9:8 w super tie-breaku. Jan Zieliński i Marc Polmans mieli pierwszą piłkę meczową. Po drugiej stronie siatki stali Julian Cash i Lloyd Glasspool, obrońcy tytułu wimbledońskiego w deblu – a więc przeciwnik, jakiego się nie spotyka co tydzień. Druga szansa na zamknięcie meczu nadeszła, gdy Glasspool posłał piłkę w siatkę przy serwisie, popełniając podwójny błąd. Polsko-australijska para potrzebowała w sumie trzech meczboli, ale w końcu dopięła swego. Zieliński i Polmans pokonali mistrzów Wimbledonu 7:6 (3), 4:6, 12:10.
Emocje z końcówki super tie-breaka przeniosły się też na trybuny. W Szanghaju zrobiło się zamieszanie – część kibiców musiała w pośpiechu wracać na miejsca, żeby nie przegapić finiszu. I rzeczywiście było co oglądać.
Jak wyglądał mecz?
Pierwszy set trzymał w napięciu od pierwszej do ostatniej piłki. Polmans i Zieliński musieli odrabiać aż sześć break pointów, a mimo to w decydującym tie-breaku odwrócili losy gry – rywale prowadzili 3:2, ale Polak z Australijczykiem wygrali ostatecznie 7:3. Odpowiedź Casha i Glasspoola przyszła szybko. W drugim secie mistrzowie Wimbledonu przełamali rywali w dziewiątym gemie i zamknęli partię 6:4, wymuszając trzeciego seta w formie super tie-breaka.
Właśnie w nim rozegrał się najbardziej dramatyczny fragment całego meczu – zakończony trzema piłkami meczowymi dla Zielińskiego i Polmansa oraz triumfem 12:10.
To zwycięstwo liczy się nie tylko sportowo, ale i w statystykach rywali. Cash i Glasspool od poprzedniego sezonu zgromadzili na koncie aż dziesięć wygranych turniejów. Pokonanie takiej pary w trzecim secie to dla Zielińskiego i Polmansa jeden z najważniejszych wyników tej jesieni.
Droga do tego starcia zaczęła się w pierwszej rundzie. Tam Polmans i Zieliński rozprawili się z chińskim duetem Fumin Jiang – Tianhui Zhang, wygrywając 7:6 (3), 6:2. Triumf nad mistrzami Wimbledonu oznacza awans do ćwierćfinału turnieju ATP w Szanghaju. Tam na Polmansa i Zielińskiego czeka zwycięzca pary Austin Krajicek (USA) / Nikola Mektić (Chorwacja) kontra Lucas Miedler / Neil Oberleitner (obaj Austria).
Nowy rozdział w karierze Zielińskiego
Z Polmansem Zieliński gra od początku października. Wcześniej, przez niemal cały sezon, jego partnerem deblowym był Brytyjczyk Luke Johnson. Współpraca Polaka z Australijczykiem zaczęła się od ćwierćfinału w Tokio, gdzie lepsza okazała się włoska para Simone Bolelli – Andrea Vavassori.
Mimo zmiany partnera ten sezon Zieliński ma już na koncie jeden triumf turniejowy w deblu. Razem z Johnsonem wygrał turniej ATP 250 w Chengdu, pokonując w finale parę Robert Galloway – Andre Goransson 7:5, 7:6. Teraz, z nowym partnerem u boku, Polak udowadnia, że i w zmienionym składzie umie ograć najlepszych na świecie.
Piąty gem pierwszego seta zapowiadał się nerwowo. Majar Szarif wypracowała sobie break pointa, ale Chwalińska obroniła własny serwis i nie dała się zepchnąć z kursu. I właśnie od tego momentu partia poszła już wyłącznie w jedną stronę.
Chwalińska pokonała Szarif 6:3, 6:2 w pierwszej rundzie turnieju WTA 1000 w Wuhan. Dzięki temu zwycięstwu awansowała do drugiej rundy. Jak zauważają obserwatorzy meczu, Polka „rozkręcała się z gema na gem”.
Maja Chwalińska rozkręcała się z gema na gem i pokonała Majar Szarif 6:3, 6:2
Drugi set to już był spektakl jednej zawodniczki. Pierwszego gema Chwalińska wygrała do zera, a chwilę później, po kolejnym przełamaniu, prowadziła już 4:1. Resztę dograła bez żadnych komplikacji.
To był ich trzeci wzajemny mecz. Bilans przed Wuhan był idealnie wyrównany — po jednym zwycięstwie dla każdej. Tym razem jednak zawodniczki po raz pierwszy zmierzyły się na korcie twardym, co dało Polce szansę na wyrównanie rachunków w zupełnie nowych warunkach.
Kolejna rywalka i miejsce w rankingu
W drugiej rundzie Chwalińska zagra z Marie Bouzkovą, zajmującą 28. miejsce w rankingu WTA. Polka jest wyżej, na 22. pozycji z 2043 punktami — papierowo to ona wchodzi w ten mecz w roli lekkiej faworytki.
Wuhan to ostatni w tym sezonie turniej rangi WTA 1000, a to oznacza, że o każdy punkt do rankingu gra się tam ze szczególną zaciętością. W środę w drugiej rundzie na kortach zobaczymy też Igę Świątek, która zmierzy się z Magdaleną Fręch — więc polski akcent w chińskim turnieju będzie jeszcze wyraźniejszy.
71 minut na boisku, zero goli, zero asyst – a trybuny i tak były pełne. Robert Lewandowski znów zapełnił Soldier Field. Na meczu Chicago Fire z New York City, zakończonym wynikiem 2:1, zjawiło się tam 31 893 widzów. To nie przypadek. To wzór, który powtarza się od miesięcy.
Od podpisania kontraktu z polskim kapitanem klub nie zszedł na żadnym meczu domowym poniżej 25 759 widzów. I właśnie ta liczba może teraz przejść do historii. Jeśli w środę na mecz z Philadelphią Union przyjdzie przynajmniej 25 759 kibiców, Chicago Fire pobije własny rekord frekwencji w sezonie MLS. A sezon się jeszcze nie kończy – klubowi zostają dwa mecze przed własną publicznością.
Żeby docenić skalę tego zjawiska, warto spojrzeć na to, co było wcześniej. Od sezonu 2020 Chicago Fire ogłosiło frekwencję przekraczającą 30 tysięcy widzów dziesięć razy – i aż pięć z tych meczów padło w obecnym sezonie, w tym jeden przeciwko Interowi Miami.
Lewandowski liczy się nie tylko na trybunach
Polski napastnik trafił do Chicago Fire latem 2025 roku. Od tego czasu zagrał już 18 spotkań, strzelił osiem goli i dołożył trzy asysty – bilans solidny, choć w ostatnim starciu z New York City Lewandowski zszedł z boiska po 71 minutach bez wpisania się na listę strzelców.
Mecz z Philadelphią Union zaplanowano na czwartek 15 października, na 2.30 w nocy czasu polskiego, i ma on swoją małą historię w tle. Bilety na to starcie pierwotnie sprzedawano jako wejściówki na debiut Lewandowskiego w barwach Fire – zanim zmieniono terminarz. Po drugiej stronie stanie zespół z 17-letnim Cavanem Sullivanem, uznawanym za jeden z największych talentów amerykańskiej piłki.
W tabeli Konferencji Wschodniej Chicago Fire wypada solidnie: po 28 kolejkach drużyna ma 48 punktów i zajmuje trzecie miejsce. Rekord frekwencji byłby więc naturalnym podsumowaniem sezonu, w którym wyniki na boisku idą ręka w rękę z tłumami na Soldier Field.
Po dziesięciu minutach tablica świetlna pokazywała 34:23 dla Energa Trefla Sopot – to była najwyższa przewaga gości w całym meczu. W tamtym momencie nikt w hali nie postawiłby na to, że Sopocianie zejdą z parkietu pokonani. A jednak AMW Arka Gdynia odwróciła losy derbów Trójmiasta i wygrała 96:82 – to już trzecie zwycięstwo z rzędu w tej lokalnej rywalizacji w PGE Basket Lidze.
Przebieg spotkania przypominał jazdę kolejką górską. Pierwsza kwarta należała do gości (21:26 dla Sopotu), ale zespół Mantasa Cesnauskisa odpowiedział serią punktów i wygrał drugą część gry 29:21. Trzecia odsłona (17:14) i czwarta (29:21) tylko potwierdziły, że inicjatywa przeszła całkowicie na stronę Gdynian. W pewnym momencie przewaga AMW Arki sięgnęła nawet 18 punktów.
Stein i Garbacz rozstrzygają derby
Największy wpływ na wynik miał Alex Stein – 25 punktów, sześć zbiórek, pięć asyst. Amerykanin trafił 10 z 15 rzutów z gry. Taka skuteczność w derbowym meczu o tej intensywności zdarza się rzadko. Obok niego błyszczał Jakub Garbacz, autor aż siedmiu trójek, który skończył spotkanie z 26 punktami na koncie.
Cała ekipa z Gdyni grała skutecznie i zespołowo. 13 trafionych rzutów za trzy punkty, 20 asyst, 58 procent skuteczności z gry – te liczby tłumaczą, jak drużyna odrobiła dziesięciopunktową stratę. Punkty dla AMW Arki dodali również Kasper Suurorg (10), Kamil Łączyński (8), Shiloh Robinson (7), Jake O’Neil (4) i Jaquan Lawrence (3). Filip Kowalczyk nie trafił do kosza.
Dzięki temu zwycięstwu AMW Arka Gdynia stała się drugą drużyną w tym sezonie – po MKS-ie Dąbrowa Górnicza – która wygrała swój drugi mecz rozgrywek.
Sopot bez odpowiedzi w drugiej połowie
Po stronie Energa Trefla Sopot liderem był Jakub Schenk – 23 punkty, osiem asyst, pięć zbiórek. W podkoszowej rywalizacji mocno zaznaczył się też Mate Vucić, który zakończył mecz z 13 punktami i 12 zbiórkami. Resztę punktów dla Sopocian dorzucili Stefan Simanic (15), Trey Anderson (14), Perttu Blomgren (10), Szymon Kiejzik (6), Szymon Zapała (5), Carter Gilmore (3), Kacper Marchewka (3) i Tobias Rotegard (3). Karol Prochorowicz, David Twigg i Filip Łącz nie wpisali się na listę strzelców.
Nie wszystkim jednak te derby wyszły na dobre. Carter Gilmore zaliczył słaby debiut w nowych barwach, a Szymon Zapała przez większość meczu pozostawał na parkiecie niemal niewidoczny. I właśnie ten brak wsparcia dla Schenka i Vucicia w kluczowych momentach otworzył Gdynianom drogę do kolejnego triumfu w derbowej serii.
We wtorek, 13 października 2026 roku, Rams Park w Stambule zapełni się przed starciem Galatasaray z FC Barceloną. Mecz w ramach Ligi Mistrzów zacznie się o 21:00. Obie ekipy wejdą na murawę w zupełnie innych nastrojach – po pierwszej kolejce fazy ligowej jedna strona ma powody do radości, druga do zmartwień.
Katalończycy zaczęli nową kampanię z przytupem. 5:1 z Feyenoordem – taki wynik otwiera apetyt na więcej. Dwa z pięciu goli dla Barcelony dołożył Raphinha. Galatasaray nie miało tyle szczęścia – inauguracja zakończyła się porażką 1:3 ze Sportingiem, co rzuca inne światło na nadchodzące spotkanie.
Statystyki ostatnich konfrontacji też nie napawają tureckich kibiców optymizmem. W sześciu poprzednich meczach z Barceloną Galatasaray nie zdołało wygrać ani razu – cztery razy lepsi byli Katalończycy, dwa razy padł remis.
Transmisja TV i stream online
Mecz na żywo pokaże CANAL+ Extra 1. Ci, którzy wolą oglądać w sieci, znajdą transmisję na platformie CANAL+ Online.
Druga kwarta jeszcze się nie rozkręciła na dobre, a tablica w hali Portland już pokazywała wynik, przy którym London Lions mogli się tylko rumienić. Trail Blazers rozbili rywala w tej cząstce meczu 38:12, a po czterech kwartach na tablicy świeciło 119:66 dla gospodarzy. To był drugi sparingowy występ Jeremy’ego Sochana w barwach Portland.
Trener dał Polakowi 21 minut gry. Sochan odpowiedział ośmioma punktami, trafiając 4 z 6 rzutów z gry. Do tego osiem zbiórek, dwie asysty, jedna strata i jeden przechwyt. Liczby same w sobie niczym nie oszałamiają. Ale forma, w jakiej 21-latek wraca do gry po przerwie, to właśnie to, co sztab szkoleniowy obserwuje najuważniej — Sochan wciąż walczy o miejsce w składzie Blazers i każdy jego ruch na parkiecie jest skrupulatnie analizowany.
Przebieg meczu od pierwszych minut układał się jednoznacznie na korzyść gospodarzy. Pierwszą kwartę Portland wygrało 34:21, po czym w drugiej odjechało rywalowi wynikiem 38:12. Trzecia część zakończyła się 28:16 dla Blazers, a czwarta — już przy bezpiecznej przewadze — 19:17. Na trybunach zasiadło blisko 5,5 tysiąca kibiców.
Kto punktował najwięcej
W drużynie Portland najskuteczniejsi byli Camara i Henderson, każdy z 14 punktami, a tuż za nimi Cissoko i Hansen z 13 oczkami na koncie. Po stronie London Lions honoru bronili Lewis, autor 13 punktów, oraz Adams z dwunastoma.
Dla Trail Blazers przedsezonowe testy jeszcze się nie kończą. Kolejny sparing czeka zespół przeciwko Sacramento Kings w Kalifornii — mecz rozpocznie się w nocy z wtorku na środę, o 4:00 czasu polskiego. Na końcu przygotowań Portland zmierzy się jeszcze z Golden State Warriors w ostatnim sparingu przed startem sezonu.
Manny Pacquiao siada przed kamerą i publikuje w mediach społecznościowych wpis o niedawnym treningu z prezydentem Polski: „To był zaszczyt trenować Jego Ekscelencję Karola Nawrockiego, Prezydenta Polski. Mabuhay!”. Nagranie ze wspólnych zajęć na ringu trafiło do sieci i w mgnieniu oka zaczęło żyć własnym życiem.
Reakcji nie trzeba było długo czekać. Głos w sprawie zabrali pięściarze, politycy, kibice i zwykli użytkownicy internetu. Wśród nich odezwał się Tomasz Adamek, były zawodowy mistrz świata w boksie — swoje zdanie wyłożył w rozmowie opublikowanej przez portal MMA.pl.
Adamek nie szukał dyplomatycznych sformułowań. Przyznał bez ogródek, że krytyczne głosy Polaków wobec treningu Nawrockiego z Pacquiao go po prostu zdumiały. „Polacy są naprawdę niektórzy… Nie chcę tutaj nikogo obrażać, ale dziwię się, że tak duża część rodaków jest przeciwna” — powiedział.
„No ale gdzie jest problem? To co, prezydent już nie może nic zrobić? A kto to? Jest to człowiek” — pytał retorycznie Tomasz Adamek.
Adamek też chce treningu z prezydentem
Były mistrz świata na samym komentarzu się nie zatrzymał. Zdradził, że sam zdążył już obiecać Nawrockiemu wspólny trening bokserski. „Ja też obiecałem mu, że jak będę w Warszawie, a będę na jesień, to spotkam się z prezydentem. Obiecałem mu trening” — mówił Adamek.
Tę samą deklarację powtórzył też publicznie, na Facebooku, krótkim wpisem do prezydenta: „przygotuj dwa kaski, duże rękawice, pobawimy się”. W Warszawie, jak zapowiedział, ma się znaleźć jesienią tego roku.
Ćwierćfinał w Pekinie, Elise Mertens po drugiej stronie siatki i mecz, który Iga Świątek znów nie dokończyła tak, jak by chciała. To właśnie ten moment uruchomił dyskusję o stanie mentalnym 25-letniej Polki — która, mimo wszystko, wciąż ma w zasięgu miejsce w WTA Finals.
Po wakacjach sezon Świątek miał swoje momenty. W sierpniu wygrała turniej WTA 1000 w Toronto, przerywając blisko 11-miesięczną serię bez tytułu. Chwilę później było półfinałowe wejście w Cincinnati, a na US Open zatrzymała się na 1/8 finału. Potem Pekin i przegrana z Mertens w ćwierćfinale — wynik, który na tle tak dobrej serii zabrzmiał jak zgrzyt.
Właśnie w tym kierunku poszła rozmowa Bogdana Rymanowskiego z Karoliną Karolczak na kanale „Rymanowski Live”. Karolczak, opisywana jako mentorka skutecznego planowania i realizacji celów, nie miała wątpliwości, gdzie szukać źródła wahań formy Polki.
Tam jest widoczna potrzebna praca nad mentalem. Bo to się rozgrywa w głowie.
Karolczak sięgnęła po porównanie, które w tenisie brzmi jak najwyższy możliwy punkt odniesienia — Novaka Djokovicia. Serb, jak przypomniała, poświęcił ogrom czasu na pracę nad psychologiczną stroną swojej gry. Przywołała nawet konkretną historię z jego wywiadu u Jaya Shetty’ego: Djokovic opisywał tam, jak „hakował” własny mózg technikami NLP — słyszał wykrzykiwane z trybun imię przeciwnika i w głowie zamieniał je na swoje, „Nole, Nole, Nole”.
Dlaczego Świątek wygrywa — i dlaczego przegrywa
Dla Karolczak liczy się nie tyle szukanie błędów w ostatnich meczach, ile powrót do fundamentów. „Patrząc na moment, według mnie trzeba wrócić do początku. Dlaczego ona wygrywa, co jest u podstawy jej motywacji i co powoduje stres w momencie przegrywania” — mówiła w rozmowie z Rymanowskim. To pytanie o mechanizm, nie o pojedynczy set czy jeden returned forehand.
Świątek ma po swojej stronie zespół, który tą sferą zajmuje się od lat — psycholożką reprezentantki Polski jest Daria Abramowicz. Teraz czeka ją kolejny test w praktyce. Polka zagra w turnieju WTA 1000 w Wuhanie, gdzie zacznie od drugiej rundy, a jej rywalką będzie Magdalena Fręch albo reprezentantka Tajlandii.
Stawka jest jasna: punkty do rankingu i do klasyfikacji WTA Finals, w której Świątek wciąż ma szanse na udział. Pytanie postawione przez Karolczak zostaje jednak otwarte. I to ono, a nie kolejny wynik, może ostatecznie zdecydować, jak Polka wejdzie w ostatnie tygodnie sezonu.
Londyn, hotel przed meczem Ligi Mistrzów. Szachtar Donieck szykuje się tu do starcia fazy ligowej z AEK Ateny. W tym samym mieście, niemal w tym samym czasie, przedstawiciel tureckiej federacji piłkarskiej siada do rozmów z Ardą Turanem. Temat jeden: czy była gwiazda Atletico Madryt i Barcelony zgodzi się objąć reprezentację Turcji.
Turecka kadra rozstała się właśnie z Vincenzo Montellą. Włoch nie poradził sobie na mundialu, a jego zespół spisywał się poniżej oczekiwań również w Lidze Narodów. Federacja ruszyła na poszukiwania nowego trenera i szybko na liście kandydatów wypisała nazwisko Ardy Turana.
Odpowiedź, jaką usłyszał prezes federacji, była jednoznaczna. Jak podał portal sport.ua, Turan oświadczył podczas negocjacji, że Szachtar nie zamierza się z nim rozstawać. Sam trener dodał, że nie ma w planach opuszczania klubu, póki nie zrealizuje tam swoich celów.
Mój klub nie chce, żebym odchodził, i nie zostawię go w połowie drogi, gdy trwa wojna.
Turcy nie odpuścili od razu. Związek przekazał Turanowi, że nie musi wybierać między klubem a kadrą: „Możesz trenować i klub, i reprezentację”. Pomysł pracy na dwóch frontach jednak nie zmienił jego decyzji. Woli dokończyć to, co zaczął w Doniecku.
Turan zna już smak wielkiego turnieju
Dla samego Ardy Turana powrót do reprezentacji nie byłby niczym nowym. Jako piłkarz dotarł z Turcją do półfinału Euro 2008 — jednego z najbardziej pamiętanych występów tureckiej kadry w historii. Teraz, jako trener, buduje inną legendę. W Szachtarze, pod jego wodzą, zespół wygrał siedem z ośmiu meczów ligowych w obecnym sezonie.
Te liczby tłumaczą, czemu klub z Doniecka tak mocno broni swojego trenera przed ofertą z Ankary. Federacja turecka musi szukać dalej. Arda Turan zostaje tam, gdzie jest, deklarując lojalność wobec klubu w czasie wojny.
Jak mistrz Polski przegrywa jeden mecz różnicą 34 punktów? Legia Warszawa, broniąca tytułu najlepszej drużyny kraju, dostała w Zielonej Górze solidną lekcję koszykówki i wróciła do Warszawy z wynikiem 87:104. W pewnym momencie traciła z Zastalem aż 34 „oczka” — dla broniącego tytułu zespołu trudno to nazwać inaczej niż upokorzeniem.
Wicemistrz ograł mistrza we własnej hali CRS, a skala porażki nie pozostawiała wątpliwości, kto tego wieczoru był lepszy. I nie był to odosobniony wypadek. Legia wcześniej potknęła się w Słupsku, gdzie mierzyła się z Energą Czarnymi, a do tego przegrała mecz w europejskich rozgrywkach Basketball Champions League. Ostatnim spotkaniem, po którym warszawski klub mógł być z siebie zadowolony, był finał Superpucharu Polski — od tamtej pory drużyna jedzie na jednym kole.
Trener Heiko Rannula, Estończyk prowadzący zespół, po meczu nie szukał wymówek. Powiedział to, co widział na parkiecie: drużyna jest słaba.
„Aktualnie jesteśmy bardzo złą, słabą drużyną. Nie gramy jak zespół. Muszę nad tym wszystkim pomyśleć, jak to zmienić, bo nie możemy iść do przodu”.
Rannula nie zatrzymał się na ogólnej diagnozie. Wskazał konkretny problem mentalny, który jego zdaniem trawi szatnię już od kilku tygodni.
„Bardzo szybko się poddajemy, nie ma odpowiedniej waleczności. Mamy złe podejście i zły sposób myślenia”.
Młodzi na plus, ale to nie wystarcza
Nie wszystko trener widzi w czarnych barwach. Pochwalił młodych zawodników Legii za ambicję i waleczność, zwłaszcza w czwartej kwarcie meczu w Zielonej Górze, gdy reszta zespołu już dawno opuściła ręce.
„Pokazali ambicję i waleczność, mogli zejść z podniesionymi głowami”.
Rannula odrzucił jednak pokusę tłumaczenia kryzysu zmęczeniem czy terminarzem. „Nie ma sensu mówić o jakichkolwiek wymówkach, bo to byłoby głupie” — podkreślił. Przyznał, że zespół rozegrał pięć meczów z rzędu na wyjazdach — Sosnowiec na Superpuchar, Słupsk na otwarcie ligi, Strasburg na mecz BCL i wreszcie Zielona Góra ze starciem z Zastalem — ale sama podróż, jego zdaniem, niczego nie usprawiedliwia. Najmocniej zabrzmiało jedno zdanie: „Wyglądamy tak, jakby ten zespół nie był trenowany”.
Czasu na poprawę zostało mało. Już w piątek 16 października Legia zagra u siebie z Anwilem Włocławek — rywalem, z którym w ostatnich latach po prostu nie przegrywa. To będzie mecz, w którym mistrz Polski musi pokazać, że słowa trenera o słabości zespołu nie opisują stanu na dłużej.