po tym, jak emocje opadły, okazało się, że FIA zwolniła Hamiltona z obowiązków medialnych tego dnia. Ferrari wydało w tej sprawie oficjalny komunikat: „Po wyścigu Lewis poczuł się źle i został zbadany przez zespół medyczny FIA. Otrzymał od FIA zgodę na nieobecność w strefie wywiadów po wyścigu”.
Walka o tytuł wciąż otwarta, ale nie dla Hamiltona
41-letni Hamilton, siedmiokrotny mistrz świata Formuły 1, zajmuje obecnie trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej kierowców. Na czele tabeli może jednak dojść do historycznego przełomu – już w najbliższy weekend Kimi Antonelli ma szansę zostać najmłodszym mistrzem świata Formuły 1 w historii.
Do końca sezonu zostało sześć weekendów wyścigowych. Trasa prowadzi stawkę przez Circuit of the Americas w Austin, meksykański Autodromo Hermanos Rodriguez, Autodromo Jose Carlos Pace w Sao Paulo, uliczny obwód w Las Vegas, Losail Circuit w Lusajlu i Yas Marina Circuit w Abu Zabi. Nie wszystko jest tu jednak przesądzone – rozegranie dwóch ostatnich rund, w Lusajlu i Abu Zabi, stoi pod znakiem zapytania z powodu napiętej sytuacji na Bliskim Wschodzie.